|
 System Of A Down, Queens of the Stone Age, Acid Bath Stadion Narodowy, Warszawa - 18.07.2026 r.
SOAD, to był jeden z pierwszych zespołów, który słuchałem bardziej niż 5 utworów na krzyż. Pierwszy koncert jaki oglądałem na YT, to również właśnie System, a konkretnie Łódź 2013. Później było u mnie z nimi różnie. Przez poznawanie nowych zespołów coraz bardziej odstawiałem tę kapelę i tak z ulubionej kapeli, stali się bardziej ciekawostką w tle, do której wracałem od czasu do czasu na krótkie okresy. Jak sprawdzałem statystyki spotifaja, to znajdowali się chyba na pograniczu trzeciej i czwartej dziesiątki odsłuchów. Przecież gdy na forum powstał temat o zespołach, które dawniej się uwielbiało, a teraz prawie w ogóle nie słucha, to System przyszedł mi do głowy od razu. Okazja by ich zobaczyć była w 2017 na słynnym dwudniowym impakcie, który był rozłożony na trzy dni. Tamte lata to moje początki kariery koncertowicza, a na koncert nie dotarłem. Najpierw skończyła się pula, bo nie paliłem się z kupnem. Później gdy zacząłem polować na wejściówki z drugiej ręki, mama powiadomiła, że jedziemy wtedy na weselę do wujka. Tak więc moja aktywność z tamtego gigu to wysłane przez kolegę nagranie "Chop Suey", które obejrzałem pomiędzy kieliszkami czystej. Druga okazja miała być niewiele ponad trzy lata później. Znowu pod nosem, a ja znów nie dotarłem. Z tą różnicą, że tutaj nie dotarł nikt, razem z zespołem bo pandemia wyłączyła koncerty. SOAD trasę odwołał. Nie ma niczego.
Do trzech razy sztuka, bo trzeci koncert Systemu ogłoszony za mojej "kadencji" i od razu awans na stadiony. W preorderze mailowym kupiony bilet na pierwszy koncert. Ten drugi odpuściłem chcąc zrobić sobie raczej jednodniowy wypad, aniżeli weekend w stolicy. Jedna sztuka wystarczy, bezpiecznie. Cena wysoka 589 plnów. Qotsa, które będzie środkowym zespołem ponoć kosztowała 400 zeta 40 minut spacerem stąd. Więc według matematyki SOAD i Acid Bath kosztuje 189. Im bliżej koncertu, tym bardziej się nakręcałem na samo wydarzenie. Zwłaszcza jak już ruszyła trasa i zobaczyłem jaki jest szkielet setlisty, jakie rotacje itp. Czasami im bliżej koncertu tym bardziej nie chce mi się jechać, tym razem odwrotnie. Może nie odliczałem dni, ale odczuwałem radość, że lada moment zobaczę boysband z ormiańskimi korzeniami.
Na koncert wybrałem się smokiem. Wyjazd rano spod Cracovii. Pod stadionem byliśmy przed 15 jakoś. Zostawiłem rzeczy, zabrałem sobie drożdżówkę i małe picie i poszedłem sobie pospacerować odrobinę w pobliżu stadionu. Jakoś po 15:30 poszedłem już ustawić się pod bramą, zakładając że czasówka od orga jest raczej tą właściwą. Sporo obcokrajowców. Słyszałem niemiecki, włoski, angielski i jakieś dziwne egzotyczne języki, których nie potrafiłem rozpoznać (chociaż bardzo lubię języki obce). Do tego momentami mocno grzało słońce i trzeba było szukać cienia drzew. Było dość dokładne trzepanie, sprawdzanie kieszeni itp. Bilet pokazywałem z przeglądarki, nie trzeba appki. Szybka tojka i ciach na płytę zająć jakieś dobre miejsce. Na początku znowu dość mocno grzało słońce, ale na szczęście zaszło szybko za stadion.
