Mystic Festival 2026 Stocznia Gdańska, 3-6 czerwca 2026 r.
Jeszcze przed startem kolejnej edycji Mystic Festival wiedzieliśmy, że będzie ona wyjątkowa. Raz, że organizatorzy wyciągnęli wnioski po oblężeniu najmniejszych scen i postanowili nieco przearanżować ich rozkład, by nie powtórzyły się sytuacje znane chociażby z występu Nile. Dwa: to już oficjalnie miała być ostatnia wizyta w Stoczni. Mystic Coalition żegna się z tym charakterystycznym, post-industrialnym klimatem, reprezentowanym chociażby przez niezwykle fotogeniczne żurawie. Część tego miejsca zabiera jednak ze sobą: na jednym z kontenerów można było zaznaczyć swoją obecność, z czego oczywiście skorzystaliśmy. W końcu byliśmy obecni na wszystkich trójmiejskich edycjach imprezy.
Jako że edycja wyjątkowa, to i nasz skład na Mystic Festival 2026 był tym razem rozszerzony. Z uwagi na to, że wkrótce powiększyć mi się miała rodzina, to musiałem skrócić swoją wizytę do absolutnego minimum, dlatego też naszym człowiekiem od mokrej roboty (i cykania ładnych fotek) został Waldek. To właśnie jemu przyszło otworzyć wydarzenie uczestnicząc w oficjalnej "rozgrzewce", dlatego też do niego należeć będzie tutaj głos. "Pierwszym zespołem, na którym wylądowałem przed fosą był Bloodfeather, po którym przeskoczyliśmy na Kublai Khan TX. Przyznam, że nie jestem fanem tego typu core'owego grania - ja to bardziej klasyki pokroju Judas Priest, czy Saxon. Oba koncerty były więc odhaczone bardziej z obowiązku niż dla przyjemności. To powiedziawszy: nasz rodzimy Frontside na Park Stage wyszedł jednak całkiem spoko. Znów: działalności nie śledzę, śledzić raczej nie będę, no ale było przyzwoicie - no i nowy wokalista dał radę. Na H.exe poszedłem za namową kolegi z ekipy. Bo raz, że nasze polskie, a dwa: na klawiszach gra tam jego znajomy. Jakiejś wielkiej reklamy nie zrobię, bo podobało mi się średnio. Ponownie: po prostu nie moje muzyczne klimaty.
Za to bardzo ładnie na The Void wypadła A.A. Williams, która zaprezentowała dźwięki rzadziej spotykane na metalowych festach. Było to coś innego, bardziej klimatycznego, niemal smutnego - trzeba będzie nadrobić najnowszą płytę. Klimatycznie było też na Ice Nine Kills, którzy pełnili rolę headlinera tego rozgrzewkowego dnia. Pierwszy raz widziałem ich na żywo i choć to granie nowocześniejsze, nie w moim guście, to samo show było niezwykle widowiskowe. Panowie wyraźnie odwoływali się do stylistyki horrorów, łącząc swoją muzykę z makabrycznym teatrem. Scena "ozdobiona" odrąbanymi kończynami, Hannibal Lecter robiący zamieszanie - było na czym oko zawiesić. Dla mnie jednak tym koncertem dnia był Kanonenfieber. Uwielbiam wojenne klimaty, a już w szczególności historie z I Wojny Światowej. Muzycy w strojach z epoki, przystrojona scena, a do tego przyjemna muzyka: mocny, ale też i melodyjny black. Miałem zobaczyć już ich wcześniej w Krakowie, ale wtedy plany się rozsypały - cieszę się z tego, że na Mystic Festival udało się ten zespół nadrobić".
