Wacken Open Air 2007


Do Wacken wyruszamy sprawdzoną trasą i według utartego schematu. W tym roku ponownie nastąpiły nieznaczne zmiany personalne w naszej samochodowej ekipie. I tym samym w środowy poranek ze Szczytna wyruszyli: Karolina, Krzysiek i Czaro. Ja około 13-tej wyruszam z Wrocławia. Spotykamy się o 17-tej w Pile (Saw) i po krótkim odpoczynku ruszamy w kierunku Niemiec. Po drodze robimy zakupy w hipermarkecie i około 23-ciej meldujemy się na przejściu granicznym. Do Wacken pozostało jakieś 400 km po dobrych niemieckich drogach. Czyli krótko mówiąc mamy jeszcze kilka godzin jazdy. Uzbrojeni w GPS (świetna rzecz!), spory zestaw CD z muzyką i olbrzymi zapas optymizmu nie odczuwamy upływającego czasu. Kilometry w magiczny sposób ubywają z "trasy do przejechania". Podróż to pełna sielanka, czyli pogadanki na tematy różne i muza non-stop. Szefowa i Czaro oczywiście "wylogowani" i nic ich nie rusza. Na miejscu meldujemy się chwilę po 6-tej rano. Trochę czekamy na otwarcie punktu "Check" i po załatwieniu formalności akredytacyjnych... wypatrujemy Black Demona. Umówiliśmy się koło "Check'a", no ale Paweł się pogubił. Kilka smsów i decydujemy się sami odszukać Zagubionego. Koniec końców odnajdujemy "zgubę" i udajemy się na nasze pole namiotowe. Tutaj znajdujemy dogodne miejsce i zaczynamy się organizować. Rozpoczynamy oczywiście od piwa (to już tradycja!), no ale po 27-ciu godzinach bez snu, ponad 950 km za kierownicą i nie przespanej nocy to człowiek musi odreagować. Sprawnie rozbijamy namioty, lekki posiłek i kładziemy się spać. Pogoda umiarkowana, na niebie sporo chmur, czyli w namiocie dobre warunki do odpoczynku. Wstajemy o 15-tej, ogarniamy się i około 16-tej wyruszamy na teren festiwalu. Tutaj spore zmiany w porównaniu z poprzednimi latami. Party Stage znajduje się w zupełnie innym miejscu. Z pola prasowego to spory kawałek drogi. Zaliczamy stoiska handlowe i zaopatrzeni w wackenowskie gadżety wracamy na nasze pole. Wcześniej jeszcze spotykamy sporą grupę naszych Przyjaciół: Gorthad & I.R., Stratovaria, Gil-galad, Black Demon. Wszyscy dotarliśmy praktycznie bezproblemowo, więc humory dopisują.

Czwartek:

W tym roku zaszczyt rozdziewiczenia sceny Wacken otrzymał zespół Blitzkrieg. Szczerze mówiąc nie znam szczegółowo twórczości Anglików. A tak dokładnie to znam tylko ostatni album "Theatre Of The Damned". Tak się jakoś złożyło, że nie poznałem tego zespołu. Po wackenowskim koncercie wiem, że kapela jest warta poznania. Stare granie w duchu NWOBHM przypadło mi do gustu. Wokalista Brian Ross dosyć energetycznie żyje koncertem i publika to kupiła bez dwóch zdań. Dzień później miałem okazję ponownie zobaczyć Blitzkrieg. Kameralny koncert w namiocie prasowym i ponownie mnóstwo dobrych wrażeń. Ten kameralny koncert to miało być kilka utworów z ostatniej płyty. No ale była super atmosfera i dostaliśmy 3 utwory z dyskografii Judas Priest: "The Helion", "Electric Eye" i "Hell Bent For Leather". Ogólnie wielki pozytyw. Na koniec mała ciekawostka. Dawno, dawno temu w 1984 roku, na EP'ce zatytułowanej "Creeping Death" zespołu Metallica pojawił się cover utworu "Blitzkrieg".

Kolejnym zespołem który oglądaliśmy pierwszego dnia był niemiecki Sodom. Niemcy na W:O:A świętowali swoje 25-lecie istnienia i w związku z tym został zaplanowany specjalny koncert. Byli zaproszeni goście, był specjalny set i lekka pompa. Powiem szczerze, że jakoś zabrakło mi emocji w tym koncercie. Niby wszystko było jak należy, a brakowało mocy. Sodom zagrał około 100 minut. Na scenie pojawili się gościnnie: Frank Blackfire, Andy Brings, Michael Hoffmann, Atomic Steif. Rotacja była spora i fani Sodom mieli nie rada gratkę. Setlista była bardzo przekrojowa, prawie z każdego albumu był grany utwór. Na pewno było grane z płyty "Sodom": "Blood On Your Lips", "Wanted Dead", "City Of God", "Axis Of Evil". Nie zabrakło też "Bombenhagel", "The Saw Is The Law", "Ausgebomb", "Outbreak Of Evil", "Napalm In The Morning", "Blasphemer", "Magic Dragon", "Abuse", "Get What You Deserve" i wiele, wiele innych. Ogólnie pozostało mi pozytywne wspomnienie z tego koncertu. Jednak w Łodzi (w klubie) było o wiele lepiej.

