|
 Wacken Open Air 2025 Wacken - 30.07-02.08.2025 r.
Wyjazd na tegoroczną edycję Wacken Open Air zaplanowaliśmy sobie tak samo jak rok temu. Ruszamy w poniedziałek (tym razem z samego rana) i dzięki temu mamy wtorek jako "Dzień 0", czyli relaks bez koncertów. Skład niezmienny (Igor, Michał i ja), droga znana na wylot (to już mój 19 wyjazd na ten festiwal!), więc nie pozostaje nic innego jak odliczanie kolejno spadających kilometrów do celu. Kawałek za Berlinem niemiła sytuacja, bo dosłownie 200 metrów przed nami wypadek i autostrada momentalnie została zablokowana. Musiało być dosyć groźnie, bo kilka zastępów straży podjechało, był również helikopter medyczny. Po prawie dwóch godzinach przymusowej przerwy pomału zaczęliśmy podjeżdżać. W miejscu wypadku 4 czy 5 samochodów rozbitych, ale chyba bez najgorszych konsekwencji. Takie sytuacje zawsze przypominają, że trzeba mega uważać na drogach, bo przyjemny w planach wyjazd może zakończyć się w każdej chwili. Dalsza podróż bez większych przygód i kilka godzin później meldujemy się w Check-In. Bez jakiejkolwiek kolejki odbieramy nasze opaski i możemy śmiało jechać na pole prasowe. A tutaj zabawa w organizowanie naszego obozowiska: rozbijanie namio... wróć! Wiadomo, że w zgodzie z uświęconą tradycją wackeńską zaczynamy od otwarcie piwa. No tak to się już utarło, że kolejny przyjazd na Wacken zaczynamy właśnie od piwa. Oczywiście o jakiejś imprezie nie ma mowy, bo jednak priorytetem jest ogarnięcie bazy. A to idzie szybko - raz-dwa i namioty z pełnym wyposażeniem stoją, daszek elegancko rozstawiony i można spokojnie zasiąść do... no wiadomo. Skoro mamy sporo wolnego to można sobie pofolgować i miło spędzić czas. Wtorek to pełen relaks, odwiedzamy miasteczko, jakieś stoiska, do tego więcej zwiedzania i ogólna sielanka.
środa: 12:00-13:00 Dogma
Spragnieni koncertowych wrażeń udajemy się pod Louder Stage, gdzie pierwszym koncertem dla nas będzie występ lekko enigmatycznej kapeli Dogma. Trochę głośno ostatnio o dziewczynach się zrobiło i festiwalowy koncert to wyśmienita okazja zobaczyć i posłuchać o czym to ludzie gadajo. No i rzeczywiście nie dziwne, że gadajo, bo dziewczyny na scenie mają intrygujący outfit przywodzący na myśl siostry zakonne. Ale tutaj to wszystko jest mocno erotyczne i zwracające uwagę. Mocne dekolty, spódnice z mocnymi wycięciami i "trupi" makijaż. Do tego dziewczyny dobrze korzystające ze swoich walorów wizualnych, więc oczywiste jest, że tu nie ma nic przypadkowego. Pozostaje pytanie, czy warstwa wizualna nie "przykrywa" niedociągnięć w tej (ważniejszej) muzycznej. No i to jest poprawna odpowiedź - muzycznie mówimy o dosyć przeciętnym (z fajnymi momentami) graniu. Szczerze mówiąc posłuchałem przez godzinę i w głowie pozostałymi tylko covery: "Like a Prayer" Madonny i zbitka fragmentów przeróżnych wykonawców. W tym medleyu cytowani byli między innymi: Ozzy. Black Sabbath, Metallica, Iron Maiden, Pantera, Megadeth, czy Slayer. Reszta numerów - ot do posłuchania, nawet przyjemne, ale bez większej rewelacji.
14:00-14:45 Warbringer
Prosto z Dogmy udaliśmy się pod scenę Wasteland, bo tam przylutować miała ekipa z Warbringer. Ta młoda (jak zdałoby się uważać) ekipa ma już ponad 20 lat (!) stażu i siedem studyjnych albumów w dorobku. Kurczę jak ten czas leci - wciąż gdzieś z tyłu głowy mam jak głośno zrobiło się o tym zespole. No ale nie ma co siedzieć w przeszłości i lecimy z tym thrash metalem. Amerykanów miałem przyjemność już widzieć na żywo (support przed Iced Earth w Zlinie, 2014 r.) i pozamiatali wtedy konkretnie. Spodziewałem się teraz tego samego i zasadniczo to dostałem. Warbringer to konkretnie naoliwiona thrash metalowa maszyna. Nie ma jakichś półśrodków, nie ma zlituj, czy innego "pół gwizdka". Od początku do końca konkretna chłosta. 45 minut wykorzystane na maksa. Ładnie trafili z pogodą, bo akurat solidnie się rozpadało i strugi wody wlewały się na scenę. Komuś to przeszkadzało? Totalnie nie. Muzycy to chyba nawet nie zarejestrowali tego deszczu. A poważnie to była konkretna, thrash metalowa robota. Robota na piątkę z plusem.
