Paradise Lost, Saturnus, Shores of Null Klub A2, Wrocław - 02.03.2026 r.
Do wrocławskiego klubu A2 wszedłem na tyle wcześnie, że do mojej dyspozycji była praktycznie cała barierka. Bez większego namysłu ustawiłem się w miejscu, gdzie na scenie przebywa gitarzysta Aaron Aedy, a ciut za nim ustawiony jest basista Steve Edmondson. Dlaczego? Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym ani sekundy - po prostu taki impuls i już. Godzinka oczekiwania dosyć szybko zleciała i przyszedł czas na pierwszy support.
Włosi z Shores of Null zaprezentowali dosyć przeciętne granie w stylu melodyjnego death metalu, z elementami doomowymi. Tego drugiego nie było jakoś za dużo, bardziej były to momenty zwolnień przedzielające szybkie fragmenty. I to te wolniejsze fragmenty bardziej mi przypadły do gustu. Wtedy wchodziły też fajne gitarowe harmonie i jakiś to urok miało. Niestety jako całość - tak dobrze nie było. Do tego dosyć schematyczny wokal i kolejne utwory zlewające się ze sobą. Brakło również jakiejś większej interakcji z publiką. Szczerze - po tym koncercie niewiele w mojej głowie pozostało.
Drugim supportem był zespół Saturnus i tutaj od razu poziom poszedł w górę. Duńczycy weszli na scenę i od razu było wiadomo, kto jest szefem. Wokalista Thomas Akim Grønbæk Jensen elegancko przywitał się z nami łamaną polszczyzną "dobry wieczór Wrocław" i rozpoczęła się dobra zabawa. Saturnus to kapela ze sporym stażem i niebyt rozbudowaną dyskografią. Przez ponad 30 lat istnienia wydali zaledwie 5 albumów. Zespół dostał 45 minut czasu scenicznego, co wykorzystali do zagrania... 6 numerów. A skromna dyskografia pozwoliła wybrać po jednym utworze z każdej płyty. Jedynie album "Saturn in Ascension" dostał dwóch przedstawicieli. Muzycznie: bardzo fajny mix doomowego walcowania z death metalem. Dostaliśmy takiego "przekładańca": szybki numer/wolny numer. I to sprawdziło się wyśmienicie. Zaczęli rozbudowanym (ponad 11 minut) i dosyć spokojnym "The Storm Within", by szybko poprawić zwartym "Empty Handed", który na żywo zyskał na mocy. Kolejny numer to kolejna perełka - "Forest of Insomnia". Ponad dziesięć minut pięknie zagranego doom metalu - ależ tu są ciężary, melodie i emocje zawarte w tej muzyce! No klasa! Zostajemy na płycie "Saturn in Ascension" i szybka poprawka numerem "A Father's Providence". Ponownie bardziej zwarta forma i więcej ognia w tym graniu. Momentami pachnie tymi szybszymi kompozycjami od Moonspell (w szczególności od strony wokalnej) i nie jest to jakiś zarzut. No i w naszym "przekładańcu" czas na kolejną rozbudowaną kompozycję. "I Long" to kolejne 10+ minut pięknego grania. Emocje pod sam gwizdek, sporo melancholii i zawodzących gitar. Lubię to! Bez dwóch zdań - Saturnus umiejo w klimaty. Wstęp zakończył "Christ Goodbye" z debiutanckiego "Paradise Belongs to You" i trochę tutaj było czuć, że to jeszcze nie był do końca rozwinięty zespół jak w późniejszych latach. Ale numer jakiś zły nie jest, więc zakończenie tego koncertu bardzo dobre. To był mój drugi kontakt z tym zespołem na żywo i muszę przyznać, że po raz drugi zostawili bardzo dobre wrażenie. Bardziej do gustu przypadły mi te rozbudowane i bardziej klimatyczne numery. Z wielkim wyróżnieniem dla "Forest of Insomnia". Co ten kawałek zrobił mi w głowie, to nie mam pytań. Dużo dobrego zostawił też "I Long". Bardzo dobry to był koncert i chętnie zobaczę Saturnus po raz kolejny.
Najnowsza płyta Paradise Lost też zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie, bo to po prostu kapitalny album jest. A tak po prawdzie, to ostatnie krążki wywołały podobny efekt. Nie da się ukryć, że Brytyjczycy są w wyśmienitej formie kompozytorskiej, a koncertowo - to ja nie mam nic do zarzucenia. Od lat. Do tej pory widziałem ich 9 razy i za każdym razem byłem w pełni zadowolony. I z takim nastawieniem spokojnie oczekiwałem na początek koncertu. Punktualnie o 22:00 światła przygasły, odpalono intro, a muzycy powoli pojawiali się na scenie. Koncertową setlistę znałem, więc wiedziałem, że zaczynamy od utworu "Serpent on the Cross" z najnowszej płyty "Ascension". Początek krążka, jak i koncertu - piorunujący. Petarda na start? Lubię to! Muzycy od razu na wysokich obrotach, Aaron jak zwykle z wielkim uśmiechem od ucha o ucha. Nick raczej skupiony na swojej robocie, a Greg... uhhh... od początku trasy wygląda bardzo źle. Wychudzony i zabiedzony przeokrutnie, ale na scenie - energia i ogień na maksa. Nowy numer wszedł elegancko, a zespół już ciśnie z "Tragic Idol", szybko poprawiony stareńkim "True Belief" z 1993 roku. Piękny początek, prawda?
