Sonisphere Festival Polska


Metallica, Slayer, Megadeth, Anthrax, Behemoth
Warszawa - 16.06.2010 r.


Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax na jednej scenie... Który miłośnik thrashowego łojenia nie marzył o takim koncercie? Do niedawna taki pomysł leżał jedynie w sferze pobożnych życzeń metalowej braci. W grudniu tego roku to życzenie przybrało jednak realne kształty. Otóż wielka czwórka thrash metalu postanowiła zebrać się do kupy i wyruszyć na wspólną trasę (Megadeth dołączył do pozostałej trójki później). Gdzie może odbyć się pierwszy koncert takiego touru? W San Francisco, mateczniku tej muzyki? W Nowym Jorku, gdzie pierwsze kroki stawiali muzycy Wąglika? Nie Panie i Panowie... Pierwszy, niepowtarzalny gig Mety i spółki zaplanowano w naszym kochanym kraju, w Warszawie na lotnisku na Bemowie w ramach Sonisphere Festival (dodatkowo zorganizowano jeszcze występy Szwedów z Mastodon i naszego rodzimego Behemotha). Pierwsze wiadomości o tym sensacyjnym wydarzeniu wywołały we mnie mieszankę szoku i ogromnej radości. Od początku wiedziałem, że muszę tam być, że pojadę tam nawet przykuty do łóżka. W końcu ten koncert to spełnienie moich marzeń. Z tego też względu postanowiłem nie oszczędzać na niczym. Kupiłem drogie jak cholera (400 zł) bilety do Golden Circle, by mieć pewność, że będę szaleć pod samą sceną, że będę obserwował to wszystko z bliska.

Czas płynął, a wyczekiwany festiwal zbliżał się dużymi krokami. W międzyczasie z powodu niedyspozycji jednego z muzyków odwołano występ Mastodon. Na kilka dni przed godzina zero pod znakiem zapytania stanął tez występ Slayera. Tom Araya, który zdążył się wykurować po urazie kręgosłupa tym razem stracił głos. Z tego powodu Kalifornijczycy odwołali koncert w Glasgow. Na szczęście wszystko wróciło do normy i frontman Zabójcy w pełni formy przyjechał do Polski. Warto kilka słów poświęcić rozpisce, która wywołała burzę wśród fanów. Bardzo krótkie sety Slayera i Megadeth (początkowo przyznano im tylko 45 minut) na szczęście jednak wydłużono.

W końcu nastał długo wyczekiwany dzień... Pobudka o 7 rano... Przygotowania... Wreszcie o 9.30 spotykam na dworcu w Iławie Gośkę, Bartka i Agę. Kilka minut po 10 wszyscy pakujemy się do pociągu relacji Gdynia-Warszawa i ruszamy... Podróż, jak zwykle mija sympatycznie. Odnosimy wrażenie, że połowa pociągu jedzie właśnie na festiwal. Co chwile przewija się ktoś w koszulce dobrze znanych kapel... Rozmawiamy z sympatycznymi Włochami, studentami UG, którzy, a jakże, także podążają na Bemowo. Wreszcie wysiadamy na "Centralnym" i szukamy jakiegokolwiek transportu na lotnisko. Tuż przed dworcem zbiera się spory tłum. Wszyscy wypatrują autobusu. Kilka minut czekania... i wreszcie jest... Jakoś udało nam się wepchnąć do środka. Teraz czeka nas urocza czterdziestominutowa podróż "na glonojada". Nikt jednak nie ma zamiaru narzekać. Ciśnienie na koncert zaczyna się ostro podnosić... Wreszcie docieramy na miejsce. Idziemy tam gdzie wszyscy - przed siebie. Mijamy kilka punktów kontroli i po chwili widzimy już scenę. Za chwile swój występ powinien zaczynać Behemoth. Mamy wiec niewiele czasu... Mała "pajda chleba", napój bogów i już zmierzamy za jedną z trybun do naszego sektora. Dostajemy się prawie pod same barierki, co rzecz jasna wywołuje u nas banana na twarzy. Chwila czekania i na scenie melduje się już Nergal i spółka. Zaczynają od "Ov Fire And The Void" z nowego albumu. Publika zaczyna się powoli rozkręcać. Następnie panowie serwują nam tytułowy song z mojego ulubionego "Demigod", a zaraz potem kolejny numer z tego krążka "Conquer All". W międzyczasie Nergal zagaduje publikę i zachęca do napierdalania baniami, co też wszyscy z entuzjazmem czynimy. Teraz pora na kolejna dawkę nowości - "Alas, Lord Is Upon Me". Chwila odpoczynku i lecimy dalej - "At The Left Hand Ov God" z "The Apostasy" i mój ulubiony kawałek Behemotha - "Slaves Shall Serve" - świetnie! Jak każdy wie koncert tercetu z Trójmiasta bez numeru z "Zos Kia Cultus" jest koncertem nieudanym, więc panowie lecą teraz z "As Above So Below". Patrzę na zegarek... Niestety Nergal i spółka za chwile będą kończyć. Tak tez się dzieje. Ostatni numer to "Chant For Eschaton 2000" i gdynianie schodzą ze sceny. Wielkie brawa! Może nagłośnienie nie było zbyt dobre, set był bardzo krótki, ale ja wybawiłem się przednio...