Gwiazdą pierwszego wieczoru jest zespół Saxon. Tutaj Krzysiek ruszył atakować barierki, a ja natomiast odpuszczam ten koncert. Brytyjczycy zaczynają grać o 22.00, a o 23.00 na Party Stage Overkill. Wybieram się na długi spacer i omijam szerokim łukiem publiczność zgromadzoną na koncercie Saxon. W okolicy wejścia na Party Stage oglądam 5-6 utworów Saxon. Krótko mówiąc efektowne światła i zespół w wysokiej formie. Widowisko jest wspaniałe i jeszcze załapałem się na mój ulubiony "Dogs of War". Na chwilę przed moją ewakuacją na scenie pojawił się Tobias Sammet z Edguy. Szczegółowo o tym wszystkim opowie Krzysiek.

Rzeczywiście, spróbowałem zawalczyć i porwałem się na barierki... cóż to była za bezmyślna decyzja hehehe. Dojechałem do 6-7 rzędu pod sceną i odpuściłem, nie miałem ochoty na walkę z ludźmi, wolałem w spokoju delektować się kolejnymi klasykami. Saxon widziałem już po raz 3, ale oni rozwalają mnie za każdym razem. Saxon na każdym gigu zabija precyzją, światłami, energią... niezależnie czy grają nowe, czy stare numery muzyka po prostu porywa. Tak też było i tego dnia. Zespół w rewelacyjnej formie sypał hitami: "747 (Strangers in the Night)" (z gościnnym występem Tobiasa Sammeta!), "Strong Arm Of The Law", "Red Star Falling" (utwór ten na żywo robi ogromne wrażenie, szczególnie dla nas, Polaków), "Let Me Feel Your Power" czy nieśmiertelny "Denim And Leather". Nie mogło zabraknąć też kopiącego dupę "Dogs Of War", nie mogło zabraknąć ostatniego singla czyli "I've Got To Rock (To Stay Alive)". Saxon jak zwykle mnie pozamiatał... no ale to już robi się taka mała tradycja. Bardzo miła tradycja.

Ja tymczasem udałem się na występ Overkill. Plan miałem taki, że obejrzę kawałek koncertu Hatesphere i będę przemieszczał się w pobliże barierki. Docelowo na Overkill chciałem stać jak najbliżej sceny. Zbliżając się do sceny mój plan wydawał się do niczego. Tłumy ludzi i ścisk, że o podejściu do przodu nie ma mowy. Na scenie Duńczycy z Hatesphere dają nieźle czadu. Thrash metalowa jazda podlana sosem death metalu. Na żywo istny kocioł. Wokalista Jonathan "Joller" Albrechtsen w niezłym "gazie". Lata po scenie, zachęca rozpaloną publikę do żywiołowej zabawy. Po prostu jest przednia zabawa. 2-3 kawałki i już sam macham głową. Ten występ zdecydowanie mnie zachęcił do zapoznania się z kapelą. W czasie tego show obserwuję publiczność i zaczynam "mieć pomysła" na występ Overkill. Ponownie udaję się na spacerek i omijam wszystkich zgromadzonych przed sceną. Z drugiej strony (od wejścia) jest zdecydowanie luźniej - tak jak sobie wykombinowałem. Powoli zaczynam się przemieszczać do przodu i systematycznie zdobywam teren. Dodatkowo jest jakieś opóźnienie w rozpisce i mam więcej czasu do wykorzystania. Koniec końców znajduję się w okolicach 10 rzędu i tutaj czekam na koniec występu Hatesphere. Show dobiega końca, publika domaga się bisów, ale nic z tego nie wychodzi. Po chwili zapalają się światła, a ja czekam w skupieniu.

