Sabaton - Kraków


Sabaton, Grailknights, Conquest, Privateer
Klub Studio, Kraków - 24.10.2008 r.

Płytą "The Art of War" Sabaton zdobył sobie wielu nowych fanów, również w Polsce, głównie za sprawą kawałka "40:1", opowiadającego o bitwie pod Wizną. I tym razem trasa nie mogła ominąć naszego kraju - zaplanowano 2 koncerty - w Krakowie i we Wrocławiu. Ten drugi nie doszedł do skutku, ale za to zagrali w Warszawie. A w planie jest jeszcze 1 i to darmowy - 11 listopada w Gdańsku. O zespole zrobiło się u nas naprawdę głośno, nawet w dwóch wydaniach "Faktów" w TVN poświęcono im reportaże. Jednak i bez tego bilety na koncerty w stolicy i w Krakowie sprzedawały się świetnie.

Sabaton poznałem stosunkowo niedawno, bo ponad rok temu. Na koncercie w Czechach zrobili na mnie spore wrażenie i postanowiłem, że jeśli nadarzy się jeszcze okazja, trzeba będzie zobaczyć ich ponownie. Po zapoznaniu się z nową, najlepszą moim zdaniem płytą, postanowienie to się umocniło. Ucieszyła mnie więc wiadomość o koncercie w Krakowie, do którego mam niecałe 100 km. Odkurzyłem więc swoje Ferrari Cinquecento i pomknąłem do Klubu Studio. Nie udało mi się namówić na koncert nikogo ze swoich okolic, ale z Krakowa owszem (pozdr. Marcin).

Klub solidnie wypchany, czekamy na pojawienie się pierwszego zespołu, jakim miał być miejscowy Privateer. Znałem go jedynie z MySpace i z... poprzedniej podróży na Sabaton (choć po prawdzie była to wtedy podróż na Gamma Ray & Helloween, a Sabaton przy okazji), kiedy to w pociągu Marcin puszczał jakieś mp3 :> Około 19.35 pojawili się Krakowianie i rządzili sceną przez jakieś 35 minut. Fajny koncert, solidny heavy, publiczność dobrze się bawiła, na płycie był nawet "młynek" (na reszcie zespołów również). Największe wrażenie zrobił na mnie zagrany pod koniec "Origami" z nowego singla.

Dość szybko po zejściu Privateer na scenie pojawili się Ukraińcy z Conquest, prezentujący trochę lżejsze, bardziej melodyjne granie. Ciekawy zespół z wokalistą o dość wysokim głosie. Dużej części publiczności koncert się podobał, choć słyszałem też głosy "na nie". Dla niektórych może po prostu to za słodkie, chociaż gitarzysta od czasu do czasu solidnie "dowalał do pieca". Najlepszy moment koncertu to moim zdaniem "I'm Flying Back" z pierwszej płyty - świetny kawałek. Po około 40 minutach zespół zakończył występ.

Na następny zespół już przyszło czekać trochę dłużej. Zabawne, że pół klubu skandowało "Sabaton", nawet po tym, jak na scenie powieszono szyld Grailknights... Uświadomiłem kilka osób, że będzie jeszcze jeden support, myśleli że Grailknights właśnie grali (na bilecie nie było wymienionego Conquest). Panowie z Niemiec się nie obrazili i hucznie wpadli na scenę. Wiedziałem czego się spodziewać i podejrzewałem, że po kilku kawałkach pójdę sobie usiąść... śmieszny wygląd (kolorowe peleryny i rajtuzy, pomalowane twarze) i muzyka nie z mojej bajki (głównie przez growl). Jednak przyznać muszę, że było całkiem fajnie, głównie dzięki walorom kabaretowym. Nieźli z nich jajcarze, mieli świetny kontakt z publiką - na ustalony sygnał odpowiadaliśmy "yes sir!", czy pomagaliśmy w "okrzykowych" fragmentach. Były zabawne scenki ze złym doktorem Czachą i jego gnomem oraz koniem z piwem. Generalnie dobrze się bawiłem, podobnie jak większość publiczności, ale pod kątem stricte muzycznym był to dla mnie na pewno najsłabszy występ tego wieczoru. Po ok. 40 minutach zeszli ze sceny.