Teraz jak zwykle krzątanina na scenie.... Kilka minut i ogromna okładka "Among The Living" wędruje w górę... Ciśnienie zaczyna rosnąć, a wokół mnie zaczyna się robić coraz ciaśniej... Ludzie nie mogą się doczekać i wywołują Anthrax na scenę... Nowojorczycy nie dają się długo prosić i po chwili wychodzą. Zaczynają od "Caught In A Mosh". No no miazga! Zaczynam szaleć Belladonna wita się ze wszystkimi, mówi, że to jego pierwszy pobyt w Polsce i zapewnia że dzisiaj grają tylko stary materiał. Nie mam nic przeciwko, podobnie jak wszyscy wokoło. Lecimy dalej - "Got The Time" z "Persistence Of Time" - bez tego numeru nie wyobrażam sobie koncertu Anthrax Joey i spółka maja mało czasu wiec lecą z kolejnym killerem - "Madhouse" - no jestem totalnie pozamiatany. Numer przelatuje bardzo szybko, a czasu na oddech nie ma, bo nowojorczycy dalej dają do pieca - "Antisocial" - kolejny żelazny punkt każdego gigu Wąglika. Najlepsze jednak dopiero przed nami. Belladonna pyta czy chcemy cos z "Among The Living" Głupie pytanie... Charakterystyczne uderzenia w bębny i już poznaję... "Indians"! Macham banią jak szalony... Joey biega po scenie w pióropuszu... To zdecydowanie najlepszy moment tego zacnego gigu... nagle słychać zwolnienie i... mamy kilkadziesiąt sekund "Heaven And Hell" z repertuaru Black Sabbath - zapewne na cześć niedawno zmarłego Dio. Teraz frontman Wąglika zapowiada coś nowego, coś nowego dla niego... Hmmm... może chcą nam zapodać jakiś utwór z nowej płyty, która ma przecież wyjść jeszcze w tym roku... Pierwsze takty... no jestem w lekkim szoku... "Only" - jedyny tego popołudnia song nowojorczyków z okresu z Johnem Bushem na wokalu. Muszę przyznać, że Beladonna poradził sobie z nim całkiem nieźle... Chwila przerwy. Joey znowu zagaduje publikę... a po chwili spada na nas kolejny cios - "N. F. L." - no panowie, nie mam pytań... Numer znowu szybciutko mija, a ja zastanawiam się co Anthrax może nam jeszcze tego wieczoru zaserwować... Strasznie brakuje mi jednego numeru z "Among The Living", numeru bez którego chyba nikt nie pozwoliłby im zejść ze sceny. Po pierwszych dźwiękach już wiem, ze dostałem to com chciał. "I Am The Law" - kolejna miazga. Szaleje pod scena podobnie jak wszyscy wokół. Kawałek się kończy i niestety następują podziękowania... To już koniec koncertu... Strasznie krótko... Nie było "Medusy" i jeszcze paru innych "must be", ale trudno. Nie ma co narzekać, bo Wąglik dzisiaj zmiażdżył. Jestem baaaardzo zadowolony.