Po zakończonym występie Duńczyków nastąpiła spora rotacja w ludziach pod sceną. Sporo osób wycofało się, a podobna ilość podeszła do przodu. Oczywiście ja czekałem na ten moment i sprytnie melduje się w drugim rzędzie. To już prawie jak w domu. Po chwili koleżka stojący przede mną jakoś tak wrócił do przytomności i postanowił udać się... gdziekolwiek. Ja bez namysłu ustępuję mu miejsca i oczywiście melduję się przy barierce. No dzięki chłopie! Z boku słyszę tylko "scheise" puszczone przez zęby... no jakiś niemiaszek też miał ochotę na tą miejscówkę. No pech... Z wielką radością oczekuję występu Overkill. Widziałem ich do tej pory ze 3 razy i za każdym razem był ogień. Teraz spodziewam się tego samego. Nareszcie wszelkie przygotowania dobiegają końca, na scenie pojawia się techniczny z latarką i daje znaki akustykowi. Po chwili z głośników sączy się narastające intro znane z koncertówki "Wrecking Your Neck". Po chwili muzycy wyskakują na scenę koncert i zaczyna się od "Rotten To The Core". Blitz jak zwykle doskakuje do mikrofonu i Overkillowa jazda zaczyna się na całego. Muzycy lekko spięci, jakby stremowani. Bobby w jednym refrenie przekręcił mikrofon do publiczności i zapomniał odwrócić go do siebie. Zwrotkę zaczął śpiewać do tyłu mikrofonu. Na szczęście szybko się zorientował co jest grane i skończyło się na uśmiechach pomiędzy muzykami. Jako kolejny utwór zagrali "Elimination". I znowu z małym klopsem. Tym razem na początku coś się nie zgrało i po 2-3 sekundach na scenie zaległa krępująca cisza. Znowu uśmiechy muzyków i restart. A ja zastanawiam się co jest grane. Overkill to kapela z wielkim stażem, zagrali setki koncertów, na Wacken grają któryś raz... A tutaj takie nerwy na początku. Rozglądam się po scenie i zaczynam podejrzewać, o co chodzi. Sporo mikrofonów skierowanych na publiczność, dodatkowe kamery na stojakach. Acha... chyba jakieś DVD jest nagrywane. No i rzeczywiście. Po którymś z kawałków Blitz zademonstrował (ku rozpaczy techników) jedną z takich kamer i zaczął "kręcić publiczność". Poinformował też, że DVD ukaże się na początku 2008 roku. Następny utwór rozpoczyna się od pulsującego wstępu i już wiadomo, że to będzie "Necroshine". Tutaj już wszystko było ok, muzycy "poczuli" koncert i oddali się publice. Jako kolejny poleciał "Thanx For Nothin" i trzeba przyznać, że pod sceną było bardzo gorąco. 4 killery z rzędu i publiczność jest pozamiatana. Overkill ma świetne brzmienie, wszystko słychać jak należy. Po prostu taki koncert to sama przyjemność dla fana. Przed kolejnym utworem Blitz zapowiada, że to będzie coś nowego. Kawałek "Skull And Bones" jakoś wielkiego szału nie zrobił. No ale tragedii też nie było. Teraz Bobby zaczyna jakieś gadki o jedności, o wspólnocie itp. Acha... no to pewno poleci "In Union We Stand". No i oczywiście tak jest. Ten utwór na żywo to jest coś genialnego. Chóralne śpiewy ludzi pod sceną i uśmiechy na twarzach muzyków. Rewelacja. Blitz znowu zapowiada nowy kawałek, tytułu niestety nie podał. Zapamiętałem, że w tytule było coś z "Fire". Później doczytałem, ze to był "Walk Through Fire". Całkiem niezły. Pora na kolejny klasyk "Wrecking Crew" i nie mam pytań. Miazga przy barierce i oczywiście świetna zabawa. Ciężko opisać to co działo się na scenie i przed nią. Po prostu szał. Czas na trochę luzu i zabawy. Coś w klimacie knajpianym, czyli oczywiście "Old School". Ten kawałek jest po prostu stworzony do grania na żywo.

"Here's To The Old School, Didn't Matter If You Looked Cool
We Drank Some Beers And Broke Some Heads
We Never Gave A Shit
Climbed Every Mountain, Stormed Every City
They Said That This Would Never Last
We Never Gave A Fuck".

Nie mam pytań. Zapowiedź kolejnego utworu jest lekko skomplikowana. Blitz do publiczności: "We Don't Care What You Say", kilka tysięcy fanów: "FUCK YOU!!!". Chyba nikt nie dał się zaskoczyć. I to już jest niestety ostatni punkt tego koncertu. Trochę zabawy, trochę wspólnego śpiewania i koniec. To był bardzo energetyczny show. Muzycy dali z siebie wszystko, a fani odpłacili z nawiązką. Po raz kolejny byłem bardzo zadowolony po koncercie Overkill. Ten zespół mógłbym oglądać co miesiąc, tak jak Kreator. Overkill - zespół ze znakiem jakości "Q". Niecierpliwie czekam na DVD "Live At Wacken Open Air 2007" (premiera w styczniu). Tym bardziej, że podczas koncertu kamera śmigała koło mnie kilkanaście razy. A na dodatek raz (ta z wysięgnika) stanęła oko w oko ze mną. Przyznam, że w pierwszej chwili nieźle się wystraszyłem (hehe).