17:45-19:00 Apocalyptica
Apocalyptica - gdzieś tak w locie i przelocie, bo akurat to był czas zakupów koszulkowo-płytowych. Chłopaki nie kombinowali zbytnio z setem i zaserwowali "Plays Metallica by Four Cellos"... a nie, czekaj to było w 2017 roku. A teraz to zagrali same covery... zespołu Metallica. No to już wszystko wiecie o tym koncercie. Szczerze? Mnie to już znudziło lata temu, a i kilka razy widziałem ich na żywo. Fajnie było ich zobaczyć jeszcze w latach 90. (raz we Wrocławiu i raz jako support przed Metalliką), ale teraz to zupełnie nie mam tego elementu nowości. Jeśli chodzi o seta, to już wolę ten z coverami, niż jakieś autorskie propozycje. Przy klasykach przynajmniej można sobie nóżką potupać. I tak było i tym razem, wiadomo: "Master of Puppets", "Ride the Lightning", "For Whom the Bell Tolls", "The Four Horsemen", czy "Enter Sandman" i jest elegancko do posłuchania. W tle. A ponadto przecież poleciały jeszcze: "Blackened", "One", czy "Seek & Destroy" (gościnnie wiolonczelistka Tina Guo - słyszeliście jej grę w niejednym filmie, czy grze komputerowej). Koncert w porządku, ale mojej uwagi na maksa nie przyciągnął.
18:45-20:00 Tarja & Marko Hietala
Michał: Dawno nie było Nightwisha na Wacken. Nie jestem wielkim fanem tego zespołu, ale jeśli mam okazję zobaczyć ich na żywo na festiwalu - zawsze chętnie korzystam. Tym bardziej, że na przestrzeni lat grupa dołączyła do pierwszej ligi popularnego metalu - tak muzycznie jak i produkcyjnie. Organizatorzy jednak i w tym roku nie dali mi okazji do zobaczenia Finów aleeee... Okazało się, że koncerty dadzą dwie wokalistki - ta "oryginalna" i ta obecna. Z ciekawością wybrałem się na koncert Tarji, kuszony również chęcią zobaczenia jak wypadnie ona w duecie z równie "oryginalnym" basistą swojej dawnej kapeli. Koncert nie wyróżnił się niczym szczególnym - ot po prostu mniej lub bardziej znane hity odśpiewane w całkiem przyjemny sposób. Zaskoczeniem było dla mnie to, że podczas koncertu za gitarę basową ani razu nie chwycił Marco. Pojawił się na scenie w drugiej części występu i ograniczył się do wokalnego dopełniania show. Z drugiej strony dzięki temu miałem okazję obejrzeć jak na żywo sprawuje się Doug Wimbish - basowy Living Colour. Sam Hietala wyskoczył na scenę na totalnym luzie - dżinsy, t-shirt i rozpięta jeansowa koszula - ot koleś przechodził obok i postanowił wesprzeć koleżankę na scenie. Ciekawy to kontrast do wystudiowanych do ostatniego szczegółu występów Nightwish. Największy aplauz wzbudziły nieśmiertelne hity - "Wishmaster" oraz obowiązkowy "I Wish I Had an Angel" - wspólnie odśpiewane wraz z publicznością. Sądząc po reakcji ludzi wokół - nie tylko dla mnie była to przyjemna podróż sentymentalna, którą warto było przeżyć.