My udajemy się na kolejny posiłek i powracamy tuż przed występem Megadeth. Bez problemu udaje nam się ponownie dojść prawie pod same barierki. Kilka chwil i na scenie pojawia się już Rudy z ekipą. Bez zbędnych ceregieli zaczynają z grubej rury - "Holy Wars...The Punishment Due" Publika o dziwo zachowuje się spokojnie (tak było przez cały występ Kalifornijczyków, przynajmniej w mojej okolicy) Przypatruję się bliżej muzykom... Dave elegant wyskoczył w białej koszuli - bez komentarza, Chris co chwile łapie kontakt z publiką. Macha bania jak szalony. Tymczasem zaczyna się kolejny numer - "Hangar 18" - nie mam pytań! Broderick bez zarzutu radzi sobie z solówkami Friedmana. Nie ma czasu na przerwę. Panowie zapodają "Take No Prisoners", a ja dochodzę do wniosku, ze Rudy postanowił nas uraczyć całym "Rust In Peace"! Miałem racje... Prawie, bo nie zagrali "Dawn Patrol" Poleciały więc kolejno "Five Magics", "Poison Was The Cure", "Lucretia", "Tornado Of Souls"(na które czekałem najbardziej) i "Rust In Peace...Polaris". No no... po takiej dawce genialnej muzyki każdy gig musi być udany. A to jeszcze nie koniec. Dave wreszcie postanawia się przywitać (po 40 minutach) i dedykuje następny numer dla ludzi z przodu (czyli dla nas) - "Headcrusher" - jedyny dzisiaj utwór z nowej płyty, który, nie będę ukrywał, bardzo lubię. Macham wiec głową, ile tylko wlezie. Czasu pozostaje coraz mniej... Rudy i spółka jadą dalej. "Sweating Bullets" - no tak, ten kawałek po prostu musieli zagrać, podobnie jak następny - "Symphony Of Destruction" - to sztandarowe pozycje każdego koncertu Megadeth. Dave Ellefson włazi teraz ze swoim basem i każdy już wie, ze zaczyna się "Peace Sells", tym razem z wplecionymi pod koniec fragmentami "Holy Wars". To już niestety ostatni numer. Panowie dziękują publice i chowają się za sceną...

