Creative Act Of Music Tour 2010 Virgin Snatch, Thy Disease, Armagedon, Nammoth, Heart Attack Grawitacja, Olsztyn - 18.01.2010 r.
Kiedy to ja ostatnio byłem w Grawitacji? Ojjj, pewnie gdzieś na drugim roku studiów... Dawno i nieprawda. Nie mogłem sobie odmówić zatem powtórnego zawitania do tego klubu, tym bardziej, że okazja nadarzyła się przednia - Creative Act Of Music Tour 2010 czyli koncert Virgin Snatch i spółki. Z ekipą Zielonego mam ostatnio jakiś problem, co i rusz się mijaliśmy. Tak na dobrą sprawę, to od HunterFestu 2007, ja Krakowian na żywo nie widziałem, wstyd się przyznać, ale taka prawda.
Zainstalowaliśmy się w klubie, tam jak zwykle sporo znajomych twarzy, uścisnęliśmy dłonie z Szymonem Czechem i pod scenę, tam już produkował się Nammoth. Cóż, pohałasowali Panowie naprawdę solidnie, posłuchaliśmy, popatrzyliśmy i... udaliśmy się na piwo. Nie moja muzyka zupełnie, także jedyne co mnie zaciekawiło to gra na dwa basy, fajna ciekawostka. Ale na czym stanęliśmy? Na piwie. Tak, w tym temacie w Grawitacji nic się nie zmieniło, siki nieprzeciętne.
Kolejna kapela, która nie kazała długo na siebie czekać to Armagedon. Reaktywowana jakiś czas temu formacji promowała swój, dość solidnie nagłośniony przez Mystic krążek zatytułowany "Death Then Nothing". Podobnie jak w przypadku Nammoth, Armagedon również nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Fakt, że zrobić nie mógł bo ja głównie czekałem na Virgin Snatch, a resztę kapel traktowałem jako niespodzianki. No i tak po prawdzie, death metal to przecież nigdy nie była (i już raczej nie będzie) moja muza. Niemniej po rekcji ludzi widać było, że wiara zaczyna powoli wkręcać się w zabawę, pod sceną pojawiły się już pojedyncze jednostki próbujące rozkręcić jakiś drobny młyn.
Jakieś sample, chore intro... czas na Thy Disease. Muzycy z Krakowa pojawili się na scenie i dosłownie z miejsca sprawili, że ludzie jedli im z ręki. Ciężko było nie zauważyć ogromnej różnicy poziomów, jakie dzieliły poprzednie kapele od tego co na scenie wyprawiali Yanuary i spółka. Przede wszystkim ruch sceniczny, nawet na tak drobniutkiej scenie panowie potrafili sobie jakoś z tym tematem radzić. Psycho raczej nie opuszczał swojego stanowiska pracy. Yanuary i Brovar dbali jednak o poziom występu przez cały set. Ten pierwszy starał się tak bardzo, że w pewnym momencie zaliczył nawet lekką wywrotkę, przyjął ją jednak z pełnym luzem i uśmiechem na twarzy, co klasa to klasa. Muzycy lutowali przede wszystkim kawałki z nowej płyty zatytułowanej "Anshur-Za". Z niej usłyszeliśmy całkiem pokaźny zestaw. Zabrakło "Frozen", którego w pewnym momencie publika nieco się domagała. Niemniej i tak koncert zespołu uważam za jak najbardziej udany, żeby nie powiedzieć świetny! Pierwszy raz widziałem Thy Disease na żywo i na 100% pojawię się na kolejnym koncercie tej kapeli. Ciekaw jestem jak formacja sprawdziłaby się na dużej scenie, widać, że muzycy mają niemałe umiejętności i duże doświadczenie, mam nadzieję, że czeka ich świetlana przyszłość.
Nie spodziewałem się tego, ale przez chwilę zastanawiałem się czy Virgin Snatch podniesie rękawicę rzuconą przez Thy Disease? Wszak poprzeczka została podniesiona dość wysoko. Nim jeszcze muzycy pojawili się na scenie zobaczyłem Anioła... czyżby kolejna, n'ta już chyba zmiana basisty w Virgin Snatch? Nie miałem okazji podpytać Piotrka, na pewno zrobię to przy okazji wywiadu z Zielonym. No ale wracamy do koncertu.
Zielony i spółka zaczęli nieco nietypowo, byłem wręcz pewien, że na pierwszy ogień pójdzie "Act Of Grace", muzycy na początek rzucili jednak "IV - Vote Of No Confidence", marudzić nie było można, wszak to też solidny, naprawdę mocarny numer. W sam raz do przypieprzenia słuchaczowi już w pierwszej rundzie, kolejną otworzył "Horn Of Plenty" i już wiadomo było, że zmiłuj to nie będzie. Pod sceną zrobiło się naprawdę tłusto, Zielonemu jednak wciąż było mało, szybki powrót do "In The Name Of Blood" - "Purge My Stain!". Czas na lekkie zwolnienie, Virgin Snatch biorą w obroty "Walk The Line", w którym Zielony musi pośpiewać nieco czyściej. Egzamin zdany na piątkę, wracamy więc do rasowego napierdalania - "Through Fight We Grow" i znowu nie ma lekko, publika od razu chwyta temat i chórki "ooo ooo ooo" ryczą już wszyscy. Nieźle to brzmiało trzeba przyznać. "Stop The Madness" i w mgnieniu oka przenosimy się o pięć lat wcześniej. Virgin Snatch jednak szybko wracają do swoich najlepszych dokonań, tytułowy wałek z "In The Name Of Blood" znają chyba wszyscy. Zielony długo nie musiał namawiać do wspólnej zabawy, on zaczyna "In The Name Of...", my kończymy "BLOOOOD!". Uff, zrobiło się naprawdę gorąco. Znowu szybki powrót do 2005 roku i dostajemy w twarz "Trans For Mansions", potem "Breed To Kill", "Art Of Lying", który Zielony zapowiedział jako: "cholernie stary i cholernie ważny". Fakt, to w dużej mierze od tej płyty zaczął się marsz Virgin Snatch do metalowej ekstraklasy w naszym kraju. I co? Koniec? Nieeee.
Virgin Snatch znikają ze sceny, nie ma jednak tak dobrze, czas zagrać coś specjalnego, na koniec oczywiście "It's Time"... Niesamowite... a co ja tu będą gadał, tego trzeba posłuchać samemu. Chociażby dla tego numeru warto wybrać się na koncert Virgin Snatch.
Zaraz po zakończeniu koncertu, na scenie pojawili się muzycy ze wszystkich kapel, wspólnie odgrywając "Creeping Death" Metallicy. Sprawdzonymi zabawkami bawi się jednak najlepiej, szaleństwo rozrosło się do dość dużych rozmiarów, do tego stopnia, iż pewien jegomość prawie pourywał oświetlenie w klubie. Jak to mówią, jak się bawić, to się bawić... A tak na poważnie, Thy Disease i Virgin Snatch na piątkę, reszta to zupełnie nie mój temat.
|