20:15-21:15 In The Woods
Michał: Mam ostatnio taką przypadłość, że co mi ktoś poleci jakiś zespół, to mam niedługo potem posłuchać go na żywo na Wacken. Tak właśnie było z tegorocznym koncertem In The Woods. Panowie okupowali mała scenę zlokalizowaną w wiosce wikingów, będącej od lat stałym elementem festiwalu. Cóż to był za koncert... Obecny wokalista udowodnił, że na żywo - równie sprawnie jak na płytach - z łatwością przychodzi mu przechodzenie z czystych partii wokalnych w głębokie growle. Partie gitar zdradzały blackowy korzeń ich muzyki, bas natomiast gniótł trzewia. Oj potrafią Skandynawowie w metal, oj potrafią. Okazało się, że koncert jest pierwszym występem nowego klawiszowca, który bardziej wyglądał jak muzyk kapeli weselnej (przetarte jasne jeansy, obcisły t-shirt) niż parapetowy w norweskiej kapeli. Nie przeszkadzało to jednak w bardzo dobrym wykonywaniu swojej roboty i świetnym kontakcie z publicznością. Jedyny zarzut jaki mam to ten kierowany w stronę bębniarza. Nie wiem czy to sprawa nagłośnienia, czy aranżacji partii perkusji, ale momentami miałem wrażenie, że panuje w nich straszliwy bałagan. Odniosłem też wrażenie, że nie zawsze było równo - zresztą porozumiewawcze spojrzenia muzyków zdawały się to potwierdzać. A może to tylko subiektywne odczucie? Sam nie wiem - coś mi w tych bębnach momentami zgrzytało. Panowie zaprezentowali raptem 6 utworów, z czego połowę z ostatniego albumu "Otra", którego zdecydowanie warto posłuchać! Ja wróciłem do niego dość szybko po niedosycie, jaki pozostawił po sobie ten gig!
23:00-00:00 3 Inches of Blood
Ostatnim koncertem środy była godzinka z 3 Inches of Blood. Zespół w 2015 roku ogłosił zawieszenie działalności i dwa lata temu wrócili do świata żywych. Bardzo mnie ta informacja ucieszyła, bo mam jakąś słabość do tej kapeli. Lubię ich płyty (mam 4 z pięciu), a koncertowo też miałem przyjemność ich zobaczyć. Raz festiwalowo (Wacken 2008) i raz w klubie (2012 i katowicki Megaklub) jako support przed Overkill. Obie te sztuki wspominam bardzo dobrze i liczyłem na trzeci fajny koncert. I zasadniczo się nie zawiodłem. Chłopaki wyszli na scenę i od razu dupnęli "Upon the Boiling Sea I: Fear on the Bridge" - krótko i na temat. Od razu rzuciła mi się w oczy spora energia muzyków i maksymalne zaangażowanie. Nie przeszkadzało im to, że grali na dość małej scenie (Wasteland) i również nic sobie nie robili ze sporego deszczu, który akurat im się wylosował. Strugi deszczu zalewające scenę, a na niej grzejąca na maksa kapela - ma to swój klimat, szczególnie wieczorową porą. Inches of Blood dostali godzinę czasu antenowego i doskonale go wykorzystali. Zaserwowali pięć numerów z płyty "Fire Up the Blades" i to była doskonała opcja. Po dwa numery zagrali z płyt "Advance and Vanquish" i "Here Waits Thy Doom" i jeden rodzynek z debiutu, czyli "Battlecry Under a Wintersun". A właśnie debiut - to jedyna płyta której nie posiadam. Muzycznie uczta, na scenie pełno energii i zaangażowania: tutaj w głównej roli wokalista Cam Pipes, który nieźle nakręcał publikę. Ogólnie - spore zadowolenie z tego koncertu i dopisuję go do tych dwóch wcześniejszych. Z adnotacją: bdb. No i oczywiście nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z 3IoB, bo niedosyt jakiś tam jest.
 I to był ostatni akcent pierwszego dnia festiwalu. Pomału wracamy na nasze pole prasowe, pogoda mocno kapryśna przez cały dzień, a pod wieczór to dosyć sporo deszczu. Plany na czwartek niezbyt ambitne, więc zapowiadał się spokojny dzień.
czwartek: 17:30-18:30 Grave Digger
Grave Digger świętuje w tym roku 45 lat istnienia i pod takim szyldem ruszyli w trasę. Koncert na Wacken wydawał się okazją na jakieś specjalne widowisko, bo jakby nie patrzeć to idealne miejsce na jakąś większą celebrację. Kilka takich fajnie zrobionych koncertów rocznicowych na tym festiwalu już widziałem. Czy i tym razem "Kopidołek" stanął na wysokości zadania? Niestety - totalnie nie. Nie było specjalnej oprawy, nie było wymyślnej setlisty, czy zaproszonych gości. No z tym ostatnim to honor uratował Uwe Lulis (były gitarzysta), który wyskoczył na dwa numery: "Excalibur" i "Rebellion (The Clans Are Marching)". Nie powiem, miło było zobaczyć Uwe na scenie. W "Rebellion" dodatkowym wokalistą został Jemiro, syn Chrisa Boltendahla - szczerze: młodzian szału nie zrobił. Fakt, dwoił się i troił na scenie, ale mocy w głosie i charyzmy po ojcu póki co nie ma. A co poza tym? No zwykły koncert Grave Digger. Na plus zagranie "Twilight of the Gods" i "Valhalla" z płyty "Rheingold", "The Dark of the Sun" z "Tunes of War" i dwóch wcześniej wspomnianych numerów z gośćmi. Na koniec oczywiście sztandarowy "Heavy Metal Breakdown" i tyle z tego świętowania. Poprawny koncert.