Gadam ze znajomymi. Wszyscy są bardzo zadowoleni. I nic dziwnego - mamy za sobą kolejny świetny koncert. Tym razem nie mamy zamiaru opuszczać swoich pozycji pod sceną. Każdy wie, kto teraz ma wystąpić. Spodziewamy się zaraz niezłego młyna... Jeszcze chwila wyczekiwania umilona Panterą puszczaną na telebimach i wreszcie jest! Na scenie pojawia się Slayer. Zaczynają od "World Painted Blood" a ja poczuwam się do obowiązku, żeby wskoczyć w jakieś pogo. Zostaję w nim jeszcze na następny "Jihad" po czym po dwóch glebach i kilku butach odpuszczam sobie na razie. Przyglądam się teraz muzykom. Tom ubrany w koszulkę reprezentacji Chile, z pewnością kibicuje rodakom w starciu z Hondurasem na mundialu (wygrali 1:0). Dave siedzi schowany za swoim zestawem, Kerry jak zwykle z pokaźnym pieszczochem na lewej ręce stoi najbliżej miejsca, gdzie teraz się znajduję. Jeffa prawie nie widzę. Araya wita się, dziękuje za przybycie i pyta czy jesteśmy gotowi na wojnę... Wiadomo o co chodzi. Zaczyna się "War Ensemble"! Wszyscy szaleją. Tom podchodzi bliżej. Wyraźnie zadowolony pozdrawia fanów z Chile, którzy wymachują mu flagą tego kraju. Dobra, teraz czas na kolejny numer z nowego albumu - "Hate Worldwide", jeden z moich ulubionych na "World Painted Blood". Uff... chwila przerwy. Tom gada do publiki. Cytuje liryki, a ja już wiem, że zaraz polecą z "Dead Skin Mask" - kawałek jest jak zwykle powolny, klimatyczny, jednym słowem genialny! Mija jednak szybko, a zaraz potem na scenę wkracza sam "Angel Of Death"!!! Jestem trochę zdziwiony, bo spodziewałem się tego numeru na końcu, ale nie zastanawiam się długo i wskakuję w kolejny młyn. Tymczasem panowie znowu postanowili zaserwować nam coś nowego - "Beauty Through Order", który chciałem bardzo usłyszeć dzisiejszego wieczoru. Chwila przerwy i lecimy dalej. "Disciple" - przyznam szczerze, że "God Hates Us All" nie jest moim ulubionym albumem Zabójcy, ale ten kawałek lubię i to bardzo. Wykrzykuję więc refren razem z Tomem. Zauważam, ze Araya w ogóle nie macha głową i nic dziwnego - przecież lekarze niedawno wstawili mu dwie śruby w szyjny odcinek kręgosłupa. Frontman Slayera zapowiada teraz kolejny numer - "Mandatory Suicide". Ktoś ma coś przeciwko? Nie widzę... I dobrze, bo to kolejny klasyk. Wreszcie Jeff podchodzi w naszą stronę wraz ze swoim "Heinekenem". Nawołuje do jeszcze większej akcji pod sceną... Dobra. Teraz pora na coś naprawdę starego. "Chemical Warfare" Moja głowa powoli zaczyna mi odmawiać posłuszeństwa... Trochę przerwy i po chwili Kalifornijczycy lecą dalej. "South Of Heaven" No tak, tego nie mogło zabraknąć - genialny kawałek... Wielka szkoda, że Zabójca gra o tak wczesnej porze, bo ten numer po prostu potrzebuje oprawy... Nagle uderzenie w kotły.... Uuuuu. Poznaję.... Pozostali chyba też, bo zaczynają formować kolejny młyn, w który ja z chęcią wskakuje. Na scenie rozpoczyna się "Raining Blood"!!! MIAZGA! Daje z siebie wszystko. Niestety to już ostatni utwór Slayera tego wieczoru. Nie było "Hell Awaits", nie było "Postmortem", nie było niesamowitego "Seasons In The Abyss". Kerry i spółka dostali stanowczo za mało czasu, ale koncert i tak był mega udany, najlepszy jak do tej pory... Teraz chwila na odsapnięcie...