Osobiście pojawiłem się w Gdańsku w czwartek, by po zameldowaniu się i przysłowiowym podzieleniu się chlebem oraz solą udać się (już w wyraźnie dobrym humorze) na teren imprezy. Pierwszym zespołem do odhaczenia był amerykański Return to Dust, prezentujący muzykę, którą można zaklasyfikować jako grunge. Nic przesadnie oryginalnego, ani rozsadzającego czachę. Ot, dokładnie to, czego się spodziewałem. Podobnie i na letlive. - ot, typowy post-hardcocre/metalcore. Ni mniej, ni więcej. Posłuchało się, potupało nóżką, a następnie poszło się pod główną scenę na prawdziwe mięsko. Miał być Forbidden, ale Panowie olali trasę, by skupić się krążku studyjnym, więc thrash-metalowy dzień uzupełnił Heathen. Dowodzoną przez Davida R. White'a kalifornijską formację widziałem już na Mystic w 2022 roku i wówczas był to jeden z lepszych występów. Na Dużej Scenie zagrali z kolei... poprawnie. Frontman trzymał fajny kontakt z publiką, kawałki ładnie smagały po pleckach, ale też i pręgów nie zostawiły. Po graniu klasycznym przyszedł czas na mały muzyczny eksperyment w postaci Bloodywood. Nu-metal mocno podlany folkiem z Półwyspu Indyjskiego? Czemu nie! Niestandardowe instrumentarium, charakterystyczne rytmy - może i nie moje klimaty, ale przynajmniej było to coś ciekawego/innego. Miejscami fajnie to dusiło klatkę piersiową, miejscami bywało zbyt przaśnie jak na mój gust, ale żałować wypadu na Park Stage nie mogłem.
Jako że następnie na Main Stage meldować się miała legenda amerykańskiej sceny thrash metalu, to oczywiście zerwaliśmy się szybciej, by znaleźć ładne miejsce pod sceną. A warto było, bo jak Overkill wpadł, to nie było czego zbierać. Tak, skład nieco "dziwny", bo nie dość, że na jedną gitarę (!), to jeszcze D.D. Verni ma problemy ze zdrowiem i zastępował go Christian Olde Wolbers (ex-Fear Factory, ex-Vio-lence). No ale Bobby Blitz to była taka maszyna za mikrofonem, że klękajcie narody! 67 lat, a facet był nie do zdarcia! Głos jak papier ścierny, a do tego wszędzie go było pełno i co chwilę napędzał do wspólnej zabawy. Ogień. Na 30-lecie Decapitated w Parku trafiłem w sumie przez przypadek. Chodził po głowie bardziej alternatywny Djerv, no ale człowiek zgłodniał, a większość food trucków akurat rozłożona była przy drugiej największej scenie. No i jak przy tej kiełbasce Vogg i spółka huknęli, to w myśl zasady "jak już jesteśmy, to chuj"... wylądowaliśmy pod barierkami. Ładnie to żarło, zwłaszcza że setlista dość zróżnicowana. Do tego Emmeli Bodde na wokalu sprawił, że zmniejszyła się ilość tego groove-metalowego pierwiastka, na rzecz dźwięków zdecydowanie cięższych. "I tylko włosów nie ma jak Rasta" - dorzucił Waldek. Teraz tylko czekać na pierwszy krążek w tym składzie!
Jako że następnie na Main Stage meldować się miała legenda amerykańskiej sceny thrash metalu, to oczywiście zerwaliśmy się szybciej, by znaleźć ładne miejsce pod sceną. Anthrax może i szykuje się do wydania nowej płyty, ale poza (bardzo dobrze sprawdzającego się na żywo) "It's for the Kids" fani usłyszeli same klasyki. Zespół w formie, na bębnach jeszcze doskonały Benante (później doznał kontuzji i musiał odpuścić dużą część trasy), a wśród fanów młyn od początku do końca. Fajnie. Po nich Waldek poszedł na Marduk, który zaliczył bardzo długie opóźnienie. "Nie dość, że bagaże gdzieś tej szwedzkiej legendzie zaginęły, to jeszcze pędząc na Mystic Festival... dostali mandat. Nic dziwnego, że jak już wyszli na scenę, to byli nieźle wkurwieni. Co idealnie pasowało do ich agresywnej muzy. Spoko koncert!" - mówi. My z kolei pod Park Stage na kolejną legendę - bracia Cavalera postanowili odegrać na Mystic Festival w całości "Chaos A.D." Sepultury. Max nieco "wysuszony", Igor bardziej okrągły, no ale muzyka ciągle ta sama: potężna i dająca niesamowitego kopa - zwłaszcza na żywo. Może i starszy z braci miejscami szedł wokalnie na skróty, ale za to ten młodszy gniótł jak czołg. Ogólnie: miazga - fani szaleli jakby jutra miało nie być.