18:45-20:15 Michael Schenker
Na konferencji prasowej na kilka godzin przed swoim koncertem Michael Schenker był w doskonałym nastroju i ochoczo odpowiadał na pytania prowadzącego, a następnie na te zadawane z sali. Te drugie to często jakieś banały i pierdoły, ale tym razem jeden z pytających rozwalił system. Jego pytaniem była prośba o... autograf na vinylu i wspólną fotkę. Gitarzysta ze sporym rozbawieniem stwierdził "no jasne!" i fan dostał to o co prosił. A z konkretów? W pierwszej części Michael zapowiedział nową płytę, pokazał okładkę i tajemniczo dodał, że za kilka godzin coś nowego usłyszymy podczas koncertu. Po konferencji Michael szybko został ogarnięty na scenie przez organizatorów i było wiadomo, że o wspólnych fotkach nie ma mowy. Ale ja przewidziałem ten ruch i zanim wszyscy zdążyli zebrać się do wyjścia, to ja stanąłem sobie na "ścieżce" którą musieli przejść. Kilka osób zrobiło to samo, ale ja roztropnie przeszedłem (jako jedyny) na "drugą stronę" zakładając, że i tak z fotek i autografów nici. I moja czutka była dobra, bo od tego tłumku organizatorzy zrobili mini szpaler, a ja sobie sam zostałem. I dzięki temu wpadła wspólna fota z Panem Schenkerem. Brawo ja. A sam koncert? Praktycznie taki sam jak ten z Krakowa w kwietniu. Setlista kosmetycznie zmieniona, najbardziej podeszły mi te same numery ("Doctor Doctor" i "Lights Out"), ale klimat zupełnie inny. W Kwadracie było bardzo intymnie, bo stałem dosłownie przed gitarzystą, więc miałem go w zasięgu ręki. Na festiwalu dystans olbrzymi i to już inny odbiór. Ale koncert dobry, albo i bardzo dobry. Fakt, moją percepcję ciut zakłóca ten kwietniowy. Ale z wielką przyjemnością wysłuchałem tych numerów UFO. Podczas "Mother Mary" na scenę wyskoczył Slash i to była fajna niespodzianka. No i na sam koniec Michael dotrzymał słowa z konferencji prasowej i zespół zaprezentował nowy numer: "Don't Sell Your Soul". Fajny koncert i fajne wspomnienia.
20:30-00:00 Guns N' Roses
Nie ukrywam, że do zespołu Guns N' Roses mam spory sentyment. Pamiętam jak dziś - w latach 90. ich filmowe klipy ("November Rain", "Don't Cry", czy "Estranged") robiły furorę na MTv. O każdej porze dnia i nocy można było być pewnym, że "za chwilkę" wyskoczy jakiś teledysk GNR. Pierwsze trzy płyty zresztą do dzisiaj lubię sobie raz na jakiś czas przesłuchać. Gdzieś to ich lżejsze granie mi podpasowało i nic z tym nie zrobię. Historia upadków, wzlotów, powrotów i dojścia do stanu obecnego jest ogólnie znana, ale jakoś mnie to już niezbyt "jarało". Miałem ciągle myśl, że fajnie byłoby Gunsów zobaczyć na żywo, ot tak z sentymentu, ale jakoś nigdy mi się nie składało wybrać na któryś z polskich koncertów. No ale wreszcie i nareszcie ten zespół został zaproszony na Wacken Open Air i mogłem zrealizować tą "zaległość". Gunsi byli największym zespołem na tym festiwalu - dostali 3,5h czasu antenowego. W festiwalowej rozpisce ich slot to 20:30-00:00 i zastanawiałem się, ile z tego czasu rzeczywiście wykorzystają. Oczywiście wiedziałem i miałem świadomość tego, że ich koncerty potrafią trwać ponad 3h i w zasadzie tego się spodziewałem. Finalnie zespół dowiózł 3 godziny i 15 minut grania bez większej przerwy.