Dosyć zmęczony wracam powoli w kierunku pola namiotowego. Z oddali widzę Black Stage na której występował Saxon. Po muzykach i publiczności ani śladu, a z tyłu sceny wielki złoty orzeł. Pewno już Krzysiek o tym napisał. Idę "na skróty" i spotyka mnie szpaler ochrony. Przejścia nie ma, trzeba lecieć na około. Szczerze mówiąc to nie chce mi się taki kawał obchodzić. Grzecznie pytam ochroniarza, czy mogę na pole prasowe iść na skróty i pokazuję opaskę. Błysk latarki na rękę i droga wolna. Fenkju! Wracam na pole i tutaj omawiamy wrażenia z pierwszego dnia Wacken przy piwku. Później do spania, bo rano karuzela rusza już na całego.

Piątek:

W piątkowy poranek wita nas bezchmurne niebo. A to jest bardzo dobry znak, bo przecież lepsze słońce niż deszcz. Posileni śniadaniem wybieramy się pod scenę. Tutaj na Black Stage o godzinie 11-tej zaczyna grać Suidakra. W sumie miałem odpuścić sobie ten koncert, ale Krzysiek zachęcił mnie mówiąc, że grają na żywo na kobzach. Krótko mówiąc było dosyć ciężko, ale ze sporą dawką melodii. No i rzeczywiście te kobzy zrobiły na mnie duże wrażenie. Ogólnie koncert na plus.

Kolejnym zespołem miał być fiński Amorphis. Niestety przed True Metal Stage zapaliła się trocinowo/słomkowa wyściółka (wykładana przez organizatorów, żeby nie było błota). Pełno czarnego dymu i o koncercie nie ma mowy. Zamieszanie trwało jakieś 30 minut i już ogłoszono, że za chwilę na drugiej scenie zagra Therion. Tutaj specjalnie się nie rozpiszę, bo widziałem ten zespół po raz 3 w tym roku i tak trochę przeszedłem obok tego występu. Dodatkowo ta muzyka i show niespecjalnie pasuje do wielkiego festiwalu i grania w pełnym słońcu. Klimat zdecydowanie siada i emocje nie te. Oczywiście muzycy na scenie dali z siebie wszystko, a koncert był całkiem niezły. W porównaniu z koncertami w lutym (Kraków i Warszawa) to zdecydowanie "rozkręciły się" Divy. Jakoś tak bardziej żyły koncertem i publicznością. Najbardziej podeszły mi utwory: "The Rise Of Sodom And Gomorrah", "To Mega Therion", "Blood of Kingu", " Cults Of The Shadow", "Ginnungagap" i " Der Mitternachtlöwe". Ogólnie koncert Therion był udany, ale jak napisałem wcześniej - bez wielkiego szału.

Po występie Szwedów przerwy praktycznie nie było. Od razu rozpoczął się "zaległy" koncert Amorphis. I tutaj było podobnie jak w przypadku zespołu Therion. Takie granie nie pasuje do pełnego słońca. Niby wszystko jest ok, ale jednak brakuje tej otoczki. Jak jest ciemno to są efektowne światła, które robią klimat. A w południe to już nie to samo. Na HunterFest III w Szczytnie było o wiele lepiej. No ale zagrali "My Kantele" i byłem uradowany.

Po występie Finów mamy trochę przerwy, a później udajemy się pod barierkę True Metal Stage. O godzinie 16.15 swój występ rozpoczyna Grave Digger. Tutaj mam podobną sytuację jak z zespołem Therion, czyli 3 koncert w tym roku. Zaczęli tak samo jak w Polsce od "Liberty or Death". Ten kawałek na żywo to świetny wybór. Chóralne refreny i publiczność rozkręcona. Od razu poprawili "Knights Of The Cross" i zrobiło się bardzo gorąco. Genialny utwór na koncert, bez dwóch zdań. I jeszcze to "Murder! Murder!" na końcu. Klasyka! Kolejne utwory przelatują jak w kalejdoskopie. Grave Digger ma tylko 60 minut na swój występ i oczywiście w setliście przeważają klasyki: "Rebellion", "Morgane Le Fay", "Heavy Metal Breakdown", "Excalibur". Mnie najbardziej ucieszył "The Grave Digger", a najbardziej zamulił oczywiście "Silent Revolution". Chyba nigdy nie przekonam się do tego kawałka. To był jeden z lepszych koncertów na tym Wacken. Kolejna barierka na tym festiwalu zdobyta i to zawsze cieszy. Grabarz natomiast w bardzo dobrej formie, ale to przecież normalne. 4 raz widziałem na scenie i po raz 4 pozamiatany.

Po rewelacyjnym koncercie Grave Digger udaliśmy się w okolice Party Stage. Tutaj swój występ już rozpoczął zespół Falconer. W tym temacie to zbyt mądry nie jestem, więc o koncercie Szwedów opowie Krzysiek. Ogólnie było zbyt cicho, ludzi kupa i po kilku utworach się ewakuowaliśmy na pole namiotowe.

