In Flames, Carnal Progresja, Warszawa - 06.04.2009 r.
In Flames... jeden z moich ulubionych zespołów, nawet teraz, kiedy stylem mocno odbiega od tego co grał kiedyś. Gdy tylko gruchnęło, że Szwedzi wystąpią w Polsce, wiedziałem, że zabraknąć mnie w Warszawie nie może. Zabili mnie swego czasu koncertem w Stolicy, potem poprawili na Wacken, miałem więc solidne ciśnienie na ten gig, mimo, iż miał być mój "trzeci raz" z Fridenem i spółką. Nie wszystko jednak rysowało się tak kolorowo, koncert, a w zasadzie cała trasa stanęła pod lekkim znakiem zapytania, Jesper Strömblad udał się na odwyk a muzycy zdecydowali się radzić sobie na koncertach z pomocą znanego z Gardenian Niklasa Engelina. Jakiś czas po koncertach w Ameryce Południowej, Australii oraz Japonii okazało się, że z Jesperem jest już lepiej i na Polskę będzie gotowy, pozostało więc tylko czekać.
Jak można się było spodziewać, Progresja stała się dla In Flames nieco za mała i koncert, podobnie jak poprzedni zresztą, został wyprzedany. Wtedy organizator zdecydował się przenieść go do zdecydowanie większej Stodoły, teraz na taki ruch się nie zdecydował i jak się później okazało, Progresja po prostu pękała w szwach. Cóż, atmosfera ogólnej integracji sprzyja przecież nowym znajomościom nieprawdaż?
Po dotarciu do klubu okazało się, że ogólna integracja to zdecydowanie zbyt słabe stwierdzenie, klub był napakowany w 110%. Dotarcie do szatni to lekka utopia, po jakiś browar też stało się dość długo. Szykowała się więc solidna i przede wszystkim bardzo "gorąca", w dosłownym tego słowa znaczeniu, impreza. Już na supporcie, którym był Carnal pod sceną zebrało się naprawdę sporo fanów. Warszawiacy mieli więc nieco ułatwione zadanie, inna sprawa, że zaprezentowali się bardzo dobrze. Szczerze mówiąc, nie znam dokonań tej formacji a bawiłem się naprawdę nieźle. Sprawni wioślarze, naprawdę dobry wokalista, który szybko złapał kontakt z publiką. Widać było, że Carnal są u siebie i czuli się na deskach Progresji jak ryba w wodzie. Zachęcili mnie do sprawdzenia ich muzyki, szczególnie nowej płyty, o której co i rusz wspominali. Posłucham na pewno jak tylko się ukaże.
Oczekiwanie na In Flames nieco się przedłużało, nie było mi to na rękę, gdyż zaraz po zakończeniu imprezy miałem ładnie opracowany autobus do domu. Na szczęście po około 20 minutach na scenie pojawiła się grupka Szwedów. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast piątki muzyków dostrzegłem... czwórkę. Bez Jespera? WTF? Anders Fridén dość lakonicznie wyjaśnił, że niestety Strömblad dziś nie zagra, ale muzycy z szacunku dla tak licznie zebranej polskiej publiki jednak zagrają. Oczywiście z publiki poleciały zaraz komentarze, że Jesper pewnie leży gdzieś zalany w trupa. Jak było naprawdę nie wiem, wiadomo jednak, że problem alkoholowy wśród muzyków to nie nowość. Mustaine czy Hedfield są tutaj najlepszymi przykładami. Można z tego jednak wyjść i tego Jesperowi trzeba jedynie życzyć, szkoda by tak dobry muzyk marnował czas na zalewnie pały, jest jeszcze sporo dobrych płyt do nagrania.