Instrumentalnie tu zgadzało się wszystko - nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Wokalnie - no tutaj to już bywało różnie. Axl ma mocno zniszczony głos i nie do końca nad nim panuje. Potrafi w jednym refrenie, czy zwrotce przejść ze swojego spoko niskiego głosu w rejestry przypominające... Myszkę Miki. I tej drugiej wersji strasznie się słuchało. Zdarzyło się w takim "Yesterdays", że cały numer był tym fatalnym głosem zaśpiewany. Ale były i wokalne konkrety jak choćby w "Knockin' on Heaven's Door", czy innym "Estranged". Takich sporych wpadek było kilka, ale na szczęście większa część koncertu była od poprawnie do dobrze, a nawet kilka razy wjechało na poziom świetnie. Pomijam drobiazgi, gdy tryb MM pojawiał się w krótkich momentach.
 Ale to detale i szczerze mówiąc dla mnie większą wartością było usłyszenie tych numerów na żywo. "Tych" - znaczy się z 3 pierwszych płyt. I tutaj "dostałem to, com chciał". Było "November Rain" (solo!), "Civil War", "Live and Let Die", "You Could Be Mine" (petarda), "Estranged", "Coma" (piękny numer), "Knockin' on Heaven's Door", "Sweet Child o' Mine", "Nightrain", "Paradise City", "Rocket Queen", czy "Welcome to the Jungle". Były zagrane też "Never Say Die" i "Sabbath Bloody Sabbath" z dedykacją dla Wiadomo Kogo. Piękny, sentymentalny koncert dla mnie i cieszę się, że w końcu udało mi się zobaczyć Guns N' Roses na żywo. No i wielki szacun dla muzyków za te 3 godziny z kwadransem. Cisnąć tak długi koncert bez jakiejkolwiek przerwy - imponujące!
Powrót na pole prasowe był nie lada wyzwaniem, bo sporo ludzi miało ten sam pomysł, więc odpuszczam czekanie na autobus i decyduje się na spacer. Po tych ponad trzech godzinach stania w miejscu na ostatnim koncercie to zdecydowanie dobry pomysł. A w bazie dobre nastroje i bojowe nastawienie na kolejny dzień.
piątek: 15:00-15:45 Drowning Pool
Coraz częściej organizatorzy WOA zapraszają na wydarzenie zespoły, które kiedyś tworzyły niechlubny "nu-metal" a dziś są piękną sentymentalną podróżą w czasy wczesnego nastolactwa, dla millenialsów podobnych mnie. W tym roku jednym z tych zespołów był Drowning Pool. Przyznam szczerze poszedłem na ten koncert z ciekawości nie znając dyskografii czy choćby któregokolwiek albumu zespołu. Pamiętałem, jak na niemieckich stacjach muzycznych latał teledysk do utworu "Tear Away", kojarzyłem hit "Let the Bodies Hit the Floor" i... tyle. Panowie zaserwowali solidnego kopa łącząc nu-metal z momentami zdecydowanie ostrzejszymi brzmieniami wpadającymi w thrash czy nawet death. Wokalista od razu zjednał sobie publiczność, która rozgrzewała się z minuty na minutę, aby w kulminacyjnym momencie rzeczywiście uderzyć ciałami o ziemię (heh). Na pojedynczy koncert Amerykanów pewnie nigdy był nie trafił. Wacken dało mi możliwość posłuchania, jak na żywo brzmi zespół, który kiedyś, za dzieciaka wydawał się mega ostrym i ciężkim. Dobre doświadczenie!
15:30-16:30 Forbidden
Reaktywowany w 2023 roku zespół Forbidden to była nie lada gratka dla mnie. Zespół ma dosyć niestabilną historię: na 40 lat istnienia (w tym roku jubileusz) aż 24 w stanie zawieszenia. Oczywiście nie miałem okazji ich jeszcze na żywo zobaczyć, więc ten wackeński występ był dla mnie z cyklu "must see". Scena Louder, więc ta ciut mniejsza niż te dwie najważniejsze, godzina 15:30 i plan był prosty - barierka musi być. Ale to na spokojnie, wystarczyło być 20 minut wcześniej i pierwszy rząd gwarantowany. Zastanawiałem się, co też zespół nam w seta wrzuci. Wyboru specjalnie dużego nie ma bo w dyskografii mamy: 4 stare płyty ("Forbidden Evil" z 1988, "Twisted into Form" z 1990, "Distortion" 1994 i "Green" z 1997) i "Omega Wave" z 2010. Jest też nowy utwór z lata 2025 o tytule "Divided by Zero". Fani najbardziej cenią te dwa pierwsze wydawnictwa i tą drogą też poszedł zespół. Zagrali sprawiedliwie po 4 numery z tych krążków. A dokładnie to: "Chalice of Blood", "Forbidden Evil", "March into Fire" i "Through Eyes of Glass" z debiutu, oraz: "Infinite", "Out of Body (Out of Mind)", "Step by Step" i "Twisted into Form" z "dwójeczki". Po drodze wpadł nowy numer singlowy i jak dla mnie taki set to był niezły sztosik. Na żywo Forbidden to konkretna thrash metalowa robota. Zero ściemy ino konkretna luta. A najfajniejsze, że muzycy na scenie kapitalnie się bawią (i to nie tylko ci najmłodsi stażem) i ta energia udziela się publice. Jak dla mnie kapitalny koncert i cieszę się, że mam Forbidden odhaczone na żywo.