Mówiąc szczerze, wiele sobie obiecywałem po tym występie. Falconer cenię od lat, znam dość dobrze każdy album i zawsze niecierpliwie wyczekuję następnego. Niestety, mimo tego, iż ludzi było naprawdę mnóstwo, zespół na scenie prezentował się naprawdę fajnie to wszystko jakby nie miało jaj. Raz, że Falconera praktycznie nie było słychać, dwa, że wybrali jakieś takie rozmemłane numery. Już po kilku kawałkach miałem ochotę ewakuować się na pole namiotowe. Skończyło się na odsłuchaniu kilku numerów w pozycji siedzącej i tyle. Szkoda, bo miałem nadzieję na dobry występ.

Po sporym posiłku udajemy się pod sceny. Na Black Stage koncertuje Lacuna Coil. Oczywiście ta kapela zbytnio mnie nie interesuje. Zajmujemy sobie dogodne miejsca pod drugą sceną. Bo niebawem zacznie się koncert Blind Guardian. Występ Lacuna Coil oglądam na telebimie. Nic specjalnego, no z wyjątkiem... no kogo? Odpowiedź jest oczywista. Cristina Scabbia i wszystko na ten temat.

Punktualnie o 21.15 na True Metal Stage zapadła ciemność. Chwilę później scena rozbłysła feerią barw i pojawili się na niej muzycy Blind Guardian. Po raz pierwszy widziałem ten zespół na żywo i wiązałem z tym występem duża nadzieje. I szczerze mówiąc nie zawiodłem się. Koncert Bardów miał wspaniała oprawę świetlno-pirotechniczną, muzycy w niezłej formie. No i oglądanie koncertu z pod barierki, to jest to co tygryski lubią najbardziej. O perfekcyjnym dźwięku nie będę pisał, bo to na Wacken norma. Jedynym (małym) minusem byłą setlista, a raczej zbyt duża ilość nowszych utworów. Oczywiście to tylko moje zdanie, ale ja bardziej sobie cenię dawniejsze dokonania Niemców. Dlatego też najbardziej zadowolony byłem z utworów: "Valhalla", "Welcome To Dying", "The Bard Song" (oczywiście genialnie odśpiewany przez wszystkich!), "Born In A Mourning Hall", "Imaginations From The Other Side", "Traveler In Time", "Bright Eyes", czy "Lord Of The Rings". Nowsze utwory to tak sobie wyszły. No jeszcze "Mirror, Mirror" całkiem fajnie poleciał. Bo już taki "Fly" to trochę przynudzał, ale jak pisałem wcześniej - co kto lubi. Generalnie koncert Blind Guardian to było dla mnie niesamowite przeżycie i wspaniałe wspomnienia. Jeden z lepszych koncertów tego festiwalu. Na tym koncercie była rewelacyjna frekwencja, po prostu morze ludzi.

Po zakończonym koncercie Bardów postanawiamy z Krzyśkiem pozostać przy barierce. Nie, nie zwariowaliśmy, tylko plan jest taki, żeby koncert Iced Earth też oglądać z pierwszej linii. No cóż, to tylko jakieś półtorej godzinki czekania. Tymczasem na scenie obok występuje formacja Dimmu Borgir. Generalnie ten koncert szału nie zrobił. Było troszkę za cicho i tak jakoś grzecznie. Może to po tym widowiskowym koncercie Bardów tak to odbierałem? Grunt, ze zagrali "The Mournig Palace", bo bardzo lubię ten kawałek.

Wreszcie nadeszła godzina 0.30, jest to czas na występ Iced Earth. Krótko mówiąc zostałem pozamiatany w 100% tym koncertem. Iced na żywo to po prostu maszyna do obróbki precyzyjnej. Riffy grane z precyzją chirurgicznego skalpela, a Owens miażdżył swoimi screamingami. Solówki odegrane z wirtuozerią (szkoda, że na początku były lekkie problemy z nagłośnieniem), do tego sekcja pilnujące tego wszystkiego. Owens jako frontman raczej spokojny, bardziej skupiony na śpiewie niż zaczepianiu publiki Schaffer w długim skórzanym płaszczu i burzą włosów wyglądał dosyć demonicznie. Drugi gitarzysta Troy Seele raczej w tle, ale solówki grał perfekcyjnie. Najbardziej pozytywny wizerunek sceniczny miał basista Dennis Hayes. Z wysoko zawieszonym basem i ciągłym uśmiechem na twarzy. Sporo też przemieszczał się po scenie. Rewelacyjne światła, no ale organizatorzy Wacken na tym elemencie nie oszczędzają. Do tego jeszcze doszła pirotechnika, której amerykanie nie pożałowali. Pełno wybuchów, eksplozji i płomieni. Największe wrażenia zrobiły na mnie ognie na scenie, które rozpalały się do riffów granych przez Schaffera. Po prostu rewelacja! Kapitalnie to wyglądało. Jedyny minus tego koncertu, to godzina i 15 minut trwania. Takie widowisko to mogłoby trwać i 3 godziny. Powiem szczerze, że każdy utwór wywołał u mnie ciarki na plecach, a było grane: "Burning Times", "Violate" (oj czekałem na ten kawałek!), "Declaration Day", "Ten Thousand Strong", "The Hunter" (o tak!), "Stormrider", "My Own Savior" ("Life's A Bitch, Life's A Whore, Nothing Less, Nothing More"!), "Something Wicked Trilogy", "Iced Earth" i nowy utwór "A Charge To Keep ". To był genialny koncert, z genialną oprawą i świetną setlistą. Szkoda tylko, że nie trwał dłużej, na ale trudno. Festiwal to festiwal. Dla mnie to był jeden z dwóch najlepszych koncertów na tym Wacken, razem z Overkill.

