Heavy Attack #4 Tim "Ripper" Owens, Dark Horse Prophet, Axe Crazy, Kingdom Of Rock Fabryka Kultury Zgrzyt, Lublin - 08.05.2026 r.
Kolejna edycja i powrót po niespełna dwóch latach ciszy - Heavy Attack #4 - tym razem z miejscówką w Fabryce Kultury Zgrzyt. Przypomnę, że ten cykl koncertowy rozpoczął się w 2019 roku. Tym razem gwiazdą koncertu był sam Tim "Ripper" Owens, który w ramach trasy European Tour 2026 trzy razy odwiedził Polskę. Do Lublina powrócił po 12 latach od legendarnego gigu w Muszli Koncertowej, w Ogrodzie Saskim w Lublinie. Owensa kojarzymy z Judas Priest kiedy zastąpił Roba Halforda a chwilę później z Iced Earth. Tworzył również u boku Yngwiego Malmsteena. Obecnie stoi za mikrofonem w KK's Priest, u boku jednego z najlepszych metalowych gitarzystów w historii - K.K. Downinga. Jego twórczość to kawał historii i można by jeszcze wiele pisać, ale najważniejsze ujęłam w telegraficznym skrócie i jedziemy dalej.
Fabryka Kultury Zgrzyt w Lublinie jest miejscem klubowych i kameralnych koncertów. A dzisiaj zagości na swoich deskach gwiazdę, która będzie miała w zasięgu wzroku swoich fanów i vice versa. A my jak zwykle razem, ale inaczej się nie da, Paweł głównie oczy a ja oczy i uszy. My kobiety zawsze widzimy i słyszymy więcej. Tym razem zabraliśmy swojego starego już kolegę Jacka (pozdrawiamy!). Jacek szybko odnajduje się na takich imprezach i czuje się jak ryba w wodzie, czy statek, który obrał dobry kurs i wiatr ciągle wieje mu w żagle. Pojawiał się i znikał, pokonując kolejne mile między deskami koncertowymi, a tym co przygotowało zaplecze. Po poślizgu, który jak się okazało wynikał z wycieczki krajoznawczej ekipy Owensa jadącej z Włoch i błądzącej po Polsce - dotarli do Lublina z pięknym morzem. A kiedy zadzwonili do organizatora okazało się, że jeszcze do Lublina zostało parę godzin jazdy. Lublin morza nie ma, ale piękny środkowo-wschodni klimat pojezierzy kusi niejednego turystę. I tak kiedy już ekipa osiągnęła cel swojej podróży, mogliśmy ich podziwiać w całej krasie. Ale wcześniej, kolejno na scenie pojawiały się supporty.
Jako pierwszy na scenę wkroczył lubelski zespół Kingdom Of Rock, który swoim melodyjnym heavy metalem powitał fanów. Muzycy na scenie są już od 6 lat, pogłębiając swoje muzyczne doświadczenie, co można było zauważyć i usłyszeć. Pełny spontan, ekspresja, swoboda, heavymetalowe pozy - to wszystko tworzyło cały aspekt muzyczny i wywoływało pozytywne emocje. Dużo melodyjnego śpiewu i melodyjnych solówek dopełniało całość. Słyszałam ich po raz pierwszy, a już pozostawili super wrażenie i pozytywne zaskoczenie. Chętnie usłyszę ich jeszcze raz na żywo, a utwory "Like a Bullet" i wspaniały kawałek "Give me the Reason", które zarejestrowałam najlepiej w pamięci, jeszcze nie raz powrócą w wieczornym nuceniu, ale już w zaciszu domowego ogniska. Publiczność bardzo pozytywnie przyjęła ich występ. Oklaski, okrzyki... Ukłony, wspólna fotka z publicznością i muzycy zeszli ze sceny. Ale to nie koniec.
