Saxon / Iced Earth - Warszawa


Saxon, Iced Earth
Klub Stodoła, Warszawa - 15.02.2009 r.


Do Warszawy wyruszamy w niedzielny poranek, korzystając z usług PKP. Ekipa bardzo liczna, bo w sumie było nas 9 osób. Przyznam, że to był mój najliczniejszy wyjazd na koncert. Pomijam oczywiście zorganizowane wyprawy na Litwę, czy do Niemiec. Podróż minęła w sielankowych nastrojach, był tylko mały zgrzyt w Łodzi. Tutaj to wyjątkowo upierdliwi wąsacze z SOK-u doczepili się o spożywanie trunków relaksacyjnych. Pogadali i poszli, później wrócili i wreszcie wysiedli z pociągu. Oczywiście większego efektu nie spowodowali. No śmiechu było niemało, bo tekst "chowcie to" (oryginał!) towarzyszył nam do końca podróży. W stolicy zameldowaliśmy punktualnie o 16-tej i od razu zostaliśmy "przejęci" przesz komitet powitalny. Później obiad i przepyszne piwo (litrowy Pilsner Urquell za 7 zł!) i czas najwyższy udać się do Stodoły. Tym bardziej, ze dostaję smsa z informacją, że pod klubem potężny tłum. Rzeczywiście mrowie ludzi i kolejka do wejścia zdaje się nie mieć końca. Odnajduję Krzyśka całkiem blisko wejścia i po chwili cała nasza wesoła kompania pokornie czeka przed Stodołą. Na szczęście klub jest już otwarty i sprawnie meldujemy się w środku. Szatnia, toaleta i od razu udajemy się na salę koncertową. Tutaj z Krzyśkiem bez zastanowienia wędrujemy w kierunku barierki. Ludzi jeszcze dużo nie ma (większość pewnie przed klubem), więc spokojnie dochodzimy do 4-5 rzędu. Teraz zaczyna się czas oczekiwania i można spokojnie pogadać o "najstarszych Polakach" i innych równie ważnych sprawach. Przy okazji można (i należy) niepostrzeżenie przeniknąć kolejne rzędy do przodu. Wreszcie techniczny po raz enty i ostatni sprawdza "cośczylinic" na scenie... Swoją drogą to komicznie wygląda jak oni wchodzą na scenę z taką mądrą miną i doglądają -nasty raz tych samych rzeczy, a po chwili wchodzi drugi taki sam "mądrala" i robi dokładnie to samo...

Białe światełko latareczki ze sceny w kierunku akustyka i już wiadomo, że czas zaczynać. Milknie grana muzyka, scenę zalegają egipskie ciemności a z głośników zaczyna sączyć się intro "In The Sacret Flames". W takiej chwili zawsze emocje sięgają zenitu i widok wchodzących na scenę muzyków powoduje eksplozję radości. Iced Earth zaczęli swój show dosyć przeciętnie, bo nowym kawałkiem "Behold The Wicked Child". Z przodu tradycyjny (na początku koncertu) taniec szaleństwa. Na szczęście miałem upatrzoną miejscówkę, gdzie planowałem przytulić się do barierki i tylko wyczekiwałem okazji. Ta nastąpiła po 2-3 minutach, gdy jakaś "dobra dusza" naparła na mnie z prawej strony, a ktoś poprawił z tyłu. Eleganckie wjechanie pomiędzy dwie osoby przy barierce i już byłem gdzie chciałem. Tym czasem Iced kończy otwierający koncert kawałek. Oczywiście setlistę znałem na pamięć i o niespodziankach w tym przypadku nie było mowy. Kolejny utwór to przerywnik "Invasion" i niewiele dłuższy "Motivation Of Man", który płynnie przeszedł w "Setian Massacre". Na żywo ten ostatni kawałek wypadł nawet, nawet... ale do czasu kolejnego utworu. Po chwili praktycznie już nie pamiętałem co było wcześniej grane. Po prostu "Burning Times" i wcześniejsze kawałki przeszły do lamusa. Spokojnie mogę stwierdzić, że to w tym momencie rozpoczął się koncert Iced Earth. Nowości w porównaniu do staroci po prostu nie wytrzymują najmniejszego porównania. Różnica klas była słyszalna i odczuwalna od razu. Muzycy na scenie już rozgrzani, a publika zachwycona pierwszym klasykiem. Chóralne śpiewy i spory ścisk przy barierce. Przyjemnie było patrzeć na Barlowa śpiewającego z pełnym zaangażowaniem utwór z genialnej płyty "Something Wicked This Way Comes". Zresztą Matt żył tym koncertem od początku do samego końca, widać było, że chłop jest na swoim miejscu. Iced Earth to jest jego zespól, a nie jakieś policyjne misie panda.