Koncerty:
Acid Bath bardzo ciekawe. Jeśli chodzi o dźwięk, to bardzo głośno instrumenty i bardzo cicho wokal. Specyficzne też efekty wizualne na ekranach. Ogółem dosyć ok. Spróbuje ich bardziej obczaić, bo przed koncertem tylko kilka razy puściłem po 2-3 piosenki bez większego skupienia na treści.
Queens of the Stone Age. Ich znałem przed koncertem dużo lepiej, choć całej dyskografii wciąż nie odsłuchałem. Otwieracz był świetny, wraz z ostatnim numerem chyba highlight koncertu. Od razu weszli z energią, taką zaraźliwą bo ludzie też się obudzili (Acid Bath jednak takie trochę mniej energiczne). Zaczęły się gdzieniegdzie jakieś bardziej aktywne formy zabawy, ale nie było to chyba nawet blisko tego co działo się na ich wspomnianym wcześniej headlinerskim koncercie w Torwarze (oglądałem fragmenty na YT). Miałem wrażenie, że te świecące makarony były trochę za mało wykorzystane. Pierwsze kilka piosenek nic się nie świeciły, albo po prostu nie zwróciłem na nie uwagi. Szkoda, że w secie nie zmieściło się "I Appear Missing", ten wałek mocno przypadł mi do gustu. Fajna, mroczna ballada, trochę chandry można złapać podczas słuchania. Grali to na kilku sztukach tej trasy, ale u nas już było co innego na tej pozycji. Trudno. Koncert zamknęła trójca z "Songs for the Deaf". Pod koniec "No One Knows" Josh sobie ubzdurał zrobić ścianę. Nie wiedziałem, że u nich takie rzeczy. Przez to wylądowałem w rejonie płyty, gdzie sporo wody, coli czy piwa było wylane na podłoże, a zatem było ślisko. Dodać do tego moje buty, które kiepsko działają na zbyt mokrej nawierzchni i wizja poślizgnięcia stała się nie taka nierealna. Z tego powodu przeszedłem nieco na prawo gdzie grunt był stabilniejszy. Otwierający riff do "Song For The Dead" wywołał chyba największą reakcję publiki na tym koncercie. Panowie się pożegnali i zeszli ze sceny. Natomiast pod sceną zaczęło się już lekkie ściskanie w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru.
System Of A Down
Wyszedł Daron. Wszystkie kamery i uwaga na niego. Coś tam chyba machnął i złapał za gitarę. Zaczął grać
"Soldier Side - Intro" - tradycyjny otwieracz z płyty "Mezmerize". Spokojny wstęp do ballady, która pojawiła się dopiero na następnej płycie. Ciekawy kontrast do tego co zacznie się za moment.
"B.Y.O.B." - zaczęło się szaleństwo. Jeden z pierwszych kawałków SOAD'u jaki słuchałem. Szybki, bijący z bujającymi i wpadającymi w ucho fragmentami śpiewanymi przez Serja. Na żywo Daron gra to trochę inaczej, co dodaje kolorytu i zmienia trochę charakter na taki bardziej biesiadny. Oczywiście pod sceną zaczęło tworzyć sie piekło, które mógłbym porównać z "Hangarem 18" ze spodka sprzed 3 lat.
"Suite-Pee" - kolejne wybuchy na scenie i wśród publiki. Nie taka skala co "B.Y.O.B.", ale rozwałka kontynuowana, trzeba się mocno zapierać.
"Chic 'N' Stu" - bardzo fajny i trochę bekowy wałek. "Steal This Album!" często bywał po macoszemu traktowany na gigach mając tylko 1 czy 2 sloty w secie. Dzisiaj na szczęście było inaczej, a sama pizza pie świetnie zagrane.
"Prison Song" - jeden dźwięk i cały stadion wie co zaraz będzie grane. Na żywo przerwy o wiele dłuższe niż na płycie, co tylko skutecznie zwiększa napięcie na stadionach. Na ten moment chyba najbardziej "skoczny" riff tego koncertu. Już przed koncertem czy nawet w kolejce można było usłyszeć ludzi powtarzających szeptem "They're trying to build a prison". Bridge też miażdżył.