Czas na chwilę wytchnienia? Dla mnie tak, bo ja nie przepadam za "elektroPL", a zespół właśnie serwuje "One Second". Hiciarski ponad normę i doskonale przyjęty przez publikę. Aaron Aedy też zadowolony (on mega ma ubaw na tych "skocznych" numerach) i odwala jakieś "tańce". Kolejna pozycja jest jakby w nagrodę dla mnie, bo z mojej ukochanej płyty "Draconian Times". Tym bardziej, że wybór niezbyt oczywisty: "Once Solemn"! Mocno odkopany w zeszłym roku, bo wcześniej grany sporadycznie, pomijając czasy okołopremierowe albumu. Wspaniała sprawa! Kolejna pozycja to "Faith Divides Us - Death Unites Us" - bardzo dobry numer i lubię go posłuchać na żywo. Był stareńki "True Belief", to dokładamy do sekcji emeryckiej (hehe) "Pity the Sadness"... uuu... poszło gruzem mocno. Ale o to chodzi przecież. To tylko Paradise Lost na żywo: od elektro do ciężkich gitar. Nikogo to nie dziwi prawda?
Kolejna pozycja w setliście to ciary murowane na samą myśl o tym kawałku. Proszę Państwa: "Salvation". Wróć... "SALVATION!". Co ten numer robi mi w głowie, to nie mam pytań. Na płycie mnie rozwala, a na żywo to oczywiście sztos i petarda w jednym. Piękny klimat, piękna kompozycja, piękne emocje, pięknie to odegrali... i Paradise Lost są piękni. Nie mam pytań. Emocje tak wielkie, że średnio zarejestrowałem kolejny numer, którym był "Nothing Sacred". Niewielka strata, bo nie jest to mój ulubiony PL. Do normy wracam przy kolejnym przedstawicielu nowej płyty, którym był "Tyrants Serenade". Nie ma co się powtarzać - klasa! tym bardziej, że ten koncert pędzi bez opamiętania i lecimy z "Requiem". Ostatnio niezbyt często grany, więc przyjemnie było go posłuchać.
Zespół nakręcony na maksa, muzycy w doskonałej formie, nawet Nick pozwolił sobie na żart z piwem ("niezbyt często mam okazję się napić w poniedziałkowy wieczór"), a publika w swoim żywiole. Dosyć szybko pojawili się "pływacy" i skromnie liczebna ochrona miała co robić. Swoją drogą niezbyt sobie z tym wszystkim radzili i chyba tutaj ktoś "nie dowiózł" spodziewając się "spokojnego wieczoru z Paradise Lost". A tu niespodzianka. Ale wracamy na scenę, bo tutaj dwa ostatnie numery setu zasadniczego. Pierwszym z nich był również mocno odkopany "Mouth" z płyty "Believe in Nothing", a na deser hiciarski "Say Just Words" - tutaj publika poszalała na maksa!
Dosyć przedłużone oczekiwanie na bisy i wreszcie zespół w komplecie melduje się na scenie. Zaczynamy od troszkę zapomnianego "No Celebration" z płyty "Symbol of Life", by bez zwłoki odpalić "Ghosts" z pięknego albumu "Obsidian". Doskonale! No i czas na finał, którym była nowa kompozycja: "Silence Like the Grave", która stworzyła piękną klamrę z rozpoczynającym cały koncert utworem "Serpent on the Cross". Tym samym z płyty "Ascension" usłyszeliśmy cztery pierwsze numery. Zresztą cała setlista byłą bardzo fajnie ułożona. Wspomniane nowości, trochę staroci, był też numery rzadko grane, a i dla fanów elektroniki coś wpadło. To był mój 10 raz z Paradise Lost i po raz 10 wyszedłem w pełni zadowolony. Jasne, znam te głosy "krytyki", że zespół na scenie jest statyczny, że Nick burknie coś "trzy razy na krzyż", że wchodzą, grają i wychodzą... No właśnie, taki po prostu jest ten zespół i nic Pan nie zrobisz. Można się "złościć", że woda jest mokra. No tak jest i tyle. Ja to akceptuję w pełni, że Smutni Panowie z Halifax są tacy, a nie inni. Tu można zacytować "klasyka": "bo jakby byli inni, to by nie byli sobą"... Czy jakoś tak. Wyśmienity koncert, dużo dobrego poleciało ze sceny i tylko Greg martwi - oby to nie było nic poważnego. On sam się odniósł w mediach społecznościowych do zapytań zaniepokojonych fanów, że wszystko jest po kontrolą i ma odpowiednie wsparcie. I tego się trzymamy. A ja już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z Paradise Lost. Jak dobrze pójdzie to zobaczę ich latem na festiwalu Wacken Open Air.