Kolejny punkt programu to "Declaration Day" i ku mojemu zaskoczeniu bardzo wiele osób śpiewało tekst do tego utworu. Najwięcej radości z tego powodu miał... Jon Schaffer, który uśmiechał się cały czas, gdy tylko nie śpiewał chórków. Moje zdziwienie spowodowane było tym, że naczytałem się swego czasu wielu negatywnych opinii na temat płyty "The Glorious Burden". Okazało się, że na koncercie sporo ludzi zna tekst, czyli (jak sądzę) słucha sobie często tej płyty. Ja w tym kawałku skupiłem się w większości na stronie wokalnej. Zastanawiałem się jak Barlow poradzi sobie z górkami, jakie Owens zostawił mu w spadku. No i muszę przyznać, że Matt pod koniec tego kawałka ledwo co już ciągnął te wokale. Było widać, że męczył się srogo. W sumie niespecjalnie to mnie dziwi, bo jednak Ripper to troszkę inna skala głosu. Dodatkowo w tym utworze sporo pozwiedzał górek. Sam utwór w wykonaniu koncertowym to kawał świetnego grania. Zrobił na mnie duże wrażenie (jeszcze na drugi dzień nuciłem sobie refren), które jednak szybko uleciało. Matt chwilkę z nami porozmawiał (nie zabrakło kultowego "Brothers And Sisters!") i zapowiedział "Vengance Is Mine". I rozpętała się burza w Stodole. Po chwili Iced dołożyli "Violate" i generalnie to zastaliśmy zmasakrowani. Te dwa kawałki to po prostu koncertowe killery. Moc, potęga i zniszczenie. To już był tajfun. Kilka razy zostałem solidnie dobity do barierki i żebra z lekka zaprotestowały. Hehe... oczywiście nie ma czasu na jakieś rozczulanie się (zresztą to normalka na przodach), bo na scenie Iced Earth jest już gotowe do kolejnego ataku. Matt zaczyna "Pure", my kończymy "Evil" i kolejny cios spada na Stodołę. Tutaj to już nikt nie oszczędza się, szaleństwo na całego. Po takich trzech uderzeniach następuje chwila odpoczynku. "Watching Over Me" pozwala chwilę odetchnąć, co nie oznacza, że nie ma zabawy. Kawałek idealny do śpiewania i wiele osób skrzętnie z tego skorzystało. Stodoła wypełniła się wspaniale odśpiewanymi refrenami. Bardzo lubię takie chwile na koncertach, gdy publika ostro jedzie z tekstem. Wspaniały moment koncertu, będę długo go pamiętał. Kolejny pozycja w setliście to ponowny skok do czasów Rippera. Tym razem dostaliśmy utwór z płyty "Framing Armageddon", a był to singlowy "Ten Thousand Strong". Ten kawałek to solidny koncertowy wymiatacz. Ma w sobie taką przyjemną ciężkość. Kolejnym punktem był "Dracula". Matt tutaj chwilkę pogadał, a ja pomyślałem, że miło byłoby usłyszeć z płyty "The Horror Show" np. "Damien", czy "Wolf". Oczywiście nie narzekam, bo "Dracula" to kawał świetnego grania. I tutaj chylę czoła przed wokalistą. Matt Barlow pokazał klasę w całej rozciągłości. Tak trudny wokalnie utwór wyśpiewać z taką lekkością i luzem to ja nie mam pytań. BRAWO! Przyznam, że byłem pod wielkim wrażeniem. Przed kolejnym kawałkiem Matt pogadał jeszcze dłużej i spokojnie zapowiedział "Melancholy". Chwilę później Stodoła zadrżała w posadach. Tutaj to już chyba wszyscy zgromadzeni śpiewali. Wspaniały kawałek, wspaniałe wykonanie i mój głos z lekka zaczął się buntować. Mam wielki sentyment do tego utworu i dla mnie te kilka minut to było coś wspaniałego. Niezapomniane momenty... Niestety panowie z Iced Earth ponownie zburzyli mój "spokój ducha", bo już po chwili uderzyli z "My Own Savior" z moim ukochanym tekstem:

"Life's A Bitch, Life's A Whore
Nothing Less, Nothing More..."


