Kreator - Warszawa


Kreator, Caliban, Eluveitie, Emergency Gate
Klub Progresja, Warszawa - 19.02.2009 r.



Jak się bawić to się bawić pomyślałem i... ruszyłem do Warszawy na cały tydzień. Najpierw mała impreza, potem koncert Saxon i Iced Earth, następnie kolejna impreza i... a jakże, kolejny koncert! Tym razem Kreator, Caliban, Eluveitie oraz Emergency Gate. Trzeba przyznać, że urodzaj koncertowy ostatnio nawiedza nasz kraj. 3 gwiazdy światowego formatu w kilka dni? Nic tylko się cieszyć i prosić o więcej...

Pech chciał, że warszawski koncert w ramach trasy "Chaos Over Europe" odbywał się akurat w dzień, w którym swój pierwszy mecz w 1/16 finału Pucharu UEFA rozgrywał poznański Lech. Cóż, nie można mieć wszystkiego, koncert wydawał się oczywistym wyborem. W "Progresji" zameldowałem się chwilę przed 19:00. Wpadam do klubu i co widzę? Mnóstwo ludzi oglądających... mecz Lecha na telebimie. Taaaaaa, tego się można było spodziewać. Szybki rzut oka na wynik, błyskawiczna wizyta w szatni i już jestem gotowy na to co ma nadejść. Udaję się pod scenę, tam łomocze już pierwszy zespół.

Ową kapelą było Emergency Gate. Przyznam szczerze, że oprócz najnowszej płyty nie znam nic z wcześniejszego dorobku Niemców. Wydana niedawno "Rewake" to jednak całkiem sprawna mieszanka metalcore'a i death metalu. Na scenie muzycy lutowali głównie kawałki z wspomnianej płyty. Ubrany na biało wokalista Matthias Kupka (prawda, że ładne nazwisko) co i rusz zachęcał ludzi do zabawy, gitarzyści non stop sypali młynkami. Widać, że Panowie chcieli ładnie zaprezentować się polskiej publiczności. Co ciekawe, pod koniec koncertu Kupka zszedł nawet do fosy, a potem przeszedł się po sali (śpiewając w międzyczasie kolejne linijki tekstu). Przyznam szczerze, że dawno nie widziałem czegoś takiego na koncercie. Brawo za pomysł, gdyby nie to za kilka tygodniu o gigu Emergency Gate pewnie bym zapomniał, tak będę go pamiętał jeszcze przez długi czas.

Niemcy zwinęli się ze sceny, ja czym prędzej wróciłem do "sali meczowej". Jak się okazało, Lech przegrywał już dwoma bramkami. Oczekiwanie na kolejną kapelę postanowiłem spędzić oglądając końcówkę meczu z piwkiem w ręku. Ku zadowoleniu wszystkich zebranych Lech wziął się wreszcie do roboty i piorunującą końcówką zapewnił sobie remis. Poznaniacy szczęśliwi, piwko wypite, metalowa brać gotowa na kolejny koncert.

Następni w kolejności byli panowie i panie ze szwajcarskiej formacji Eluveitie. Co ciekawe, nim jeszcze kapela na dobre zainstalowała się na scenie, pod nią zebrała się całkiem spora grupka fanów. Widać było, że naprawdę dużo osób przyszło tutaj dla nich. Cóż, mnie taka muzyka nigdy nie porywała, koncertu nie oczekiwałem zatem jakoś mocno niecierpliwie. Przyznać jednak należy, że muzycy kapeli, a szczególnie wokalista i dwie kobitki grające odpowiednio na skrzypcach i lirze, naprawdę dawali z siebie wszystko. Synchroniczne machanie głowami dziewczyny zaliczyły na piątkę z plusem. Chrigel Glanzmann, wokalista grupy to prawdziwy człowiek orkiestra, facet śpiewał, growlował, grał na gitarze akustycznej, fletach i Bóg wie czym jeszcze. Szacunek solidny! Sama muzyka Szwajcarów to mieszanka melodyjnego death metalu z mnóstwem folkowych wstawek. Wszystko było bardzo skoczne, przebojowe, niekiedy zalatywało lekką... a nie będę marudził, bo ludzie bawili się naprawdę świetnie, a o to przecież chodziło. Szkoda, że kapela miała jakieś problemy z gitarzystami. Muzyków wspomagał Marc Görtz, gitarzysta Caliban i techniczni tejże formacji. Wyglądało to troszkę komicznie, gdyż co numer mieliśmy innego człowieka obsługującego wiosło. Najważniejsze jednak, że Eluveitie zagrało, fani zebrani pod sceną dostali dawkę swojej ulubionej muzyki. Koncert mimo, iż mnie z pewnością nie powalił, należy zaliczyć do udanych.