Jako że następnie na Main Stage meldować się miała legenda amerykańskiej sceny thrash metalu, to oczywiście zerwaliśmy się szybciej, by znaleźć ładne miejsce pod sceną (obiecuję: to już ostatni raz!). Na Megadeth prawdziwe oblężenie, no ale nie dziwota: w końcu to (podobno!) ostatni koncert Rudego w Polsce. I w sumie dobrze, że formacja kończy swoją przygodę, póki jeszcze da się tego słuchać. Bo Dave wokalnie przędzie cieniutko, ale jeszcze nie tak, by trzeba było zatykać sobie uszy - jego mamrotanie bywało jednak nieco irytujące. Coraz więcej też tych swoich muzycznych wygibasów oddaje Teemu. Setlista jednak ciekawa (było parę niespodzianek), nowe kawałki spoko, a i cover pewnego zespołu, z którego Dave został z hukiem wyrzucony bardzo przyjemny. Poszczególni muzycy fenomenalni i aż szkoda, że gdzieś wiatr zwiewał co niektóre popisy (zwłaszcza Mäntysaariego). Niby najsłabszy Megadeth jaki widziałem, ale ciągle jednak w porządku. Prawdziwym zjawiskiem był natomiast Blood Incantation na Park Stage. Panowie się w układanie przekrojowej setlisty nie bawili. Zagrano całe trzy kawałki: dwa tworzące ostatni krążek i "Vitrification of Blood (Part 1)" z debiutu. I powiem tak: gdyby Pink Floyd grało death metal, to brzmiałoby jak Blood Incantation. Dostaliśmy długie, wielowątkowe kompozycje, w których agresja przecinana była melodyjnymi partiami, a ciężkie, gniotące fragmenty wyrafinowanymi partiami. Ja byłem zachwycony!
05.06.2026 - Carpenter Brut, Black Label Society, Rotting Christ, Down, Death to All, Benediction, Corrosion of Conformity, Coroner, Eyehategod
Jako że trzeci dzień Mystic Festival upłynąć miał pod znakiem smolistych rytmów rodem z Nowego Orleanu, to wiadomo było, że musi się rozpadać, co nie? Jasne, byliśmy na tę ewentualność przygotowani, ale i tak szczególnie nam się w ten rzęsisty deszcz nie spieszyło, więc pierwszym koncertem jaki zobaczyliśmy był Eyehategod, który umknął mi poprzednim razem. To, że Mike Williams w ogóle żyje i śpiewa to jakiś pieprzony cud, a do tego jeszcze na gitarę powrócił Brian Patton - lepiej więc nie będzie! Pogoda nie rozpieszczała, pod butami chlapało błotko - idealne warunki do chłonięcia tej ciężkiej, muzycznej depresji. Na Park Stage z kolei zmiana klimatu: oto legenda technicznego thrash metalu z Coroner, która na dodatek ogrywa bardzo dobry nowy album. Zaskoczenia nie było: dostaliśmy solidny wpierdziel! Ładne wizualizacje, zespół w gazie - nie mam do czego się przyczepić (ciekawostka: w roli technicznego można było zobaczyć Havoka z Blindead 23). Na Main z kolei ciężarówka zrzuciła kolejną porcję nowoorleańskiego gruzu. Corrosion of Conformity jest jednak bardziej melodyjny, bardziej southernowy. W znakomitej formie (również tej wokalnej) był Pepper Keenan, którego słuchanie i oglądanie było prawdziwą przyjemnością. Świetnie wypadł również najnowszy nabytek kapeli, a więc żywiołowy Nick Shabatura na perkusji. No i miło było zobaczyć, że tak jak na Eyehategod, z boku sceny zespół dopingowali koledzy ze sceny NOLA. Mówienie o jednej wielkiej rodzinie to w przypadku Amerykanów nie jest pusty slogan.
