Iron Maiden - Hradec Králové



Iron Maiden, Saxon, Alter Bridge, Queensrÿche
Park 360, Hradec Králové - 14.06.2026 r.


Po zeszłorocznym koncercie Iron Maiden w Pradze napisałem: "A ja tradycyjnie podczas ostatniego bisu (jakże idealnie pasuje tutaj "Wasted Years"!) życzyłem sobie, żeby zobaczyć Iron Maiden na kolejnej trasie. I niech grają nawet same "kotlety"! A co mi tam, niech "stracę". Wiadomo... Up the Irons!". I proszę bardzo - taka miła niespodzianka: ogłoszono kilka koncertów "w okolicy". Pierwotnym planem był wyjazd na Słowację, ale chwilę później wpadła bliziutka dla mnie lokalizacja - Hradec Králové. Idealnie, bo to niespełna 200 km. Dodatkowo w ramach festiwalu Rock for People i do sprzedaży trafiły bilety na dzień z Maiden. No przecież to samo się prosi o wyjazd. Na deser, bliżej koncertu okazało się, że w tym dnu zagrają również Queensrÿche, Alter Bridge i Saxon. No cóż, "idealnie" to mało powiedzieć.

Do Czech wyruszamy z delikatnym zapasem na posiłek po drodze (knedlik musi być!) i celujemy tak, żeby zdążyć na Queensrÿche. Po drodze zero przygód i na teren festiwalu przybyliśmy na kwadrans przed startem pierwszego interesującego nas koncertu. Trochę zeszło nam z parkowaniem samochodu, bo teren festiwalu to spore lotnisko, ale na szczęście auto zostało blisko sceny głównej. Spacer, wymiana biletu, kolejny spacer na teren imprezy i marsz pod scenę. A tam już gra Queensrÿche. Nie miałem okazji wcześniej zobaczyć Amerykanów, więc to był mój pierwszy raz. Wielkim fanem nie jestem, ale wiadomo, że "Operation: Mindcrime" to wielka rzecz i miejsce na moim regale z CD ma. I na koncercie miła niespodzianka (?), bo zespół na 10 numerów w secie połowę przeznaczył na ten album. Tytułowy z dużej odległości, bo przemieszczaliśmy się w pobliże sceny, ale kolejne: "Anarchy-X", "Eyes of a Stranger", "Speak" i "Revolution Calling" na spokojnie. Szczególnie ten ostatni rozgrzał moje serduszko, bo pamiętam jak latał w dawnych czasach na MTV. Mam go nawet zgranego na kasetę VHS. Co ciekawe - zespół nie grał zupełnie nowszych numerów. Kompozycja "Empire" z 1990 roku była... najmłodszą. Muzycznie to wszystko się zgadzało, niestety z nagłośnieniem nie było już tak różowo. Mocno to wszystko falowało i momentami wręcz zanikały niektóre instrumenty. Trochę wiało i było widać jak kiść głośników buja się na lewo i prawo. To też nie pomagało. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo na tej scenie za kilka godzin miało zagrać Maiden.

Po koncercie Amerykanów przyszedł czas na rekonesans po terenie festiwalu. Dosyć fajna miejscówka, sporo zakamarków i kilka scen rozrzuconych na obrzeżach. Trochę lotniczej infrastruktury (hangary, magazyny) i sporo punktów gastronomicznych. Udało się też spotkać Kuracjuszy z pewnego przybytku zwanego Sanatorium i wspólnie udaliśmy się pod główną scenę na koncert zespołu Alter Bridge. Tego zespołu zupełnie nie znałem, bo to nie do końca moja bańka zainteresowań. No ale skoro już jestem i grają, to warto sprawdzić. Kojarzyłem gitarzystę (Mark Tremonti), bo grał już przed Ironami w Krakowie (2 sztuki w 2018 roku), a i nazwa Creed nie jest mi obca. A sam koncert dosyć poprawny - zachwytów nie było, ale i nie wiało nudą. Niestety organizatorzy "nie wykazali się" zbytnio pomysłowością i kolejny koncert (Saxon) zaplanowali na scenie na drugim końcu festiwalowego terenu. Czasówka - Saxon kończy 20:20, Maiden zaczyna 20:40. No kurde bele... albo zostajesz do końca S i stoisz w sporym oddaleniu od sceny na IM, albo trzeba się urwać z jednego występu, żeby zająć w miarę dobrą miejscówkę. Echh... silny dylemat, bo wielbię Saxon bardzo, no ale Maiden to Maiden - najważniejszy dla mnie zespół przecież. Wybrałem opcję numer dwa, a Saxon nadrobię już niebawem, na Wacken Open Air. A wystarczyło zamienić sceny pomiędzy AB, a S i wszyscy byliby szczęśliwi. No ale nie można mieć wszystkiego, więc sami wiecie.