W oczekiwani na kolejny występ można było popatrzeć, jak instaluje się kolejny zespół - śląski Axe Crazy. Nie zabrakło również elementów graficznych w postaci roll-upów po obu stronach sceny, które dopełniły artystycznego aspekt występu. I... i tak wyciem syren i demonicznym warknięciem bestii rozpoczynał się kolejny etap koncertu, gdzie muzycy odwróceni plecami do publiczności oczekiwali na start. Jazgotem gitar i wspólnym śpiewem gitarzystów usłyszeliśmy pierwszy kawałek "Creatures on the Hunt" - dynamiczny heavy metal w klasycznym stylu. Axe Crazy to zespól o charyzmie scenicznej, która pozwala wywierać ogromny wpływ na publiczność. Wszystko dopełnia inspirujący wygląd artystów przypominający styl muzyków heavymetalowych z lat 80.. Najbardziej zaintrygował mnie wygląd gitarzysty Robsona Bigosa - czarno-czerwona skórzana kurtka, czerwone buty za kostkę i koszulka w kolorach japońskiego sztandaru wojennego. Jednogłośnie nasza trójka stwierdziła, że muzyk kojarzy się nam z nieco szczuplejszym... Blackiem Lawlessem (wokalistą W.A.S.P.). Muzycy na scenie robili wszystko co przypisane heavymetalowym kapelom - image, choreografia, gdzie gitary jak w tandemie wybrzmiewały zajmując określone pozycje - jednostronne, góra, dół. Wokalista zapowiadał utwory, tworząc wstęp, a gitarzyści momentami wskakiwali na głośniki do fosy by być bliżej publiczności. A publiczność korzystała, bo i kostkę komuś dostało się w prezencie. Publiczność pozytywnie nakręcona muzą doskonale bawiła się, czego dowodem był headbanging przy barierce pod sceną. Axe Crazy wystąpił w ramach swojego cyklu Creatures on Tour 2026 i zagrał "K.R.I.S", "Creatures on the Hunt", "Ride on the Night", "Back To The Future", "Angry Machines", "Running Out of Time", "On the Run", "Destructor", "Heavy Metal Power Force". I chociaż to nie był heavy metal, który aż tak lubię, to dla fanów klasyki nurtu NWOBH była to doskonała uczta.
Kolejna niespodzianka to modern metalowy Dark Horse Prophet pochodzący ze Stanów Zjednoczonych, grający chyba od niedawna. Już pierwszy utwór ukazał zupełnie odmienną stylistykę. Bardziej współczesną, z nisko strojonymi gitarami. Zaczęli ciężko i dość groove'owo z melodyjnymi solówkami i wokalem z akcentującymi rapowanym frazami. Trochę dźwięk nie rozkładał się równomiernie co nie pozwoliło do końca poczuć wagę i brzmienie muzy. To jednak nie przeszkadzało muzykom by dać z siebie 100 procent. Charyzmatyczny wokalista w czarnej czapeczce i skórzanej kurtce w ciągłym ruchu scenicznym, energicznym śpiewem, deklamując a nawet wrzeszcząc nakręcał publiczność do interakcji. Ciekawostką był też śpiewający perkusista, który w tle swoim śpiewem wpierał frontmana. Pozostali muzycy to opanowany spokojny basista i często zamieniający się miejscami na scenie gitarzyści. Działo się... A klimat zarówno muzyczny i klubowy pozwolił poczuć się jak za młodych lat, kiedy koncerty na żywo były nie tylko wielkim wydarzeniem, ale skupiały subkultury, które kultywowały tradycyjne kanony mody dla danego gatunku muzycznego. Tego też tutaj nie zabrakło. Wracając do Dark Horse Prophet. Grali krótko, (...bo jak coś fajnego to chciałoby się dłużej...), a wykonali "Confessions", "Time, Gold, God", "Heavy Lies The Crown", "Blackout", "Second Chances", "Unholy Divine". Kolejny etap, jak to bywa - zejście ze sceny, ale tym razem z miłym akcent wokalisty, czyli tradycyjne "przybicie piątek", którą i ja przybiłam. Inność tego zespołu, a raczej ich twórczość bardzo przypadła mi do gustu, ale nie tylko mi, inni też otrzymali pozytywne wibracje oraz niezapomniane wrażenia muzyczne. Piątka z plusem.