My bawiliśmy się na Amerykanach, Waldek uznał z kolei, że da sobie kości połamać przez Benediction. "Niestety na krótko przed Mystic Festival dostaliśmy smutną informację o tym, że wokalista Dave Ingram kończy karierę z powodów zdrowotnych. Trasę na szczęście udało się załatać z pomocą kolegów. My trafiliśmy najlepiej jak mogliśmy, ponieważ na mikrofon wskoczył Dave Hunt, którego fani Benediction znają z... no, Benediction. Były wokalista był w znakomitym nastroju, a sam koncert zapisać należy na plus" - mówi Waldek. Oczywiście wszyscy spotkaliśmy się następnie na Park Stage. Death to All może i jest tribute-bandem, ale za to jakim! Gene Hoglan, Steve DiGiorgio, Bobby Koelble - trudno o muzyków, którzy lepiej reprezentowaliby markę Death. Do tego jeszcze na wokalu/gitarze muzyk Cynic i oto DTA w całej okazałości. Setlista, wiadomo, same klasyki, z "The Philosopher", "Spiritual Healing", "Crystal Mountain" na czele. To doświadczenie najbardziej zbliżone do Death, ale jednocześnie nie samo Death - mi to wystarcza. Na Main z kolei kwintesencja sceny NOLA, a więc supergrupa Down. Lider COC na gitarze, gitarzysta Eyehategod na perkusji, Kirk Windstein i Patrick Bruders (obaj z Crowbar) na gitarze i basie, Phil Anselmo na wokalu, no i ściana deszczu z nieba. Skład marzenie, aura niekoniecznie, ale i tak bawiliśmy się przednio! Muzycy zresztą też, a Phil jakby wracał do swojej formy sprzed lat. Ostatnim razem jak widziałem Down, to gadał jak najęty, tutaj skupił się niemal wyłącznie na śpiewie. Z korzyścią dla wszystkich.
Myśmy przełykali nowoorleański gruz, a Waldek już pucował odwrócone krzyże na Rotting Christ. "Ostatnia płyta Greków może i podzieliła fanów, ale jednak sam koncert był jednym z najjaśniejszych punktów tegorocznej edycji ("Like Father, Like Son" wysysał powietrze z płuc!). Byłem zdziwiony faktem, że wrzucono ich na trzecią pod względem wielkości scenę, no i okazało się, że słusznie - Desert Stage przeżywało prawdziwe oblężenie! Potężne brzmienie, przekrojowa setlista - już kupiłem bilet na Kraków!" - mówi Waldek. Ja dodam od siebie, że po Down wbiliśmy się w połowę koncertu Greków i ścisk rzeczywiście był taki, że w pewnym momencie dosłownie utknęliśmy - nie mogliśmy ani przepchać się do przodu, ani uciec na tyły. Po tej rzezi niewiernych potrzebowaliśmy chwili oddechu, więc poszliśmy grzać miejsce na Black Label Society. Kapelę widziałem jeszcze z Catanese w składzie i wówczas wynudziłem się przeokrutnie. Na szczęście Zakk i spółka udźwignęli brzemię headlinera dostarczając wspaniałe show. Siadło mi melodyjne, dość przebojowe granie z ostatniego albumu, więc na nowości absolutnie narzekać nie mogłem. Wokalnie bardzo w stylu Ozzy'ego Osbourne'a, co zresztą zostało podkreślone coverem "No More Tears" i utworem-hołdem: "Ozzy's Song". Imponująco wypadła także sekcja solówkowa, choć my zamiast podziwiać popisy Wylde'a i Loriny, to zajęci byliśmy zabawą rzuconymi w publikę piłkami. Dzień (i moją część przygody z tegorocznym Mystic Festival) zakończyliśmy na dyskotece z Carpenter Brut. Jasne, może i ciut monotonne, może i niektóre kawałki są do siebie podobne, ale jednak zabawa była przednia - uwielbiam ten retro-klimat!