16:00-16:45 Wednesday13
Michał: Wiedziałem, że grupa gra horror punka. To wystarczyło mi za rekomendację, aby stanąć niedaleko sceny i z ciekawością posłuchać co zespół ma do zaoferowania. Wszak jestem wielkim miłośnikiem "nietoperzowej" subkultury - horror punka, death rocka i im pochodnych. Oj jakże się srogo zawiodłem... Od pierwszych nut odniosłem wrażenie okropnej miałkości tego co serwuje zespół. Ciężko mi to porównać do czegokolwiek - bieda Marilyn Manson? Hmmm chyba tak najłatwiej opisać to zjawisko. Nie, nie i jeszcze raz nie! Z horror punka panowie wzięli co najwyżej wygląd i przebieranki. Autentyzmu w tym - jak dla mnie - za grosz! Z taką właśnie myślą po aż trzech utworach postanowiłem dać sobie spokój i ruszyć w stronę sceny Louder, gdzie już instalował się pewien Brazylijczyk ze swoją rodzinką.
17:00-17:45 Angel Witch
Angel Witch to brytyjscy weterani NWOBHM, czy też heavy metalu. Zaczynali w końcówce lat 70., ale jakoś nigdy nie przebili się na szerokie wody. Brak stabilności, częste przerwy w działalności i potężny potencjał gdzieś się po drodze rozmył. Debiut "Angel Witch z 1980 roku, to przecież sztos nieprzeciętny. Dwójeczka "Screamin' n' Bleedin'" też robotę robi. Niestety później już tak kolorowo nie było. Życie. Ogłoszenie tego zespołu na Wacken sprawiło mi sporą frajdę, gdyż nie udało mi się ich wcześniej zobaczyć. W Polsce z tego co pamiętam to grali raz (w okolicach 2017 roku), ale na tym koncercie nie byłem. A tutaj sprawa prosta - melduje się na barierce i zabawa na całego. No i tak było, od początku do samego końca. Zbyt długo to nie trwało, bo zespół dostał ino 45 minut, ale wykorzystał je perfekcyjnie. Rozpoczęli od debiutu i tu padło na "Atlantis" (konkret!), szybko przeszliśmy do najnowszej płyty ("Angel of Light" z 2017) i kawałka "Death from Andromeda". Tu już było więcej grania, bo numer trwa ponad 6 minut. Trzecią kompozycją to opener płyty "As Above, So Below": "Dead Sea Scrolls" (6 minut!), więc zacząłem się ciutkę "martwić", że tych staroci za wiele to nie będzie. Ale moja rozkminka była zbyteczna i totalnie niepotrzebna. Kevin Heybourne wie co tygryski lubią najbardziej i wylał miodek na moje serducho: "White Witch", "Sorceress", "Dr. Phibes", "Angel of Death" i oczywiście "Angel Witch". Dziękuję, dobranoc, można się rozejść. No rozdupili tą końcówką na całego. Ależ to była dla mnie uczta. Pięknie pograne, wspaniała energia i sporo konkretu. Kurde bele, dawać na jakiś koncert do klubu i napierać z tymi starociami. Nie ma zmiłuj! A serio to bardzo piękny koncert i cieszę się, że miałem okazję go zaliczyć.
17:15-18:15 Nailbomb
Michał: Powiedzmy to sobie od razu - był to jeden z koncertów festiwalu. Nie zapraszam do dyskusji. Oczywiście możemy narzekać, że to trup reaktywowany przez Maxa, że brakuje oryginalnego składu itd. ale... to była jedna z niewielu okazji, aby posłuchać na żywo pożogi, jaką serwują nam muzycy. W składzie ludzie, którzy wiekowo mogliby być lub - po prostu są - dziećmi Maxa. To zdecydowany plus! Młodzieńczy wkurw na cały świat, zaraźliwa energia i punkowy rozpierdol powodowały, że "nóżka (a raczej główka!) sama chodziła"! Ciekawe wrażenie robiła drobniutka basistka - niższa, zdawało się niż gryf jej gitary. Cóż jednak z tego, kiedy kładła takie partie, że ciężko było oderwać ucho od niskich częstotliwości. Max - w wyśmienitej formie wokalnej, uśmiechnięty - kurczę, było widać, że ten występ daje mu dużo frajdy. Już kiedyś pisałem w relacji z Wacken, że są koncerty, które zabierają mnie emocjonalnie, w których się zatracam. To był jeden z tych koncertów. Grupa zaprezentowała niemal w całości kultowy album "Point Blank" wzbogacając setlistę o klasyka "Police Truck" z repertuaru Dead Kennedys, udowadniając tym samym swoje punkowe inklinacje. Punk, thrash metal, stawianie się po stronie słabszych, kipiące emocje, bunt, wkurw - proszę Państwa oto Nailbomb w koncertowym wydaniu.