Po kolejnej dłuższej przerwie, około godziny 22.35 pojawił się wreszcie zespół, na który wszyscy tu przyszli - Sabaton. Zaczęli od razu z grubej rury - "Ghost Division", świetny na otwarcie zarówno płyty, jak i koncertu. Pod sceną szaleństwo, fotki postanowiłem porobić później, bo na tym kawałku aparat zapewne zginąłby śmiercią tragiczną... Okazja przytrafiła się już podczas drugiego, spokojniejszego kawałka - tytułowego z nowej płyty, który podobnie jak na albumie nie robi niestety za dużego wrażenia.

Na szczęście z nowego wydawnictwa zagrali również największe killery - "Cliffs of Gallipoli" (na którym jednak Joakim nieco za oszczędnie śpiewał) i genialny wręcz "The Price of a Mile". Był też oczywiście "40:1", na bis, również jeden z najlepszych momentów koncertu, wiadomo - publika szaleje z radości. Wyśpiewać ten tekst na koncercie w Polsce = bezcenne.

Jednak zapytany o najlepszy fragment koncertu, wahałbym się pomiędzy "The Price of a Mile", "40:1", a jeszcze dwoma starszymi kawałkami, które na żywo wypadają po prostu fantastycznie: "Attero Dominatus" i "Primo Victoria". Ten drugi zagrali bardzo późno, obawiałem się już, że go pominą. Jednak Joakim zaczął: "Through the gates of hell..." i skierował mikrofon do publiczności. Zabawne, ale słyszałem tylko siebie krzyczącego "as we make our way to heaven". Pewnie dalej też ktoś to podjął, ale generalnie duża część publiczności była nieco niekumata, choć przy prostszych odzewach sprawdzała się dobrze. Choćby przy refrenie "Attero Dominatus" - ten numer po prostu zmiażdżył.

Był więc numer o upadku III Rzeszy, był też o jej powstaniu. Choć jak zażartował Joakim, ten kawałek opowiada właściwie o jego penisie - mowa o "Rise of Evil". Również jeden z moich faworytów - świetny, długi i ciężki kawałek, wypadł znakomicie. Z płyty "Attero Dominatus" odegrali jeszcze "A Light in the Black" i fragment "Metal Crue" (był połączony z "Metal Machine"). Z kolei z "Primo Victoria", oprócz wspominanych, jeszcze "Panzer Battalion", "Into the Fire" i "Wolfpack" (którego z tego co wiem nie grali w Warszawie, tutaj dali go do setu kosztem "In the Name of God", szkoda, bo wolę ten drugi). Na koniec jeszcze jedna niespodzianka - większość ludzi zdąża już w stronę szatni, a zespół wychodzi na drugi bis i gra jeszcze 1 kawałek z "Attero Dominatus" - "Nuclear Attack".

Krótko mówiąc koncert Sabaton był rewelacyjny - świetny set i wykonanie, znakomity kontakt z publiką, Joakim często coś mówił, sporo żartował, raz podszedł nawet do barierek. Całkiem nieźle mówił też po polsku - np. zachęcał ludzi by zamiast "Sabaton" krzyczeli "jeszcze jedno piwo", po którym to okrzyku szedł łyknąć browar. Zdecydowanie najlepszy występ tego wieczoru, ale czy mogło być inaczej? Panowie zeszli wreszcie na dobre ze sceny jakieś 10 minut po północy.

Odwiedziliśmy jeszcze z kumplem stoisko Witchking, gdzie byli Gajdek i Sado, zakupiłem ich nową płytę i opuściłem klub. Kumpel został, bo do domu miał blisko, mnie czekała jeszcze nocna jazda po zamglonej drodze. Zgodnie z zasadą "ileż można" wyjąłem z odtwarzacza "Primo Victoria", która towarzyszyła mi w drodze do Krakowa i wrzuciłem "The Scarecrow". Ok. 2.00 dotarłem do domu, a o 8.00 miałem być na uczelni... tak, zaspałem :)

Setlist (ułożony wg albumów):

Primo Victoria
Panzer Battalion
Wolfpack
Into the Fire
Metal Machine + Metal Crüe
Attero Dominatus
Nuclear Attack
Rise of Evil
A Light in the Black
Ghost Division
The Art Of War
40:1
Cliffs of Gallipoli
The Price of a Mile

Zdjęcia:

http://forum.metalside.pl/viewtopic.php?t=1356&start=41
http://www.lastfm.pl/music/Privateer/+images?sort=date



Autor: Ramza

Data dodania: 04.11.2008 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!