I to już koniec tego długiego dnia. Jeszcze pojawia się pomysł, żeby zobaczyć zespół Samael, ale ta inicjatywa szybko upadła. Jakby nie patrzeć, to jest już po 2-giej w nocy, a pierwszy koncert oglądaliśmy o 11-stej rano. Solidna dawka muzyki za nami. Nie ma co, trzeba zostawić trochę sił na 3 dzień. Piwo i spać do namiotu.

Sobota:

Kilka godzin snu i trzeba już wstawać. Pogoda już zupełnie letnia i słońce mocno grzeje. Jest upalnie i nie sposób wytrzymać w namiocie. Koniec spania następuje wcześnie rano. Trzeci dzień festiwalu czas zacząć. To zawsze jest najgorszy poranek na Wacken. Człowiek już jest zmęczony, nogi bolą, a głowa pełna wrażeń z dni poprzednich. No ale nie ma, że boli. Odpoczynek to będzie w domu. Zjadamy śniadanie, pokrzepiamy się piwem i powoli trzeba zbierać się pod scenę.

Na scenie występuje już zespół Sonic Syndicate. Nie ukrywam, że Ci młodzi Szwedzi zrobili na mnie ogromne wrażenie. Ich kariera prze do przodu niczym pocisk wystrzelony z karabinu maszynowego. Debiutancka płyta, potem zwycięstwo w konkursie zorganizowanym przez Nuclear Blast, płyta i wszystko zaczęło się kręcić w zawrotnym tempie. Szwedzi na scenie prezentują się całkiem nieźle, grają naprawdę fajną muzę toteż oglądanie tego gigu sprawiało mi naprawdę sporo przyjemności. Usłyszeliśmy na żywo praktycznie cały materiał z wydanej w 2007 roku płyty zatytułowanej "Only Inhuman". Sprawny melodyjny death metal nieźle nastroił przed kolejnym dniem zmagań.

Po występie Szwedów zmieniamy scenę, bo to pora koncertu reaktywowanych thrash metalowców z Sacred Reich. Oczywiście pełen old school, ale występ mnie nie powalił. Fakt, że nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu. Do tego upał staje się nie znośny i nie sposób skupić się na tym koncercie. "The American Way", " Independent", " Surf Nicaragua" i sabbathowski "War Pigs" to najjaśniejsze punkty tego koncertu. Sacred Reich zagrali bardzo żywiołowo i energetycznie. Nie zwracając zupełnie uwagi na to, że jest wczesna godzina popołudniowa i słońce pali niczym ogień.

Kolejna kapela zupełnie nie poradziła sobie w takich warunkach. Moonspell zawiódł na całej linii. Mizerny to był koncert i strasznie nudny. Na scenie zero emocji i takie granie na odegranie kawałków. To nie było interesujące. Przemęczyłem kilka kawałków, poleciało "Opium" i poszedłem się napić wiadomo czego...

Kolejny koncert nawet zamierzałem sobie odpuścić. No ale jakoś się zmobilizowałem i udałem się pod True Metal Stage. Tutaj od 14.45 wystąpił Stratovarius. Łoo masakra... słońce dostało jakiegoś wścieku i prażyło niemiłosiernie. W akcie desperacji montuję sobie daszek z przedmiotów różnych i jakoś wytrzymałem tą godzinę. Po raz pierwszy widziałem ten zespół na żywo i chciałem usłyszeć 2 moje ulubione kawałki. Z utworem "Hunting High And Low" poszło sprawnie, bo zagrali go na początku. Pomyślałem sobie, że jak teraz zagrają "Black Diamond" to pójdę gdzieś do cienia. No i tak wyczekiwałem tego kawałka, wyczekiwałem i się doczekałem! Oczywiście zagrali go na samym końcu. Ogólnie koncert nie był zły, ale też mnie nie porwał. Chyba Krzyśkowi bardziej się podobał.

