Iron Maiden - Warszawa


Iron Maiden, Made Of Hate, Lauren Harris
Stadion Gwardii, Warszawa - 07.08.2008


Iron Maiden... chyba brak wstępu będzie dobrym wstępem, bo co tu by nie napisać o nich to i tak każdy to wie. Tak więc, po co zanudzać. Jedziemy! Nie ukrywam, że dla mnie było to wielkie wydarzenie, pierwszy koncert Dziewicy, na który w końcu pojechałem. W Warszawie byliśmy już o 13... szybko, a to dzięki sprawnemu transportowi z firmy 'Top Bilety' (polecam ich usługi wszystkim, którzy wybierają się na jakąś wielką imprezę). Trzy godziny czekania na otwarcie bram, co nie powiem - zawsze się opłaca. Czekanie upłynęło nam na obserwowaniu młodych fanów zespołu, bardzo podjaranych całą tą sytuacją; zresztą ja, stary dziad ( ;) ), byłem nie mniej podnieconym tym dniem. Chyba najwięcej było właśnie młodych (o dziwo), ale oczywiście przychodzili też starzy wyjadacze, pamiętający jeszcze pierwszy koncert Maiden w Polsce w 1984 roku. Sumując, przedział wiekowy fanów, na oko oscylował od 3 (sic!) do 60 lat.

Otwarcie bram... szał, wszyscy się pchają, naciskają, krzyczą na ochronę. Nie bez powodu strona organizacyjna tego koncertu była... słaba. Wejście na stadion w dwóch miejscach, a w każdym otwarte dwie bramki. Czy szefowie nie widzieli kotłującego się tłumu? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Ok, biegniemy na płytę. Załapaliśmy się jeszcze na frontstage i oczywiście obowiązkową tam opaskę ;). Do sektora wpuszczono trochę ponad 2 tys. ludzi, gdzie w takim wypadku atmosfera była iście piknikowa (zmieściłoby się na pewno jeszcze raz tyle); za sektorem i na trybunach pozostałe 27 tys. fanów ściśniętych jak sardynki...ale fan wytrzyma (nawet wieżę dźwiękowców zasłaniającą widok połowie widzów?). Tak więc znowu czekamy. Tym razem już na rozpoczęcie koncertu. Wyjątkowego koncertu, przecież w ten dzień Bruce Dickinson obchodził swoje 50 urodziny. To nie jedyny powód. Ironi mieli zagrać swoje największe hity z lat 80' promując tym samym kolejną składankę "Somewhere Back In Time".

Wielka okładka solowej płyty córki basisty Maiden, widniejąca nad sceną zwiastowała pierwszy występ tego wieczoru. No i wbiegła panna Harris, wbiegli także jej muzycy (ahh te fryzury i stroje). Lauren prezentowała się baaaaardzo dobrze, trochę gorzej wokalnie, ale...co tam! Muzyka zespołu to taki 'amerykański' hard rock, trochę w duchu lat 80' z odrobiną popu (ale Bon Jovi nie przebije nigdy hehe). Koncert mógł się podobać. Lauren nawiązała szybki kontakt z publicznością...a ta z kolei nie pozostała jej dłużna - wprost ją wielbiła. No dobra, ale koniec tego pitu pitu, na scenę wpada nasze rodzime Made Of Hate. Tu przeżyłem pierwszy szok. Pierwszy raz ich usłyszałem i oniemiałem. Piekielnie techniczne granie, super solówki, prawie neoklasyczne. Wiem, że dużo ludzi porównuje ich do Children of Bodom. Ja jakoś nie jestem skłonny do takiego porównania, bo MOH miażdży COB jak się patrzy. Raczej porównywałbym ich do Death (a jakże!). Mimo drobnego problemu ze sprzętem (spalony piec) pozamiatali równo, brawa! Hehe, pozamiatali scenę przed gwiazdami wieczoru. Tu już nikt nie chciał bisów, tu już nikt nie skandował nazwy zespołu. Teraz cały stadion zaczął krzyczeć 'Maiden!". Ale spokojnie, jeszcze trochę czasu, cała scenografia musi najpierw wjechać na scenę ( ;) ).