Kolejnym zespołem, który pojawił się na deskach "Progresji" był niemiecki Caliban. Zespół ten pamiętam przede wszystkim z tego, iż... odwołali koncert na ubiegłorocznej edycji HunterFestu. W Warszawie było już wszystko w porządku. Chociaż z drugiej strony, no właśnie, było?

Wokalista ze standardową emo-grzywką, z pomalowanymi na czarno paznokciami, makijażem, do tego co i rusz strojący dziwne miny... cóż, dla niektórych czekających na Kreator było to stanowczo za wiele. Pod sceną zrobiło się dość luźniej, inna sprawa, że pojawili się tam fani takiej sztuki. Wszak Caliban to jeden z prekursorów metalcore'a, to kapela nagrywająca dla Roadrunner Records, prezentująca przecież pewien poziom. Przyznam szczerze, że sam czasami lubię sobie Niemców posłuchać z płyty. No właśnie, z płyty, koncert jakoś mnie nie porwał. Część winy za ten stan rzeczy ponosi zapewne nagłośnienie... Gdy Andreas "Andy" Dörner "rzygał" do mikrofonu, w klubie mieliśmy niezły jazgot, gdy pałeczkę przejmował drugi gitarzysta i próbował śpiewać czysto... ledwo było go słychać. Szkoda, bo przecież swoisty urok metalcore'a to właśnie te wymiany wokalne. Na szczęście, do wioseł przyczepić się nie było można, wszystko chodziło jak żyleta. Niemcy cieli powietrze, a kilkunastu fanów pod sceną próbowało rozkręcać circlepit, psuty oczywiście przez metalowców... szczerze mówiąc, wyglądało to niesamowicie zabawnie. Koncert Caliban miłośnikom takiej muzy z pewnością się podobał, mnie osobiście nieco przeszkadzało brzmienie, a raczej jego brak. Mam nadzieję, że następnym razem panowie od gałek spiszą się nieco lepiej. Jak to należy robić pokazali przy okazji następnego gigu.

Po którymś tam koncercie Kreator powiedziałem: "mógłbym tę kapelę oglądać co tydzień". Widziałem na żywo formację Petrozzy już cztery razy, a ciągle nie mam dość. Gdy techniczni zainstalowali na scenie piękną scenografię, nawiązującą do grafik z ostatniej płyty formacji, zatytułowanej "Hordes Of Chaos", serducho zaczęło bić nieco szybciej. Niby znałem set, niby wiedziałem czego mogę się spodziewać, niby wszystkie zapowiedzi klasyków miałem w paluszku... a i tak jarałem się na samą myśl, że za kilka minut na deskach "Progresji" rozpęta się piekło. Co tu dużo mówić, miało być piekło i było piekło.