Fakt, faktem... oczekiwałem tego koncertu dość mocno, ale z drugiej strony, nie jestem zapalony już na taką muzę jak dawniej. Gig Finów obejrzałem od początku do końca z przyjemnością (pewnie dlatego, że Timo Kotipelto dawał z siebie wszystko i tak po prawdzie sam ciągnął cały koncert). Reszta składu jakoś nie przejawiała zbytniego entuzjazmu. To, że Stratovarius rozpadł się kilka miesięcy później nikogo chyba nie powinno dziwić. Inna sprawa, że przy starych kawałkach zabawa była przednia. Set panowie dobrali naprawdę nieźle (m.in. Paradise, Speed Of Light, A Million Lightyears Away, Father Time, Visions, Distant Skies) zatem mój "ostatni raz" ze Stratovarius będę wspominał całkiem przyjemnie.

Po koncercie Stratka wracamy na pole. Mamy półtorej godzinki do koncertu Rage. Oczywiście korzystamy z okazji i uzupełniamy kalorie. I nagle... "Damn! przecież o 17-tej jest zaplanowane głosowanie w Wacken Battle". No tak, przecież jesteśmy w jury i trzeba wypełnić swój obowiązek. No to szybciutko lecimy na miejsce zbiórki i mamy nadzieje, że wszystko uda się sprawnie załatwić. Niestety tak słodko nie jest. Wszystko to trwa w nieskończoność, a z oddali słychać występ Rage. My oddajemy głosy jako pierwsi i oczywiście 3 punkty wędrują do naszego Corruption. Głosuje kilka ekip z całego świata i po kilku głosach Polacy są na pierwszym miejscu. Każdy kraj oddaje głosy na 3 zespoły. Po chwili do Polaków dołączają Brazylijczycy i emocje sięgają zenitu. Przed ostatnim głosującym z Francji Corruption ma 2 punkty przewagi na Brazylią. Szczerze mówiąc byłem pewien, że wygramy w tej sytuacji. Niestety Francuz (jego mać! ;)) zadecydował o 3 punktach dla Torture Squad z Brazylii. Ok... przegraliśmy... ale w uzasadnieniu "żabojad" przyznał się, że nie zagłosował na Polaków, tylko dlatego, że nie podobała mu się otoczka koncertu. O co chodziło? O dziewczyny przebrane z diabełki na scenie. Noż... ręce opadają. Oczywiście wzbudziło to wielką salwę śmiechu u głosujących, no ale wyniku to nie odmieniło. Jeszcze prowadzący Wacken Battle próbował zarządzić drugą rundę głosowania, ale (co oczywiste) Brazylijczyk był temu przeciwny. I tym sposobem Corruption zajęło 2 miejsce. Kilka osób z Wacken Battle Jury kazało przekazać muzykom słowa uznania i pochwał. Naprawdę zrobiliście wielkie wrażenie na wielu ludziach! I tego nikt Wam nie zabierze. Przy okazji pozdrawiam całą ekipę Corruption i mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się w bardziej sympatycznych okolicznościach.

Wreszcie głosowanie dobiega końca i szybko udajemy się pod scenę. Tutaj już Rage w pełni koncertu. Tłum ludzi i oczywiście trzeba stać w dużym oddaleniu od sceny. Akurat skończył się jakiś utwór i na scenie trwa większe zamieszanie. Rage występuje z orkiestrą i Peavy zapowiada, że teraz zagrają całą " Speak Of The Dead Suite". No to trafiłęm jak kulą w płot. Akurat to nie jest takie Rage jakie lubię najbardziej. Bardziej wolę to gitarowe oblicze tego zespołu. No ale trudno jest jak jest. Trochę się to wszystko ciągnie, no ale otarcie łez dostałem "Sent By The Devil" i "Higher Than The Sky" z genialnie rozśpiewaną publicznością. I to tyle z Rage. Szkoda trochę, bo ciekawiły mnie starsze utwory zagrane z orkiestrą.

Po występie Ragę udaję się na chwilę na pole namiotowe i później do namiotu prasowego. Tutaj jest ogłoszenie wyników Wacken Metal Battle. Krzysiek udał się na koncert zespołu Norther.

Co ja tutaj będę ściemniał... uwielbiam tych chłopaków! Uwielbiam ich praktycznie od wydanej w 2002 roku debiutanckiej "Dreams of Endless War". Śledzę uważnie każdy krok ich kariery, siłą rzeczy musiałem więc poświęcić jubileuszowy koncert Destruction. Nie żałuję tej decyzji ani trochę! Norther zaprezentował się po prostu wyśmienicie. Set to przekrój wszystkich albumów co mnie osobiście bardzo ucieszyło. Usłyszeliśmy więc m.in. "Throwing My Life Away", "Omen", "Evil Ladies", "No Way Back", "Unleash Hell" czy robiący ostatnio furorę w Fińskich mediach "Frozen Angel". Na scenie muzycy formacji prezentują się naprawdę świetnie, widać i słychać, że to Finowie. Opanowanie instrumentów to klasa światowa, konferansjerka i ruch na scenie to również wysoki poziom. Będą z nich ludzie, jeszcze kilka lat i spokojnie zalutują na głównej scenie. Czego sobie i im życzę!