Podczas gdy ja już odpoczywałem po wizycie w Gdańsku szykując się do narodzin dziecka, to Waldek już był na placu boju, by zamknąć stoczniową przygodę Mystic Festival. "W odróżnieniu od piątku dopisała pogoda - było ciepło i słonecznie. Dzień rozpocząłem od wizyty na Main Stage, by odhaczyć Caskets. Było to dość nowoczesne granie, ale całkiem w porządku. Trochę dziwi mnie jednak fakt, że relatywnie młody zespół dostaje slot na głównej scenie, podczas gdy bardziej znane, kultowe wręcz kapele grają później w tym samym czasie. No ale tak to organizatorzy poukładali i cóż zrobić? Kolejną nazwą w mojej rozpisce została polska legenda w postaci Turbo. Miało być Static-X, ale na ostatniej prostej grupa odwołała całą trasę i trzeba było szyć z tego, co się ma. A Mystic Production wydało w zeszłym roku właśnie Turbo. Frekwencja nie powalała, ale dla przybyłych przygotowano parę niespodzianek. Pierwszą był gościnny udział Bartka Struszczyka (ex-Joseph Magazine) - brata wokalisty. Drugą była wizyta legendarnego Grzegorza Kupczyka, który zaśpiewał w kultowych "Dorosłych dzieciach". Z jednej strony super sprawa, ale z drugiej: po zapowiedziach spodziewałem się większego jego udziału w koncercie" - mówi.
"Następnie wizyta na Park Stage, by zobaczyć Pain. To kolejna kapela, której wcześniej nie miałem okazji podziwiać na żywo. Zespół fajnie się prezentował, a w szczególności Peter Tägtgren w tym swoim "baranku". Spoko zagrane. Zastrzeżeń nie mogę mieć także do Mastodon. Fanem nie jestem, nie śledziłem ostatnich zawirowań w składzie, ale muzycznie było OK. Koncertem dnia był dla mnie zdecydowanie Saxon. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie forma muzyków - w zeszłym roku odwołali letnie koncerty, a tu ogień! Biff znakomity, a w setliście hit gonił hit: "Crusader", "Broken Heroes", "747" - miazga. Fajnym puszczeniem oka do polskich fanów była flaga z datami polskich koncertów - zaczynając oczywiście od 1986 roku. Headlinerem był natomiast Behemoth. Muzycznie poprawnie, natomiast jeśli idzie o oprawę, no to klasa światowa. To już wręcz prawdziwa machina, wielkie przedsiębiorstwo. Ich show niczym nie ustępuje Iron Maiden czy KISS. Czy to dobrze? Zdania będą pewnie podzielone. Dla mnie trochę tego wszystkiego było aż za dużo - gdzieś w tych wszystkich ogniach zatraca się przekaz. Gdzieś ginie tam sama muzyka. Ciekawym urozmaiceniem było stworzenie małej sceny na wieży z konsoletą, do której muzycy przeszli trzymając w rękach pochodnie. I to właśnie tam usłyszeliśmy hymn Mystic Festival 2026, a więc cover Bathory. Co do tej mniejszej sceny: znów przypomina mi się KISS, bo Amerykanie zrobili kiedy coś podobnego - tyle że Paul Stanley zjeżdżał do niej na tyrolce. Jak ktoś chciał więc spektaklu - no to go dostał" - uważa Waldek.
I tak właśnie zakończyła się nasza przygoda z Mystic Festival 2026. Ktoś zapyta: a co z zespołem X, czy Y? Niestety, ale na tego typu imprezach nie da się zobaczyć wszystkiego - często koncerty nakładają się na siebie i trzeba dokonywać trudnych wyborów. Do tego dochodzi specyfika naszej pracy. O ile ja mogłem dowolnie biegać od sceny do sceny, będąc ograniczonym tylko przez moją kondycję (lub jej brak), tak Waldek jako fotograf musiał się już meldować przed startem danego koncertu. No i w jego przypadku truchciki z drogim sprzętem na plecach za bardzo nie wchodziły w grę. Łącznie udało się jednak odhaczyć w ciągu tych czterech dni 32 kapele. Najlepsze koncerty? Dla mnie Black Label Society, Blood Incantation i Overkill. Waldek dorzuca Rotting Christ i Saxon. Teraz tylko czekać na pierwsze ogłoszenia na 2027 rok! Do zobaczenia w Letnicy!
współautor relacji i autor zdjęć: Waldemar Golec
pełna galeria: pod tym linkiem