Krótko mówiąc cud-miód-orzeszki i orgazm w jednym. Genialne podsumowanie setlisty. Tak, tak... to był już ostatni kawałek przed bisem. Nawet się nie obejrzałem, a już było prawie "po wszystkiemu". Cóż... znaczy to tylko tyle, że koncert był świetny i zabawa przednia. Muzycy się kłaniają, dziękują i rzucają gadżety w publikę. Moje "prezentowe" szczęście wciąż jest ze mną i otrzymuję kostkę od Schaffera. Dzięki Janek!

Zespół troszkę ociąga się z powrotem na scenę, ale gromkie "Iced Earth!" nie milknie ani na chwile. Wreszcie życzenie publiczności staje się faktem i mamy muzyków na widoku. Matt chwilę przemawia do fanów, dziękuje za przybycie i wspieranie zespołu. Na sam koniec z zapowiada ostatni punkt programu: "ICED FUCKIN' EARTH!". Charakterystyczny wstęp i jedziemy z tym kawałkiem. Rzeczywiście jest to ostatni utwór grany przez zespół tego wieczora. Bardzo skromny to był bis. Rytuał pożegnania zostaje ponowiony, czyli ukłony, podziękowania i gadżety. Po chwili koncert Iced Earth przeszedł już do historii. Na scenę wpadają techniczni i zaczynają swoją mrówczą pracę. Ja natomiast mam kilkanaście minut na przetrawienie w spokoju tego koncertu. Widziałem ten zespół po raz drugi na żywo, ale po raz pierwszy z Mattem na wokalu. Na Wacken Open Air 2007 śpiewał oczywiście Owens. Tam była potężna scena, genialne światła i sporo pirotechniki. Dodatkowo mieliśmy lepszą setlistę i dźwięk. W Warszawie z tym ostatnim były jakieś problemy na scenie. Coś tam w odsłuchach nie grało jak należy. Światła były bardzo przeciętne, a o pirotechnice nie mogło być mowy. Dodatkowo zaszwankował mikrofon Barlowa i 2 kawałki śpiewał do innego, zabranego od chórków. Oczywiście w tych utworach był słabiej słyszalny. Na szczęście szybko wróciło sitko Matta i nastąpiła poprawa w kwestii słyszalności wokaliz. W setliście zaskakująco dużo utworów było z ery Owensa, co prawda niby tylko trzy (plus 2 przerywniki), ale to dosyć znaczącą ilość na 15 punktową setlistę. Myślę, ze spokojnie wystarczyłby jeden (np. "Declaration Day") i dzięki temu zmieściłyby się kolejne klasyki (np. "The Hunter", czy "Travler In Stygian"). Z drugiej strony Iced Earth promowało najnowszą płytę i tylko dziękować opatrzności, że setlista nie była zdominowana przez nowe utwory. Promocja to promocja...

Wracając do przemyśleń po koncertowych... Ogromny plus tego gigu to oczywiście osoba wokalisty. Nie ma co ukrywać, ale Barlow i Iced Earth są stworzeni dla siebie. Fajnie, że wróciła jakaś tam chemia pomiędzy Mattem i Jonem. Panowie najwyraźniej poszli po rozum do głowy i powrócili do współpracy. Z setlisty największe wrażenie zrobiły na mnie: "Pure Evil", "Violate", "Burning Times", "Melancholy (Holy Martyr)", "My Own Savior", "Dracula", "Vengance Is Mine". Jak napisałem wcześniej "Declaration Day" też nieźle się wbił do mojej głowy. Nowe utwory niestety odstawały od staroci. Była wyraźnie słyszalna różnica poziomów. Bo to po prostu słabsze granie jest. Nie ma co specjalnie wymyślać. Nawet całkiem dobry "Ten Thousand Strong" zostaje pozamiatany w ciągu kilku chwil dowolnym starym killerem. A taki "Behold The Wicked Child" brzmi jak ubogi krewny np. "Violate". Jedyny minus tego koncertu to brak kilku klasycznych utworów. Wiadomo... Iced Earth ma tych kawałków naprawdę sporo i trudno to wszystko ogarnąć podczas krótkiego występu. Tak to tylko można w Atenach. "Alive In Athens" i wszystko jasne. Koncert Iced Earth oceniam tylko i wyłącznie pozytywnie. Po prawdzie były jakieś tam niedociągnięcia, ale... no właśnie... do cholery to jest występ na żywo, a nie projekcja DVD, prawda? Mam mnóstwo wspaniałych wrażeń, niezapomniane chwile też były. Do tego była barierka, no i kostka od Schaffera. Koncert w 100% satysfakcjonujący.