Powoli zaczyna zapadać zmrok, a na scenie jak zwykle krzątanina. Techniczni zaczynają ustawiać mikrofony, jakby żywcem wyjęte z lat 60-tych, pojawiają się tez reflektory i inne tego typu bajery... No tak, została tylko Metallica. Wokół mnie mała wymiana krwi. Coraz mniej widzę długowłosych fanów Slayera, a coraz więcej dzieciaków. Oczekiwanie na Czterech Jeźdźców przedłuża się. Wreszcie z piętnastominutowym opóźnieniem zaczynają... Najpierw fragment filmu "Dobry, zły i brzydki", potem nieodłączne intro - "The Ecstasy Of Gold" i lecimy! Na początek tak jak zwykle ostatnio "Creeping Death"! Tłum z tyłu zaczyna masakrycznie napierać. Naprawdę ciężko jest mi się utrzymać na nogach, ale daję radę. Teraz Lars zaczyna walić ze stopy, podłącza się bas Roba i wszyscy wiedzą, że za chwile poleci "For Whom The Bell Tolls" Panowie zaczęli identycznie jak dwa lata temu w Chorzowie, ale ja nie mam absolutnie nic przeciwko, bo oba kawałki uwielbiam. Chwila przerwy i Amerykanie jadą dalej. "Fuel"... Powiem szczerze, ze obawiałem się tego utworu, bo delikatnie mówiąc nie przepadam za nim, podobnie jak za całym "ReLoad". Tutaj jednak zagrany bardzo szybko, agresywnie z podwójną stopą Larsa i słupami ognia w tle po prostu urywał jajca. Wielka niespodzianka na plus! James wita się z publika. Pyta się, czy zdajemy sobie sprawę co się właśnie dzieje. Mówi, że to jest jak sen, że bardzo się cieszy, że thrash metal dalej jest popularny, że ma rzesze wiernych fanów... "so now we must go back to the old days" - to oznacza pierwszy tego wieczoru numer z "Kill'em All" - "The Four Horsemen" Nie no miazga panowie. Nie przeszkadza mi nawet zawodzenie Jamesa. Nawyki z połowy lat 90-tych dają o sobie znać. Czas na jakaś balladę... W Chorzowie poleciał "The Unforgiven", więc teraz... no tak, "Fade To Black" - to zdecydowanie jeden z najlepszych momentów tego koncertu. Hetfield z akustykiem, zapalniczki w górze... niesamowite... Teraz mały show na telebimie, znajome intro i wszyscy wiemy, że pora na coś z nowego albumu - "That Was Just Your Life" zagrane bardzo szybko, chyba za szybko, bo James ledwo wyrabiał się na zakrętach z wokalami. Utwór kończy się nie wiadomo kiedy i frontman Mety prosi publikę o pomoc w śpiewaniu... Zaczyna się "Cyanide" - kolejna nowość, która podobnie jak "Fuel" również zaskakująco dobrze wypada na żywo. Teraz mała dedykacja dla trzech poprzednich kapel... Miło... Co tym razem? "Sad But True" - walcowaty, ciężki, powolny, idealny do headbangingu, więc trzeba korzystać... Lars i spółka postanawiają nas uraczyć pierwszym dzisiejszego wieczoru kawałkiem z "Master Of Puppets" - kolejną balladą - "Welcome Home (Sanitarium)" Genialny numer! Wszyscy po raz kolejny stoją jak zahipnotyzowani. Zapalniczki i komórki znowu idą w górę. Utwór przelatuje nie wiadomo kiedy i nagle zostajemy zasypani serią wybuchów, fajerwerków i jęzorów ognia. To oznacza tylko jedno - "One" Kapitalnie! Kalifornijczycy serwują nam prawdziwy show, w którym muzyka odgrywa tylko jedną z ról. Kawałek kończy się i po raz kolejny słyszymy nagranie z taśmy... "All Nightmare Long" - od razu poznaję. To mój ulubiony utwór z "Death Magnetic". Na żywo brzmi równie rewelacyjnie jak na płycie, chociaż muszę przyznać, że tuż przed druga solówka panowie się lekko posypali, ale to nic... Chwila wyczekiwania, charakterystyczny riff i zaczyna się tornado. "Master Of