"Violent Pornography" - trochę wolniejszy wałek, toteż wreszcie można było odetchnąć. Niemniej podczas refrenu było wokół sporo skakania, bo jest on bardzo nośny, ale było to już bardziej w miejscu. Bez walki o równowagę w przepychankach. "Betcha didn't know U HU"!
"Aerials" - jedno z opus magnum zespołu. Bardzo klimatyczny numer. Śpiewałem tak głośno jak się tylko dało. Słyszałem momentami bardziej siebie niż Serja czy Darona. Zresztą wszyscy wokół robili co mogli by ich głosy niosły się jak najbardziej.
"I-E-A-I-A-I-O" - łamacz językowy z wpadającym w ucho refrenem. Intro przedłużone i troszkę śmieszkowego śpiewania z Daronem. Wrócił też trochę ścisk po dwóch wyraźnie wolniejszych pozycjach.
"Innervision" - fajny wałek. Osobiście wolałbym "Streamline" czy "Mr. Jack", bo one też są w rotacji na slotach ze "Steal This Album!", ale tragedii nie ma. W tej piosence bardzo lubię zwrotki śpiewane przez Serja.
"Darts" - kolejny numer z debiutu. Na żywo oczywiście z miauczeniem Serja. Każdy kociarz zadowolony.
Później było śpiewanie "happy birthday" oraz sto lat dla Darona. Chyba mu się podobało. W niebo poleciało sporo balonów. Daron wspomniał, że identycznie było w 2017. Ja zamieniłem się w "Prime Wlazłego" i zbijałem balony jak on na MŚ2014. Sporo balonów też pękało pod butami ludzi. Malakian walnął gadkę i zaprosił nas na:
"Needles" - ekstra wałek. Publika znów szalała. Głośne śpiewanie o tasiemcu. Fantastyczny bridge wszedł jak złoto. Uwielbiam ten fragment. Oczywiście igły płynnie przeszły w:
"Deer Dance" - tradycyjnie już dla SOAD'u prosty skoczny główny riff przechodzący w bujającą gitarę w zwrotce. Zestawienie tych dwóch wałków z "Toxicity" koło siebie na koncertach jest jak ambrozja. Z resztą już na płycie to świetnie działa. Piosenka o brutalności policji, krwawym tłumieniu protestów. Aż się przypomniała ewakuacja przed "psiarnią" podczas picia alkoholu gdzieś w krzakach lata temu.
"Radio/Video" - John dostał tamburyn, a ja zapomniałem do jakiej piosenki on tego w ogóle używał. Zanim sobie przypomniałem, to Daron zagrał riff do tego numeru. Wcześniej zażądał tańców. Podczas zwrotek próbowałem oczywiście "densić", nie wiem jak to wyglądało. Na pewno lepiej niż moje taneczne próby na weselu ziomeczka rok temu. No ale wtedy leciała Dżaga, a nie SOAD tak więc skala całkiem inna.
"Dreaming" - zaaranżowany bridge z solówką. Szkoda, że nie grają tego wałka w całości. Niemniej wykonanie super, trochę nagrałem sobie na pamiątkę.
"Hypnotize" - nigdy nie byłem wielkim fanem tego wałka. Jest świetny, ale wiem, że ludzie stawiają go na równi z "Chop Suey", "Sugar" itp. Dla mnie trochę to półka niżej. Odśpiewane wspaniale przez duet ze sceny, a za chwilę jeden z największych highlightów koncertu
"ATWA" - nie zawsze grany na gigach, ale dla mnie zawsze wyjątkowy. Prosta ale przyjemna ballada z mocniejszymi wstawkami. Od razu przypomniało się jak kiedyś tłumaczyłem mamie tekst na polski, bo zainteresowała się muzą, którą słucham. Gdy pierwszy raz dane mi było zagrać na gitarze, to też próbowałem między innymi z "ATWĄ". Jeden z tych wałków, które na żywo wywołują mocną reakcję emocjonalną. Gęsia skórka, poczucie jakby adrenaliny, jakieś łzy w kącikach oczu. Oczywiście śpiewałem tak głośno jak tylko się da, aż musiałem flegmę odkaszlnąć po wszystkim. TOP!
