Koncert Warlord był czymś, co chodziło mi po głowie w zasadzie od chwili ogłoszenia. Niestety termin pierwszej polskiej wizyty tej doświadczonej amerykańskiej formacji był dość niefortunny. Nie dość, że na przeszkodzie stały sprawy prywatne, to jeszcze kilka dni później jechało się na Mystic Festival - kolejne "wolne" było więc nie do ogarnięcia. Jeśli miałem się pojawić w Goleniowie, to wymagałoby to rzadkiej koniunkcji planet. Która na szczęście miała miejsce, choć w grę wchodziło niezobaczenie supportu. Brak rozgrzewki był jednak poświęceniem, na które byłem gotów.
W Rampie zameldowałem się dosłownie na 10 minut przed startem i po szybkim załatwieniu formalności już czekałem w pierwszym rzędzie, czekając na wejście bohaterów wieczoru. Kapeli, która z jakiegoś powodu nigdy nie osiągnęła takiego sukcesu, na jaki zasługiwała. Warlord zawsze natrafiał na jakieś problemy, nigdy nie był w stanie postawić przysłowiowej kropki nad i. Pierwsza faza działalności to oczywiście znakomita EP-ka i bardzo dobry debiutancki album, ale jednocześnie zmiany składu, uniemożliwiające jakiekolwiek koncertowanie. W 2001 roku grupa wróciła do życia i to z wokalistą HammerFall za mikrofonem, by zaledwie rok później ponownie znaleźć się sześć stóp pod ziemią. Więcej samozaparcia pojawiło się w 2011 roku i gdy już wydawało się, że przyszłość Warlord maluje się w jasnych barwach, to w wieku 60 lat zmarł William John Tsamis - główny kompozytor i gitarzysta kapeli. Jej dusza. Po trzech latach perkusista Mark Zonder uznał jednak, że muzyka Warlord powinna wybrzmiewać na koncertach i być chóralnie śpiewana przez fanów heavy metalu - i tak po raz kolejny zespół powrócił.
Łatwo obecnie powiedzieć, że Warlord to były pałker Fates Warning i banda najemników. Może i tak, ale jeśli jednak w składzie znajdziemy aż trzech muzyków kultowego Alcatrazz (Waldo, Lavery i Juris), to trzeba się mieć na baczności - panowie "umiejo" w heavy metal i nie zawahają się ze swoich umiejętności skorzystać. Do tego Diego Pires na drugim wiośle i doskonale bawiący się na scenie Stefano Pascolino na basie, który w 2002 roku z Warlord podbijał Wacken. Całkiem niezły skład jak na "piątą wodę po kisielu", choć przyznam, że to pierwsze uderzenie w postaci klasycznego przecież "Lucifer's Hammer" zębów mi nie wybiło. W ogóle ciężko było mi się w ten występ wgryźć. Być może dała o sobie znać podróż na wariata, być może zabrakło mi zagrzewającego do boju supportu, no ale fakt pozostaje faktem: te pierwsze kawałki obejrzałem sobie tak na spokojnie i bez większej ekscytacji. Gdzieś jednak w okolicy "City Walls of Troy" epicki heavy metal zaczął przebijać się przez mury mojej obojętności. Nóżka zaczęła tupać, główka się kiwać i całość zaczęła nabierać dla mnie większej ilości kolorów.
Z pewnością pomogła w tym wszystkim publiczność, która nie dość, że zjawiła się licznie, to doskonale znała repertuar Warlord, co chwilę śpiewając z Gilesem refreny. Przyznam, że po obejrzeniu paru filmików w necie i przeczytaniu niejednego komentarza krytykującego Lavery'ego miałem pewne obawy odnośnie wokalu, ale ostatecznie okazały się one bezpodstawne. W końcu za ładne oczy nie zastępuje się w Alcatrazz takich frontmanów jak Graham Bonnet czy Doogie White, co nie? Centymetry przed moją twarzą doskonale się bawił Pasko na basie (jak on cudnie pasuje do składu!), a tuż obok niego cisnął Pires. Waldo schowany był już po drugiej stronie sceny, podobnie jak Juris, który jednak od czasu do czasu udawał się na małe wycieczki w moje okolice. Najbardziej wzrok przykuwał oczywiście 68-letni Zonder. Wiadomo, latka lecą i miejscami muzyk szedł nieco na skróty, no ale też i trafiały się trudne, techniczne fragmenty, po których aż chciało się upewnić, czy na pewno to rocznik '58. Czy brakowało Tsamisa? Oczywiście. Wiadomo, jego niezwykle melodyjne solówki odgrywane były bezbłędnie, no ale wiele by się dało, by to jednak Williama na tej scenie zobaczyć.
Setlista koncertu zarówno składała hołd pierwszej fazie działalności Warlord, jak i podkreślała fakt, że po reaktywacjach muzycy nie osiedli na laurach. Były wszystkie kawałki z kultowej EP "Deliver Us", przedstawiciele znakomitego debiutu, jak i utwory, które pojawiły się na wczesnych składankach pokroju "Metal Massacre III". "Battle of the Living Dead", "Invaders", "Winds of Thor" i "War in Heaven" przypomniały o albumie z 2002 roku, natomiast "70.000 Sorrows", "Kill Zone" i "City Walls of Troy" zabrał nas do czasów "The Holy Empire" z 2013 roku. Do pełnego przekroju działalności zabrakło tylko czegokolwiek z krążka "Free Spirit Soar", no ale i tak fani heavy metalu raczej narzekać nie mogli.
Setlista:
01. Lucifer's Hammer 02. Invaders 03. Battle of the Living Dead 04. Kill Zone 05. City Walls of Troy 06. Winds of Thor 07. Lost and Lonely Days 08. Aliens 09. Mrs. Victoria 10. Penny for a Poor Man 11. War in Heaven 12. Black Mass 13. 70.000 Sorrows 14. Winter Tears 15. Deliver Us from Evil 16. Child of the Damned