I przyszedł czas na gwiazdę Tima "Rippera" Owensa. Media szumnie zapowiadały, że ten gość to heavy metalowa instytucja. Głos jak dzwon i setlista wypełniona po brzegi hiciorami. Nie trzeba było długo czekać, żeby się o tym przekonać. Wraz z mrocznym intro, Owens wkroczył na scenę (oczywiście w "kaszkietówce") i z butelką piwa w ręku, by po chwili rozbrzmiały dźwięki "One on One" z repertuaru Judas Priest (jak pamiętamy - a jak nie to przypomnę - z albumu w którym kiedyś oryginalnie śpiewał Tim Ripper Owens w Judas Priest). Znany już dla fanów charakterystyczny głos Tima Owensa i wydobywające się dźwięki w oczach mgnieniu poruszyły publiczność. Wokalista szybko nawiązał kontakt z fanami, kierował mikrofon w stronę publiki i zachęcał do wspólnego śpiewania, przy czym energicznie poruszał się po scenie. Co robią lata praktyki i doświadczenia? Sprawiają, że takie gwiazdy czują się pewnie na scenie, a wybrany repertuar dodaje im skrzydeł i pozwala bardziej rozkręcić publikę oraz nawiązać lepszy kontakt. W tym przypadku repertuar składał się głównie z coverów Judas Priest (w większości były to utwory, które śpiewał oryginalnie Rob Halford), w tym też utwory, które także "skowerował" sam Judas Priest, czyli "The Green Manalishi (With the Two Prong Crown)" Fleetwood Mac oraz "Diamonds & Rust" Joan Baez. Do tego wybrzmiały covery "Hellfire Thunderbolt" KK's Priest oraz "Heaven and Hell" Black Sabbath. A nieśmiertelne hity typu "Breaking the Law", czy "Painkiller" powodowały, że emocje publiczności sięgały zenitu. Wspólne śpiewanie i euforia pod sceną mówiły same za siebie.
Trzeba też wspomnieć, że Tim "Ripper" Owens dobrał sobie wspaniałych muzyków epatujących mistrzowską techniką, a jednocześnie czujących tę muzykę. Popisowe solowe występy młodych muzyków - perkusisty Alessio Palizzi i gitarzysty - Emiliano Tessitore, którego solówka zahaczyła o znany klasyczny utwór "Lot trzmiela" rosyjskiego kompozytora Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, robiły nietuzinkowe wrażenie. Nie zabrakło też tych wytrawnych muzyków - Martin Bilek (gitarzysta) i Francesco Caporaletti (basista). Ownes to też dobry przewodnik sceniczny, między utworami komentował kawałki, wspominał jego ostatni koncert w Lublinie sprzed dwunastu laty. Bardzo chętnie reagował na komentarze rzucane przez słuchaczy, które często były zabawne, a nawet może chwilami irytujące. Jednak to nie zaburzało koncertu. Profesjonalizm muzyka i jego sceniczność, obycie z publicznością błyskawicznie scedowała wszystko do dobrej zabawy i jeszcze lepszej atmosfery. Czas płynie nieubłagalnie i jak to bywa wszystko co dobre, szybko się kończy. I tak dotarliśmy do ostatniego kawałka, po którym Owens przybił piątki i moja kolejna piątka na koncercie zostałą zaliczona, po czym najzwyczajniej w świecie, po tradycyjnie pamiątkowej fotce zespół znikł ze sceny. Jeszcze dobrą chwilę owacje fanów chciały wymusić na Timie z ekipą powrót na scenę. Nie udało się. Może następnym razem.
Może... Teraz czas wracać. Zgarnęłam moich męskich przedstawicieli muzyki metalowej i pełni emocji w świetle księżyca powędrowaliśmy w stronę prozy życia. Ale też ładować akumulatory na następny wypad.