A ja w tym czasie siedzę w namiocie prasowym i z niepokojem obserwuję zegarek. Ceremonia trwa, trwa i trwa. Końca nie widać. Na Black Metal Stage gra już Destruction. Ten występ był zapowiadany jako wielkie wydarzenie, bo Niemcy świętowali 25-lecie istnienia. Niestety to ogłaszanie wyników odbywa się z wielką pompą i trwa strasznie długo. Siedzimy wszyscy za stołem i nie sposób się urwać. Wszystkiego pilnuje Sabina Classen z Holy Moses. Z nerwów nawet nie słucham o czym gadają. Wreszcie wszystko dobiega końca (po ponad godzinie). W końcu opuszczam namiot prasowy, a tu chłopaki z Corruption pytają o szczegóły, jak to było itp. Echhh... no to chyba już o koncercie Destruction mogę zapomnieć. Koniec końców załapałem się na dwa ostatnie utwory. Wielka szkoda, bo atmosfera była naprawdę świetna (Mad Butcher biegający po scenie z wielkim tasakiem). Taki pech... no nic pozostanie obejrzeć sobie to na DVD.

Po tych koncertach mamy niezłą przerwę, to wiadomo co wtedy się robi. O 21.45 na scenie pojawił się wielki Immortal. No ok... nie będę specjalnie czarował. Wyglądało to tak: wyszli, pograli kilka utworów i nic nie zostało w mojej głowie. Jak zaczęły się zabawy w plucie ogniem, to pomyślałem, że czas sobie pójść. I tak zrobiliśmy

Zgapiliśmy się na polu namiotowym i na koncert In Flames wybraliśmy się zdecydowanie za późno. Pod sceną dzikie tłumy jakby coś za darmo dawali. Na ten koncert to przyszli prawie wszyscy. Miazga. Oglądamy Szwedów ze sporej odległości. Niestety. Bardzo dobry koncert ze świetną oprawą. Jak dla mnie na duży plus. Oczywiście kluczowe były stare kawałki. "Episode 666" i wszystko jasne.

Cóż, In Flames widziałem jakiś czas temu na koncercie w Stodole, wiedziałem zatem skąd te tłumy... ta kapela na żywo zabija, zabija na śmierć! Nie inaczej było i tym razem. Friden i spółka rozpalili Wacken do czerwoności i to dosłownie. Ogień na scenie, ogień ze sceny bo muzycy co i rusz serwują nam klasyki,.dostajemy (w przypadkowej kolejności) Leeches, Episode 666, Bullet Ride, Colony, Trigger, Touch of Red, Take This Life, Come Clarity, Only For The Weak, My Sweet Shadow, Pinball Map, The Quiet Place, System, Drifter i
Cloud Connected. Szczególnie w pamięci zapadnie mi "Only For The Weak" gdzie In Flames porywa wszystkich do skakania. Już w Stodole zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, to co jednak działo się na Wacken jest trudne do opisania! Wyobrażacie sobie kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących w rytm muzyki? Zapamiętam tą chwilę do końca życia. Wam polecam odwiedzić YouTube i poszukać filmików z tego występu... zobaczyć naprawdę warto, przeżyć... bezcenne!

Po koncercie In Flames zebraliśmy resztki sił i udaliśmy się pod Party Stage. Tutaj Niemcy z Haggard rozkręcili niezłą imprezę. Oczywiście tłumy ludzi, a ja nie mam specjalnie siły przepychać się do przodu. Po prostu jestem już totalnie zmęczony. Po kilku kawałkach robię odwrót na pole namiotowe.

I tym akcentem kończy się Wacken 2007. Ponad 20 kapel na scenie, potworne zmęczenie, pełno wrażeń i sporo śmiechu. Atmosfera doskonała. W tym roku doszły 3 fotki z muzykami (Tom Angelripper, Anders Fridén "Hi, I'm Andy" i Blitz), ponadto kręciło się pełno muzyków z którymi zdjęcia już mam. Generalnie po raz kolejny mam same pozytywne wrażenia po tym festiwalu! W:O:A '07 to moje trzecie kolejne i już wiem, że za rok znowu chcę tam pojechać.

Wielkie podziękowania dla Witka, oraz pozdrowienia dla Ekipy Samochodowej (Karolina, Krzysiek & Ogr Ogrowski), oraz Przyjaciół spotkanych w tych dniach!

Do zobaczenia za rok!

W tym roku policzyliśmy dosyć dokładnie koszty i wyszło:

dojazd - ok. 120 zł
jedzenie - ok. 75 zł
koszulka - 16 euro
bluza - 23 euro
hotel w Polsce, w drodze powrotnej - 30 zł
i jedzenie za 20 zł
a i jeszcze 5 euro w drodze powrotnej na napoje.

autorzy relacji: Krzysiek & Gumbyy



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 05.02.2008 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!