17:30-18:45 Krokus
Szwajcarski Krokus powstał w 1975 roku, więc łatwo policzy, że ekipie stuknęła równa "50". Bardzo imponujący wiek, prawda? Dodajmy do tego, że piątka muzyków ma staż 40+, a jedynie perkusista pod tym względem "odstaje", bo dołączył o zespołu w 2013 roku. Przyznam się bez bicia i lżejszych tortur, że ta kapela nigdy nie wpadła do mojej bańki zainteresowania. Ot nazwa gdzieś się przewijała, jakieś pojedyncze numery są mi znane, ale żeby coś więcej? No jakoś się nie złożyło. Wackeński występ też nie był w mojej rozpisce "konieczne do zobaczenia", a w dodatku pokrywał się przez kwadrans z Angel Witch i końcówką Nailbomb. No i tak sobie maszerowałem z koncertu tych pierwszych, na występ tych drugich... i w oddali usłyszałem numer grany przez Krokus. "Fajne to nawet" pomyślałem i z każdym kolejnym krokiem utrzymywałem się w tym przekonaniu. "Pewno jakiś hicior, to posłucham do końca". Numer do końca był fajny więc pomyślałem, że posłucham jeszcze jednego, a jak nie siądzie to pędzę na Maxa Cavalerę i jego Nailbomb. No i nic z tego nie wyszło, w sensie Nailbomb. Krokus do końca grał intrygująco i przesłuchałem ich koncert do końca. Jestem pod wrażeniem jak to fajnie siadło - zero geriatrii, sporo energii i mnóstwo dobrej zabawy. Też nie znacie muzyki tego zespołu - to spróbujcie sobie wyobrazić połączenie instrumentów z Saxon z wokalem w stylu Dirkschneidera. No kurczę, ależ to była dla mnie muzyczna niespodzianka. Zespół postawił na numery z lat 80. i to najwyraźniej siadło idealnie. Gdzieś w wolnej chwili zasiądę do któregoś z tych granych albumów, bo jestem ciekawy, czy studyjnie też tak przyjemnie jest. Ino szkoda tego Nailbomb, ale tu na szczęście Michał był obecny.
19:00-20:00 Fear Factory
Zatęskniłem za Fear Factory bardzo mocno, gdyż poprzedni raz widziałem ich w 2013 roku (również na Wacken). A wcześniej nasze spotkania były dosyć regularne: dwa razy w 2006 (Wacken i HunterFest), 2010 (Wacken), 2012 (Poznań), no i później to wszystko się urwało. Ucieszyłem się bardzo na wieść o tym, że FF zagra na Wacken, ale mój entuzjazm został lekko przygaszony. Dlaczego? Ano dlatego, bo zespół zaplanował celebrację płyty "Demanufacture". Po takiej przerwie wolałbym bardziej przekrojowego seta, no ale przecież nic się na to nie poradzi. W dodatku trzeba pamiętać, że w 2020 roku zespół w niefajnych okolicznościach opuścił wokalista Burton C. Bell, który to przecież był w zespole od początku. Jego zastępcą został Milo Silvestro. FF na żywo jeńców nie bierze i byłem przekonany, że tak samo będzie w ten piątkowy wieczór. Dostali godzinkę i oczywiście odegrali w całości album "Demanufacture", który skończył właśnie 30 latek. Nie jest to mój ulubiony album tego zespołu, więc podszedłem do tego koncertu bardzo na spokojnie. Początek jak zawsze urywający dupę ("Demanufacture", "Self Bias Resistor", "Zero Signal", "Replica" (sztos!), ale później już troszkę zaczęło mi się nużyć. Nowy głos dosyć w porządku, ale ja jednak przyzwyczajony jestem, że na scenie skacze i się drze Bell. W związku z tym - w połowie ewakuowałem się na koncert pewnego niemieckiego wokalisty, który już trwał.