Saxon zaczął od numeru tytułowego z najnowszej płyty ("Hell, Fire and Damnation") i to było dobre otwarcie. Zespół brzmi mocarnie, Biff (75 lat!) jest nie do zajechania, a na scenie czysta energia. Typowy koncert Saxon - widziałem ich po raz 13 i za każdym razem mam podobne wrażenia. Zespół koncertowo SZTOS! Jako drugi poleciał klasyk "Power and the Glory". Szybko poprawiony "Dogs of War", co było dla mnie miłą niespodzianką, bo bardzo lubię ten numer. Naprawdę z dużą przyjemnością oglądam ten koncert i trochę smutek, że nie zostanę do końca. No ale nie ma co, bo ze sceny odpalono kolejną petardę: "Sacrifice". Piękna sprawa, bo to niezbyt eksploatowany przez zespół numer. Wiadomo - w Saxon "sekcja kotletowa" jest silna i fajnie jak wpadają takie mniej oczywiste numery. No i w sumie już do końca dostaliśmy dosyć oczywiste wybory, z pominięciem "Broken Heroes", które nie aż tak często wpada do seta (nie dotyczy polskich koncertów - wiadomo!). Poleciały następnie: "Solid Ball of Rock", "Heavy Metal Thunder", "Strong Arm of the Law" i tutaj nastał czas wymarszu pod główną scenę. Po drodze leci "Broken..." i "Motorcycle Man". A już z oddali słyszę kolejne "kotlety": "Denim and Leather", "747 (Strangers in the Night)", "Wheels of Steel", "Crusader" i "Princess of the Night". No kurczę szkoda, że logistycznie to nie do końca było idealnie pomyślane, no ale trudno. Mogłem zostać do końca i cieszyć się tym koncertem, ale stać dalej od sceny na kolejnym. A sam koncert Saxon bardzo dobry - kurczę, ależ to jest maszyna. Panowie dają ognia z energią nastolatków i oglądanie tego zespołu to sama przyjemność. Czekam niecierpliwie na kolejny raz.

Szybki przemarsz pod główną scenę i udaje się całkiem fajne miejsce zająć. Później jest jeszcze lepiej, bo ludziska powstawali z ziemi i można było podejść na kilka metrów od barierki. Zastanawiałem się jak to wszystko zabrzmi, bo na Alter Bridge też nie było idealnie (fakt, że lepiej niż na Queensrÿche), ale liczyłem na to, że wcześniejsze zespoły po prostu nie grały na pełnych ustawieniach. I faktycznie tak było, bo koncert brzmiał dobrze i nie było problemów z dźwiękiem. Oczekiwanie na start zleciało szybciutko, zespół jeszcze złapał 10 minut opóźnienia i wreszcie z głośników poleciało "Doctor, Doctor" z repertuaru UFO. A to wiadomo, że zaczynamy koncert Iron Maiden w ramach "Run for Your Lives Tour". "The Ides of March" odegrane z taśmy i wreszcie zespół wjeżdża z "Murders in the Rue Morgue" zaczynając blok 4 utworów z ery Paula Di'Anno. Powiem Wam, że ten zestaw robi mi cholernie dobrą robotę. O ile "Murders..." jakoś umiarkowanie lubię, tak "Wrathchild" w tym miejscu siedzi idealnie. Szybka poprawka "Killers" i zamykamy temat "Phantom of the Opera"! Wspaniały numer i szkoda, że Maiden dosyć rzadko po niego sięga. Swoją drogą warto podkreślić fakt, że ta kompozycja trafiła na debiut z 1980 roku! A sam numer Harris napisał w wieku +/- 20 lat!