In Flames zaczęli od solidnej luty, tak oto Progresję nawiedził "Pinball Map". Dziwne to było otwarcie, bo In Flames to zespół jednak stworzony do grania na dwie gitary, tak mnogość "melodyjek" granych pod spodem (szczególnie w starych numerach) nieco uciekła. Björn Gelotte starał się jednak jak mógł i wyszło to całkiem przyzwoicie. Peter Iwers też miał nieco więcej roboty, wszak musiał zagęszczać brzmienie bardziej niż zwykle. Koniec końców muzycy jakoś wyszli z opresji i wiochy nie było. Z drugiej strony, mieliśmy w Warszawie dość "limitowany" występ In Flames, nie wiem ilu fanów na ziemi widziało ten zespół grający na jedną gitarę... Wracając do koncertu, po nieco nowszych "Delight And Angers" i "Drifter" muzycy polecieli kolejnymi starociami. "Colony" i co ciekawe "The Hive", który był chyba ostatnim utworem jakiego się spodziewałem. Tutaj dało się jak wspominałem odczuć brak drugiego wiosła, szczególnie w "The Hive", który jest wręcz napakowany ukrytymi pod ścianą gitar melodyjkami. Dalej było już tylko lepiej, In Flames poleciało hiciorem w postaci "Cloud Connected" i w Progresji rozpoczęło się na dobre solidne balowanie. W tym miejscu pozdrowienia dla pewnego fotografa, który akurat wtedy postanowił cyknąć kilka fotek, cóż facet ledwo uchronił swój sprzęt przed totalną dewastacją... Następnie dostaliśmy dwa nowe numery, "Alias" i "Move Through Me" robią na żywo naprawdę dobre wrażenie, szczególnie ten drugi, inna sprawa, że bardzo podoba mi się i na płycie, także inaczej być nie mogło. Zaraz po nowościach przyszła pora na chyba największy hit formacji - "Only For The Weak". Anders do tradycyjnego skakania namawiać publiki nie musiał ani chwili, wydał tylko komendę "jump!", a publika zrobiła swoje. Ja od razu wróciłem pamięcią do tego co działo się podczas tego numeru na Wacken... istne piekło. W Progresji może tak "gorąco" nie było, inna sprawa, że pot lał się po ścianach a ludzi w Warszawie było przecież "nieco" (tak o jakieś 70 kilka tysięcy) mniej. Kolejne numery przeniosły nas do tzw. nowoczesnej ery In Flames, muzycy na dobre rozstali się ze starociami. Usłyszeliśmy więc kolejno "Touch Of Red", "Disconnected" (kolejny nowy numer, który na żywo brzmi naprawdę fajnie), "Come Clarity" przy którym publika wręcz oszalała. Cóż, widać było, że wiele osób na ten numer czekało najbardziej, zapewne to dzięki niemu poznali ten band. Starsi fani woleliby pewnie coś z "Colony" albo "Whoracle", no ale nie można mieć wszystkiego. In Flames kontynuowali marsz przez swoje mainstreamowe numery, było jeszcze "The Quiet Place" i "Egonomic", którego praktycznie nie zarejestrowałem. Był niesamowicie nośny, wyśpiewany chyba przez całą salę "Trigger", dostaliśmy wreszcie dedykowany polskim kobietom "Take This Life" i na sam koniec "My Sweet Shadow". Liczyłem co prawda na bardziej konkretne zakończenie, marudzić jednak nie będę.
In Flames udowodnili, że należą do czołówki i nawet gdy nie wszystko idzie z górki, potrafią dać sobie radę. Problem z nadmiarem napojów wyskokowych istnieje w tej kapeli zapewne nie od wczoraj, wszak na Wacken Friden nie należał do najtrzeźwiejszych muzyków na świecie. Pytanie tylko czy muzycy będą potrafili sobie w przyszłości z tym radzić, by takich niespodzianek jak w Polsce już nie powtarzać. Miejmy nadzieję, że panowie pozbierają się do kupy i uraczą nas jeszcze niejednym koncertem, tym razem już w pełnym składzie.
Na deser zostawiłem sobie rodzynek... Po którymś z kawałków publika zaczęła skandować "Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy!", Anders podszedł do Björna i powiedział: "I think they are saying, that you have a small penis", nieco się oddalił i dodał: "Don't worry, his is acctually huge". Mają chłopaki fantazję, to trzeba im przyznać.
Setlista:
01. Pinball Map 02. Delight And Angers 03. Drifter 04. Colony 05. The Hive 06. Cloud Connected 07. Alias 08. Move Through Me 09. Only For The Weak 10. Touch Of Red 11. Disconnected 12. Come Clarity 13. The Quiet Place 14. Egonomic 15. Trigger 16. Take This Life 17. My Sweet Shadow 18. Whoracle
|