"Bounce" - album "Toxicity" lubię bo nawet utwory, które odstają od reszty i sprawiają trochę wrażenie zapełniaczy, mają w sobie coś co bardzo lubię. Jakiś riff w bridgu czy inna linia wokalna. Tak jest właśnie w przypadku "Bounce". Wybrzmiewające akordy przechodzące później w typowy walcujący prosty riff. Publika znowu szalała. Ciężko żeby było inaczej przy kawałku, w którym najczęstszym słowem jest "pogo".
"Suggestions" - kolejny numer z debiutu. Podczas słuchania wersji studyjnej Serj śpiewa z taką fajną barwą głosu, która jest charakterystyczna właśnie dla piosenek z pierwszej CD. Fajne intro, które kojarzy mi się trochę z kompozycją użytą do czołówki "Dowodów Zbrodni". Świetny numer.
"Psycho" - mocne intro na basie i trochę Kraftwerka. Przeszło to w "Psycho" czyli 100% SOAD. Znowu skoczne refreny/riffy przy wolniejszych zwrotkach. Wszystko zakończone solówką i kręciołkiem Malakiana.
"Chop Suey!" - pierwszy ich teledysk, który widziałem. Utwór, który stał się memem przez szybkie łamańce językowe Tankiana w zwrotkach. Koło "ATWY" był to dla mnie najbardziej emocjonalny moment koncertu. Zdarłem gardło przede wszystkim na refrenie i bridżach. Uczucie jakbym był w całkowicie innym miejscu i po prostu sobie śpiewał z zespołem uwielbianą piosenkę.
"Lonely Day" - pierwsza ich kompozycja jaką usłyszałem. Pamiętam jak skracałem ją w "Audacity" żeby wrzucić do gry na playstation. Trochę cukierkowa i taka emo. Przez jakiś czas nie pojawiała się w setach, ale od lat już jest stałym bywalcem. Sporo zapalonych lamp błyskowych wzniesionych przez publikę na trybunach i płycie ładnie przyozdobiło stadion. Pięknie.
"Lost in Hollywood" - ten numer kojarzy mi się z powrotami jesienią ze szkoły do domu w zatłoczonym autobusie, który przyjeżdżał jak chciał. Nigdy nie wiedziałeś czy właśnie przyjechał poprzedni spóźniony o 5 minut, czy może ten spóźniony o 12, a być może za szybko przyjechał następny. Pięknie śpiewany przez Darona z Serjem na wspierającym i na klawiszach. Na fragmencie o machaniu łapami oczywiście wszyscy machaliśmy łapami.
"Tentative" - piękny numer. Przekaz spotęgowany bombardowaniami pokazywanymi na ekranach. Pod koniec poszła dedykacja dla ofiar w Gazie, Libanie, Sudanie czy Iranie. Pod koniec słowa pogardy dla Netanjaha.
"Spiders" - Wyróżniający się numer z pierwszej płyty. Słynna już dla fanów linia basowa przechodząca później w riff gitarowy. Wszystko wzbogacone szeptami i śpiewem Serja. Stałem jak zaczarowany.
Daron wspomniał jak podczas pierwszego koncertu w Polsce rzucano w nich obwarzankami i monetami. Dzisiaj nie ma ani jednego, ani drugiego. Są tylko nasze głosy bo teraz będzie
"Forest" - kolejny numer z "Toxicity", który całkowicie zdominował set. Bardzo głośno śpiewany refren, którego zaczęliśmy z resztą śpiewać jeszcze przed startem piosenki po zainaugurowaniu przez Malakiana. Fajnie, że zmieścił się w secie, bo to nie taki pewniak koncertowy.