Szybka zmiana "epoki" i jedziemy z "The Number of the Beast" - kawałka nikomu nie trzeba przedstawiać. Krótka przerwa i Bruce opowiada swoje historie i nawiązuje do marzeń itp. No i już wiadomo, co się święci. Czas na jedyną zmianę w setliście w porównaniu do ubiegłorocznego zestawu. Zwykło się mawiać, że Ironi mocno są ograniczeni jeśli chodzi o wybór numerów na kolejne trasy. Sporo w tym racji, bo nawet zeszłym roku nie zagrali żadnego numeru, którego by nie grali po powrocie Dickinsona i Smitha w 1999 roku. Ale oddajmy Cesarzowi co cesarskie: na ostatnich trasach wleciały perełki "Flight of Icarus", "Caught Somewhere in Time", czy "Alexander the Great" (!). Teraz padło na "Infinite Dreams" (!) grane tylko w 1988 roku. Piękna sprawa!! Swoją drogą to był mój 85 numer słyszany na żywo (pierwszy koncert w 1995 roku) i mam nadzieję, że jeszcze coś wpadnie do tej puli. Dalsza część koncertu to klasyk goniący klasyk. "Powerslave", "2 Minutes to Midnight" i "Rime of the Ancient Mariner" - ależ to siedzi! Vibe "Live After Death" mocno! A dalej przecież nie gorzej: "Run to the Hills" z rozśpiewaną publiką i kolejny kolos: "Seventh Son of a Seventh Son" - ten numer zawsze powoduje u mnie ciary. Nie inaczej było tym razem. "The Trooper" z czeską flagą przez chwilkę, to oczywiście sporo zabawy dla publiki, a później poważniejsze tematy w "Hallowed Be Thy Name". To jeden z moich ulubionych numerów i zawsze witam go z radością. Podstawową część seta kończymy obowiązkowym "Iron Maiden" i tutaj powtórzę się z relacją z poprzedniego roku: zabrakło mi w tym momencie "dmuchańca"! No wiecie tej kukły dmuchanej za perkusją. Jakoś tak się przyzwyczaiłem przez te wszystkie lata, że... no brakuje mi tego... W zamian na wielkim scenicznym ekranie pojawia się Eddie i na końcu przegryza kable. Dziękuję, do widzenia, to już jest koniec.

Oczywiście, że jeszcze czas na bisy. Ale zanim je sobie omówię, to malutkie podsumowanie. Jestem pod mega wrażeniem dynamiki tego koncertu (rok temu było to samo) - część zasadnicza 1h45, bez większych przerw. Bruce ma swoje sloty na gadanko, ale to zbyt długo nie trwa. Co ciekawe Dickinson kilka razy zapowiadał, że Iron Maiden wróci szybciej, niż się spodziewamy. Po jednym z utworów zapowiedział, że IM wróci niczym... James Bond w filmach (chodziło o napis na końcu każdego filmu o 007: "James Bond Will Return") i nawet zanucił fragment charakterystycznego intro z filmów. To dosyć ciekawe, bo niedawno w jednym z wywiadów z Harrisem pojawiło się stwierdzenie, że zespół planuje przerwę w 2027 roku. No nic, zobaczymy co się wydarzy. Na scenie wyglądało to bardzo dobrze - muzycy w mega formie (większe przerwy pomiędzy koncertami najwyraźniej służą) i widać było sporo energii w tym graniu. Sporo radości, uśmiechów i małych wygłupów, które robią robotę. Osobne słówko dla Adriana Smitha: co to jest gość to ja nie mam pytań! Klasa sama w sobie. Zaczynając od scenicznej stylówki, a kończąc na elegancji w grze na gitarze. Gość rozwala system i zgadzam się ze stwierdzeniem, że to jest cholerna gwiazda rocka grająca w zespole heavy metalowym!

No ale wróćmy do zakończenia tego koncertu. Chwila przerwy, "silniczki robią "pyr, pyr, pyyyrrr!" i wjeżdża "Aces High". Heh... no i nic się oczywiście nie zmieniło od poprzedniego roku. Ten numer nie brzmi już dobrze. Bruce może i się dwoi i troi, ale pewnych tematów nie przeskoczy. O ile w refrenach nakładli sporo efektów na wokal i to wszystko się znośnie nakłada na siebie, to wcześniej to jest trochę "ból zębów". Jak już uparli się na granie tego numeru, to powinni trochę go dopasować do obecnych możliwości Bronka, no ale jest jak jest. "Fear of the Dark" to już inna bajka. Ten numer jest stworzony do grania na żywo i tego nic i nikt nie zmieni. No i kończymy boskim "Wasted Years". Tu nic nie powiem, bo po prostu wzrusz mocno, gonitwa myśli i wspólne odśpiewanie tekstu. Najpiękniejsze zakończenie koncertu najpiękniejszego zespołu.

Cóż dodać na zakończenie? To był piękny koncert, wiadomo. Zabrakło mi jakiegoś numeru z płyty "No Prayer for the Dying", no ale to już przerabiałem rok temu w Pradze. Teraz tylko i wyłącznie się bawiłem i cieszyłem z każdego kolejnego kawałka. I tak samo będzie na kolejnym (oby!!) koncercie. Bo wiecie... trzeba się cieszyć i radować z tego co jest nam dane, bo nie wiadomo ile jeszcze to potrwa. Ja oczywiście podczas "Wasted Years"... "życzyłem sobie, żeby zobaczyć Iron Maiden na kolejnej trasie. I niech grają nawet same "kotlety"! A co mi tam, niech "stracę". Wiadomo... Up the Irons!". Ha! Niechaj moje chciejstwo zadziała ponownie!

ps.
serdeczności dla moich współtowarzyszy!




Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 30.06.2026 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!