Puppets" Panie i Panowie! Publika szaleje. Każdy zna tekst na pamięć, a głośne "Master, Master" wydobywa się nie wiadomo skąd. To zdecydowanie punkt kulminacyjny występu Czterech Jeźdźców. Uff... Teraz na uspokojenie pewnie wrzuca jakąś balladę... Nie... Nie ma zmiłuj... Rozbrzmiewa znane wszystkim intro, a zaraz później zaczyna się "Blackend"! Znajome dźwięki wzbudzają we mnie entuzjazm prawie tak wielki jak przy Masterze. Ok. Teraz już naprawdę czas na zwolnienie. Mamy spora ilość kobiet na widowni, więc tego kawałka nie mogło zabraknąć. Kirk najpierw gra dosyć fajna solówkę, która płynnie przechodzi w "Nothing Else Matters". Panowie powrócili tu do pomysłu z lat dziewięćdziesiątych. James znowu zaczyna ten kawałek, siedząc na krześle... Oki... najbardziej znany "normalnym ludziom" numer Mety poleciał. Co teraz? Myślę sobie, że na żadnym gigu Amerykanów nie może zabraknąć przecież "Enter Sandman" Meta czyta chyba w moich myślach, bo właśnie ten numer teraz zaczynają. Kolejny show na scenie. Hetfield biega po swoim "wybiegu" pod prawym telebimem. Koniec... podziękowania... blabla... I tak każdy wie, że będą bisy! Panowie po dłuższej chwili kończą z ta szopką i James ogłasza, że nastała część koncertu, w której Meta gra kawałki innych kapel, kapel, które wywarły wpływ na twórczość Czterech Jeźdźców. "Tonight... Queen" - i wszystko jasne - "Stone Cold Crazy", zdaje mi się, że znacznie skrócony bez jednej zwrotki, ale nie ma to większego znaczenia. Teraz James wyskakuje w skórze i pasie z naboi, bierze swojego białego Gibsona Flying V i mówi, że teraz trzeba powrócić do korzeni, do samego początku i rzeczywiście Meta serwuje nam swój pierwszy numer - "Hit The Lights" wymyślony przed laty w garażu Rona McGovney'a. Panowie znowu próbują się żegnać, ale publika nie pozwala. Tak... tego kawałka nie może zabraknąć... "Seek and Destroy"! Wszyscy zaczynają skakać, a refreny robią porównywalne wrażenie jak te z Mastera. Uff... to już naprawdę koniec. Meta pozdrawia fanów. Każdy z jej członków ma coś do powiedzenia. "Zajebyszcze" Roba to idealne podsumowanie tego koncertu. Czterej Jeźdźcy nie schodzą jeszcze ze sceny, gdy nagle ktoś zaczyna udzielać wskazówek odnośnie transportu z lotniska, co James kwituje krótkim "Shut the fuck up". Muzycy zaczynają rzucać kostkami. Cała seria ląduje w mojej okolicy. Nagle trącę grunt pod nogami... Chwytam coś do ręki. Co za fart!

Powoli trzeba się zbierać... Odnajduje reszta mojej ekipy i ruszamy do wyjścia. Po dziesięciu minutach jesteśmy już na ul. Powstańców Ślaskich. Teraz trzeba znaleźć jakiś transport. Wreszcie docieramy na właściwy przystanek, pakujemy się do autobusu i ruszamy w drogę powrotna na dworzec... Podróż dłuży się w nieskończoność, ale wreszcie jesteśmy na miejscu. Teraz pozostaje nam czekać na pociąg. Gdy nadjeżdża, ładujemy się do wagonu. Siadam na siedzeniu i... odlatuje. Budzą mnie przed sama Iławą. Jesteśmy w domu... No cóż to był mega udany festiwal, najlepszy na jakim byłem. Wszystkie kapele zagrały świetnie, a Slayer i Metallica wprost genialnie! Podziękowania dla Gośki, Agi i Barka za kolejny udany wypad. Pozdrowienia dla Aleksa i Hugo (Forza Inter!), dwóch uroczych Rosjanek - Olgi i... Olgi, no i Briana, który przyleciał na festiwal specjalnie z... Vancouver - szacunek.



Autor: Venom

Data dodania: 02.07.2010 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!