"Cigaro" - śmieszkowy kawałek rozpoczęty "Cock balladą". Daron stwierdził, że to jego urodziny i mamy śpiewać to co on chce. Były to też ostatnie zrywy pogów itp pod sceną bowiem koniec koncertu rychły.
"Roulette" - Wykonane oczywiście bez Shavo i Johna. Z tą piosenką mam podobne skojarzenia co z "Lost in Hollywood". Bardzo przyjemna, choć minimalna ballada.
"Toxicity" - kolejny gem z kolekcji. Skoro album "Toxicity" jest tak licznie reprezentowany, to nie mogło zabraknąć tytułowego. Nie muszę mówić jak głośno śpiewane były refreny tego przeboju. Przed riffem z bridża Daron zarządził ścianę (jakaś zmowa). Po wykonie bez dłuższej pauzy przeszliśmy do:
"Sugar" - nie mogło być innego zamykacza. Znalazłem ostatnie siły by też sobie poskakać i pośpiewać o ludziach grzybach. Kapitalne zwieńczenie kapitalnego show. Nic tylko się kłaniać.
Sporo fantów poleciało w szczególności od Johna. Nic nie udało mi się złapać. Nawet nic nie poleciało dość blisko mnie. Podsumowując był to kapitalny koncert. Czy koncert roku to nie wiem. Muszę ochłonąć i dopiero po jakimś czasie będę mógł porównać ten występ do innych tegorocznych wypadów. Jak wspomniane wyżej, na początku słabo było słychać Serja. Najgorzej pod tym względem było w "Suite-Pee". Później chyba go trochę podbili. Gitara Darona świetna, bas też soczysty zwłaszcza w "Spiders" czy "Psycho". Jeśli chodzi o bydło pod sceną, to ciężki był początek. Jakby cały gig był jak druga część koncertu to byłoby lepiej. Na pewno wpływ na to miało zmęczenie ludzi, bo w normalnych warunkach nie wierzę, że większe młyny, poga czy przepychanki zobaczę na "Innervsion" niż "Toxicity". Ogółem też dostaliśmy całkiem przyjemny set. "Tentative", "Roulette" czy "Spiders" z tych rotowanych były świetne. Brakowało oczywiście takich numerów jak "Mr. Jack" czy "War", albo "Question" czy "Holy Mountains" (ich na tej trasie w ogóle nie było). Wyjście było dla mnie dosyć nietypowe, ponieważ z trybun wszedłem na jakiś fragment stadionu, którego nigdy nie widziałem. Inne ułożenie korytarzy i zagospodarowanie przestrzeni. Skierowałem się na parking, gdzie znajdował się nasz bus. Jakaś część mnie żałowała, że nie idę teraz na drugą stronę Wisły do hostelu, w którym kilka razy nocowałem po koncertach na Narodowym czy Torwarze. Tam bym się umył, coś na spokojnie zjadł i wypił czarnego koziołka, a przede wszystkim porządnie wyspał. Natomiast jak pomyślałem, że równie dobrze mógłbym teraz biec ma jakiegoś flixa czy pociąg, albo czekać na niego na dworcu przez 3 godziny, to zacząłem się cieszyć, że mam transport, który o świcie przywiezie mnie do mojego miasta, gdzie trochę odeśpię.
Relację pisałem na raty. Trzeba było zrobić sobie przerwę na obiad, czy kawę. W między czasie zdążyły przejść dwie burze. Podczas pisania o "Lost in Hollywood" zagrzmiało mocniej niż jakiś achtung, aż podskoczyłem. Teraz siedzę z wciąż bolącym karkiem oraz barkami i uświadamiam sobie, że choć to całe koncertowanie często daje w kość, to wciąż jest najlepszym hobby, jakie mogłem sobie chyba wymyślić.
|