Tornado zwane Kreator rozpoczęło dzieło zniszczenia kilka minut po godzinie 22. Intro znane z nowej płyty i lecimy, tytułowy numer kupił od razu wszystkich zebranych, refren "Hordes Of Chaos" wykrzyczeli chyba wszyscy zebrani w klubie. Kolejnym numerem był oczywiście drugi w kolejności "Warcurse". Dopiero po nim Mille i spółka postanowili nieco przywitać się z polską publiką. Lider formacji w swoim stylu zaprosił wszystkich zebranych na "90 minut totalnej masakry". Że ten facet nie rzuca słów na wiatr, przekonaliśmy się już sekundę później - "Extreme Aggression". To, co dzieje się podczas tego numeru trudno opisać. Niezależnie czy jesteśmy w Polsce, Niemczech czy Czechach, wszyscy dostają takiej "kurwy", że głowa mała. Muzycy nie przyjechali tutaj zbytnio celebrować swojego koncertu, na głowy fanów sypią się kolejne gromy - "Phobia", jeden z moich ulubionych numerów Kreator - "Voices Of The Dead" i tytułowy numer z "Enemy Of God". Wcześniej Petrozza nieco nakręcił publikę pytając czy Polska jest religijnym krajem, oczywiście fani musieli kilkukrotnie zapewniać lidera formacji, że jest wprost przeciwnie. "Enemy Of God" trafił zatem na podatny grunt. W tym miejscu muszę wspomnieć jedną rzecz, gdzieś w połowie tego kawałka widziałem jak pewien młody chłopak (będący na koncercie ze swoim ojcem) nie wytrzymał i po prostu rzucił się w moshpit. Miny zdziwionego ojca nie zapomnę chyba do końca życia.

Wracamy do koncertu bo Kreator właśnie lutuje kolejny świetny nowy numer - "Destroy What Destroys You", zaraz po nim pora na klasyki. Zespół leci z grubej rury, kolejno na publikę spadają: "Pleasure To Kill" , "People Of The Lie" i "Coma Of Souls". Uff, przyznaje szczerze, że zrobiło się biało przed oczami. Tym bardziej, że fani naprawdę nie zamierzali tego dnia przejść obok tego, co działo się na scenie. Kreator jednak nie planował zwalniać, były stare klasyki, pojawił się zatem i nowy klasyk, chyba największy hit formacji. Panie i Panowie - "Violent Revolution". Tutaj już "Progresja" śpiewała jak jeden mąż, starzy fani w koszulkach "Pleasure To Kill", jak i ci nowi, w t-shirtach z okładką "Enemy Of God" darli gębę razem z Petrozzą:

My hate has grown as strong as my confusion
My only hope my only solution
is a Violent Revolution
Violent Revolution, Violent Revolution
Reason for the people to destroy


Zauważyłem, że kilka osób spodziewało się, że oto Kreator zniknie właśnie ze sceny. Nic z tych rzeczy, nim Niemcy zeszli na krótki odpoczynek zalutowali jeszcze "Terrible Certainty" i nieśmiertelny "Betrayer". Po czym, jak po czym, ale po tym numerze trzeba było odpocząć...

Bisy panowie zaczęli od nowej płyty, "Amok Run" na żywo robi naprawdę piorunujące wrażenie. Przyznam się szczerze, że nie spodziewałem się takiej miazgi. "Riot Of Violence" to już dinozaur wśród numerów Kreator, ciągle jednak posiadający tą moc i siłę. Najlepsze jednak miało nadejść - "Flag Of Hate". Zapowiedź tego kawałka na ubiegłorocznym Wacken wyrwała mnie z butów. W Polsce Mille również dał radę, nakręcał ludzi by ci z całych sił ryknęli "HATE!". Opieprzał ich, literował, w końcu uznał (oczywiście za trzecim razem), że zabrzmiało jak trzeba i polecieli. Z "Flag Of Hate" zgrabnie przeszli w mordercę "Tormentorem" zwanym i po wszystkiemu.

Długi to był i wyczerpujący koncert. Dawno nie wychodziłem z klubu tak zmasakrowany... Pierwszy raz cieszyłem się, że "Progresja" jest na takim wypizdowie, przynajmniej odpocząłem sobie w autobusie. W domu piwko i do łóżka, trzeba szykować siły, wszak jak mawia Mille... "Kreator will return!".



Autor: Krzysiek

Data dodania: 25.03.2009 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!