Zachód słońca...czas na świętowanie. Tam gdzieś zza sceny, z głośników dobiegają dźwięki "Doctor, Doctor". Koniec pikniku, trzeba wstać z trawki. Gasną światełka i... "Transylvania" z głośników, a na telebimach ukazał się krótki film z trasy (z lotnisk). No, ale już, już, dalej ku***! Nareszcie, mowa Churchilla...wiadomo co zaraz nastanie, podniecenie sięga zenitu. Teraz!! - Dziadki wskakują, zaczynają "Aces High", a ja zwariowałem. To chyba najlepszy koncertowy killer Iron Maiden. Pięknie zaśpiewany przez blisko 30 tysięczny tłum. Panowie prezentowali się bardzo okazale, obcisłe jeansy, białe adidaski (super Gers hehe), koszulki oczywiście maidenowskie, tylko Bruce jakoś tak nowocześnie w czapce wyskoczył. Dalej " 2 Minutes To Midnight", "Revelations", "The Trooper", "Wasted Years", "The Number Of The Beast" (ah te strzelające ognie!). Klasyka, klasyka do bólu. Znowu wszyscy śpiewają, rewelacja. Ogólnie klimat koncertu był świetny. A wędrująca co chwilę do Bruce'a wielka polska flaga z napisem urodzinowym musiała się podobać (nie tylko muzykom). On sam, znany z konwersacji z publiką, teraz też nie był dłużny. Zebrało mu się na wspominki, co to było 24 lata temu, że w Polsce niby dopiero zaczęto słuchać jazzu. Dowcipniś się znalazł. Oczywiście nie byłby to koncert Żelaznej Dziewicy, jakby nie było genialnej scenografii. Ogólnie przedstawiała ona to samo, co na trasie promującej "Powerslave" z 84', czyli krótko mówiąc Egipt, z tym, że z tyłu co rusz zmieniał się nam Eddie. Pierwsza zmiana podczas "The Trooper" - Eddie w stroju żołnierza, tak samo Bruce. Takie teatralne zagrania bardzo cieszyły oko, gdy muzyka cieszyła ucho. Lecimy dalej: "Can I Play With Madness?" - bardzo przebojowo - popowy numer wypadł znakomicie. "Rime Of The Ancient Mariner" i kolejna zmiana dekoracji. Teraz widzimy wrak statku, a Dickinsona w obdartych łachmanach. Trzeba przyznać, że klimat podczas tego kawałka był genialny i te skrzypiące dźwięki statku, coś niebywałego. W moim odczuciu to chyba najlepszy moment tego koncertu. "Powerslave" - scenografia - wielka maska Eddie'go sfinksa, Bronek biegał po scenie (i nad sceną) w masce faraona i znowu wszystko pięknie. Kolejne numery potwierdzały tylko, że Iron Maiden to prawdziwa metalowa maszyna, tak rozpędzona, że jeszcze raczej długo się nie zatrzyma. A przynajmniej nie w najbliższych latach. Świadczą o tym słowa Bruca, na przekór wszystkim pesymistom i niedowiarkom: "Wrócimy tu na pewno, ale już z nowym materiałem. Wtedy każdy z was przyprowadzi kolegę i znajdziemy wtedy takie miejsce, żeby mogło się w nim zmieścić 60 tys. ludzi i zagramy największy koncert w waszym kraju". Jakieś pytania? Ja nie mam. Na koniec oczywiście zagrali "Iron Maiden". Tutaj biję się w pierś - nie pamiętam czy w tym kawałku wyszedł gigantyczny(!) Eddie mumia, czy Eddie robot. W każdym razie, mieliśmy okazję poznać obie te przemiłe osobistości. Na koniec jeszcze bisy: "Moonchild", "The Clairvoyant" i "Hallowed Be Thy Name". I to już koniec. "Always Look On The Bright Side Of Life" i do domu.

Set lista:

1. Churchill's Speech
2. Aces High
3. 2 Minutes To Midnight
4. Revelations
5. The Trooper
6. Wasted Years
7. The Number Of TheBeast
8. Can I Play With Madness?
9. Rime Of The Ancient Mariner
10. Powerslave
11. Heaven CanWait
12. Run To The Hills
13. Fear Of The Dark
14. Iron Maiden
15. Moonchild
16. The Clairvoyant
17. Hallowed Be Thy Name

Miło było. Szkoda, że tylko dwie godziny, ale przecież będzie jeszcze ten następny raz. Pozdrawiam ludzi, z którymi byłem na koncercie: Agnieszkę, Piotrka oraz znajomych z MetalSide, z którymi niestety nie dane było mi się spotkać: Gumbyy, Strati, Elven Queen (ktoś jeszcze?) ;)



Autor: Herman

Data dodania: 24.09.2008 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!