Tymczasem na scenie zakończono wszelkie przygotowania do koncertu Saxon. Śmieszna akcja miała miejsce. Wyniesiono takie płachty rozciągnięta na stojakach i zostały one ustawione przed perkusją, zupełnie ją zasłaniając. Moje zdziwienie trwało tylko chwile, gdyż po kilku minutach... zniesiono to cholerstwo ze sceny. O co chodziło? Nie mam pojęcia. W tym czasie trwało ustawianie dźwięku perkusji. Techniczny siedział za zestawem Nigela Glocklera i coś tam dłubał. Tymczasem zakończono wszelkie przygotowania i rytuał przed koncertowy został powtórzony. W skrócie: błysk z latarki, przerwane odtwarzanie muzyki, ciemność na scenie i intro. Przyznam szczerze, że jakoś nie miałem wielkiego ciśnienia na ten koncert. Saxon widziałem dwa razy na żywo i to były dobre koncerty. Teraz jednak jechałem do Warszawy na występ Iced Earth. Tutaj ciśnienie było o wiele wyższe. Dodatkowo zupełnie nie znałem najnowszej płyty "Into The Labyrinth" (hehe wciąż nie znam). A wiadomo jak to średnio jest na koncercie gdy słyszy się po raz pierwszy nowe kawałki. Tym bardziej, że to przecież trasa promująca nowy krążek. No i jeszcze zespół postanowił sporo odświeżyć swoje koncertowe kawałki. Sporo mniej granych w ostatnich latach wróciło do setlisty. Oczywiście kosztem żelaznych klasyków. Generalnie takie postawienie sprawy ma swoje plusy i minusy. Dla mnie to bardziej druga opcja. Koniec końców jakoś tak bez większych emocji wyczekiwałem początku występu Saxon. Zaczęli jak należy, czyli "Battalions Of Steel", czyli pierwszy utwór z najnowszego CD. Przy drugim refrenie już śpiewałem tekst. Co mocno rozbawiło Krzyśka... Z nowej płyty poleciały jeszcze: "Live To Rock", "Valley Of The Kings" - te dwa pamiętam po tytułach, oraz "Demon Sweeney Todd", "The Letter", "Hellcat" - a za te odpowiedzialności nie biorę (hehe). Saxon na scenie to 100% profesjonalizmu, pełne zaangażowanie do ostatniej minuty koncertu. Widać pasję w tych gościach. Tutaj muszę przyznać, że robi to na mnie kolosalne wrażenie. Taki Byford na przykład... nie będę wypominał ile chłopina ma lat, ale zaangażowaniem to młodzieniaszek. Patrzyłem na wokalistę z podziwem, przecież pamiętać należy, że koncerty na trasie grają praktycznie co wieczór. Po prostu szacuneczek!

W ten wieczór dostaliśmy jeden wyjątkowy kawałek. Biff zapowiadał go specjalnie i mówił, że specjalnie przygotowali go na nasz koncert. Od razu wiedziałem co to będzie, ale rzeczywiście zagadka trudna nie była. "Red Star Falling" z poprzedniej płyty "The Inner Sanctum" ponownie zrobił na mnie wielkie wrażenie. Szkoda, że ze świetnej "Lionheart" zagrali tylko jeden utwór, a dokładnie "Witchfinder General". Jak dla mnie to trochę mało w tym temacie. Kolejnym (niewybaczalnym minusem!) był brak "Dogs Of War". Tutaj to już nie ma przebacz. Uwielbiam bezgranicznie ten kawałek... i koniec. No to teraz będzie lekki przeskok w dyskografii, bo idąc wstecz przez płyty Saxon musimy wrócić aż do... 1984 roku. Dopiero z płyty "Crusader" otrzymaliśmy tytułowy kawałek. Z późniejszego okresu (oprócz już wspomnianych utworów) nic już nie było. A co było? A były "jedyneczki" (kawałki pierwsze na swoich płytach): "Power & The Glory", "Princess Of The Night", "Heavy Metal Thunder". Ponadto: "Denim And Leather" i kultowe "747 (Strangers In The Night)" i "Wheels Of Steel". Możliwe, że jeszcze coś mogło być grane (może z nowej?), ale nie pamiętam. Utworów na koncercie nie starałem się za wszelką cenę zapamiętać, a pamięć mam raczej krótką (hehe).

Nie będę specjalnie rozpisywał się o koncercie Saxon. To i tak miała być tylko relacja z koncertu Iced Earth... no dobra, dobra... żartowałem. Nie wypadałby nic nie napisać o występie weteranów z Saxon. Tak szczerze mówiąc to koncert z 30 kwietnia 2007 w tej samej Stodole zrobił na mnie większe wrażenie. Nie do końca wiem dlaczego, ale domyślam się, że najbardziej chodzi o setlistę. Na poprzedniej trasie znałem nową (świetną) płytę "The Inner Sanctum", teraz byłem zielony jak tabaka w rogu.. 6-7 utworów zupełnie dla mnie nieznanych... toż to prawie połowa koncertu. To musiało wpłynąć na mój odbiór występu Saxon. Muzykom nie mam specjalnie nic do zarzucenia. Jak napisałem wcześniej, ten zespół na żywo dupy nie daje. Panowie dają z siebie wszystko, to widać i słychać. A właśnie... trzeba przyznać, że dźwięk był bezusterkowy. Elegancko wszystko było słychać i jedynie może troszkę za głośno było. Ale to oczywiście detal. Z tego koncertu zapamiętam na pewno "Red Star Falling" i "747 (Strangers In The Night)" te kawałki bardzo lubię i z powodu braku wspomnianego "Dogs Of War" zostały moimi "michałkami".

Koncert zakończył się planowo jakoś kwadrans przed północą. Pociąg powrotny do Wrocławia (z przesiadką w... Katowicach) mieliśmy o 0:45 (jakieś nowe połączenie), więc szybko ewakuowaliśmy się z klubu. Elegancko zabieramy się ostatnim metrem i po chwili czekamy na peronie. Tutaj same złe wieści. Oczywiście sporo ludzi czeka z nami i co chwilę dochodzą kolejni. Ponadto dowiadujemy się, że nasz pociąg jedzie z Gdyni do Zakopanego. Łatwo się domyśleć, ze będzie zapchany na maksa. A co najgorsze przyjeżdża z 20 minutowym spóźnieniem. Oczywiście korona z głowy nam nie spadła przez dłuższe czekanie... ale na naszą przesiadkę w Katowicach mamy tylko 5 minut. Niestety czarny scenariusz został napisany w 100%. O siedzeniu w pociągu nie ma mowy i jedziemy na korytarzu, a przemiła pani konduktor informuje nas, że nie ma najmniejszych szans, żebyśmy zdążyli na przesiadkę. Poczekamy sobie jakaś godzinkę w Katowicach. Świetnie... a co niektórzy mają bilety turystyczne, które kończą się o 6 rano w poniedziałek. Już wiemy, że będzie jakaś przeprawa z konduktorem na trasie Katowice - Wrocław. Podróż na Śląsk pomimo fatalnych okoliczności przyrody upływa pod znakiem optymizmu, to chyba jeszcze emocje z koncertu. Z drugiej strony nie ma specjalnie sensu narzekać na rzeczywistość. Co to pomoże? W Katowicach jesteśmy planowo spóźnieni i mamy przerwę w podróży. Gorąca herbatka to jest to. W pociąg do Wrocławia pakujemy się bez stresowo i w przedziale zasypiam już po chwili. Budzą mnie głosy z korytarza... a to tylko CormaC tłumaczy konduktorce sprawę naszych biletów. Dzięki temu u mnie akcja jest krótka. Na szczęście babka nie jest upierdliwa i machnęła ręką na tą całą sprawę. Koło ósmej rano melduję się w domu i zapadam w błogostan. Ostatnia myśl to pozdrowienia dla PKP (ojjj...) i wspomnienie udanego wypadu na świetny koncert Iced Earth i Saxon. Właśnie w takiej kolejności.

Na koniec garść pozdrowień: Bogusia (dzięki za opiekę, kiedy do Wro.?), Elven Queen, Stratovaria, Asia ("HELP!, HELP!"), Krzysiek, Black Demon, CormaC, Wasyl, Marcin (vel. "Król Śledż"), Ramza, Gil-galad, Waldek, Stranger, Boodzik, Rambo, Daniel i kto tam jeszcze był, ale mi umknęło.



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 06.03.2009 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!