19:00-20:30 Dirkschneider
Pamiętacie jak U.D.O. pod szyldem Dirkschneider pojechał w długaśną trasę "Back to the Roots", żeby po raz ostatni zagrać utwory Accept i w ten sposób pożegnać się z fanami? No rok później powrócił z drugą częścią tej trasy, no bo "wicie, rozumicie" ludziska tego chcą. No dobrze, poszły koncertówki i człowiek był zadowolony. Później jakieś pojedyncze sztuki festiwalowe wpadały - na przykład Wacken Open Air 2022 i niby wszystko ok, aż do 2025 roku. W tym roku przypada 40 rocznica płyty "Balls to te Wall" i Pan Udo postanowił skonsumować ten fakt... trasą koncertową. "Balls to the Wall 40th Anniversary Tour" to oczywiście wiadoma płyta odegrana w całości, oraz 6 klassikierów z dyskografii Accept. Zaczynamy z grubej rury, bo "Fast as a Shark", następnie "Living for Tonite" i "Midnight Mover". Teraz czas na cały album, a kończymy "Princess of te Dawn", "Up to the Limit" i "Burning". A podczas "Winterdreams" na scenie gościnnie Doro Pesch i ta ballada całkiem fajnie wyszła. A nam tak to wyszło, że Udo to trochę "kłamczuszek", no ale ja to oczywiście w kategorii żartu używam. Ma chłop moc, niech gra to na co ma ochotę. Tym bardziej, że teraz na basie gra w zespole przecież Peter Baltes, a to już wartość dodana do numerów Accept. Przemilczymy tym samym fakt ilości "prawdziwków" w tych dwóch zespołach. A serio to mi te numery jak zawsze sprawiają frajdę i dają dużo radości. Czy to w wykonaniu Accept, czy też byłego wokalisty. A tutaj miałem piękną klamrę w postaci ukochanego kawałka "Head Over Heels" - na swoim pierwszym Wacken (2005!) grał Accept z Udo na wokalu i do dzisiaj pamiętam ciarrry podczas tego kawałka. Milutko było sobie odświeżyć to wrażenie po tylu latach i w tym samym miejscu.
 20:00 - 21:00 Orange Goblin
Michał: Kiedyś, dawno temu miałem krótką przygodę z tym zespołem. Pamiętam, że ujął mnie wówczas ciężar muzyczny tego co Panowie serwują. Ani człowiek się obejrzał, a tu już ogłosili pożegnalną trasę i zakończenie działalności. Cholera - pomyślałem - warto zatem chociaż raz zobaczyć ich na żywo. Nie żałuję! Od pierwszych nut zrozumiałem, dlaczego w pewnych kręgach zespół ma status kultowego. Brzmienie powalało, muzycy serwowali kolejne kompozycje z uśmiechami na twarzach, a nad wszystkim unosił się nieśmiertelny duch Black Sabbath! Gdzieniegdzie dało się też wyczuć "zielonkawy", kwaśny dym... Jak to często w życiu bywa - wszystko co dobre szybko się kończy. Mi pozostanie żałować, że nie zapoznałem się wcześniej z dyskografią grupy. O ironio - teraz pozostaną mi tylko albumy. No chyba, że kapela jednak ogłosi za jakiś czas reunion - wówczas chętnie wybiorę się na ich klubowy koncert!
21:15-22:15 UK Subs
Michał: Zastanawiacie się czasem co chcielibyście robić po osiemdziesiątym roku życia? Ja na przykład chciałbym mieć tyle energii co Charlie Harper - osiemdziesięciojednoletni wokalista UK Subs. Jak wspomniałem gdzieś wcześniej - lubię punka, nie mogłem więc odpuścić na najsłynniejszym festiwalu metalowym na świecie występu punkrockowej legendy z wysp brytyjskich. Koncert odbywał się na jednej z "małych" scen (cudzysłów tylko dlatego, że ta "mała" scena jest większa niż niejedna "duża" na wielu festach). Ciekawostką jest fakt, że aby zapowiedzieć koncert, pofatygował się tutaj sam szef wszystkich szefów - Thomas Jensen. Opowiedział nam przy okazji, że UK Subs byli jednym z pierwszych o ile nie pierwszym zespołem, który widział na żywo w swoim życiu. Oczywiście możemy narzekać, że muzyka serwowana przez Charliego i spółkę jest dość generyczna, by nie powiedzieć - przestarzała. To, co kiedyś szokowało, dziś jest po prostu pamiątką po dawnym buncie. Niemniej jednak koncert okazał się energetycznym, pełnym ciekawych momentów show. Wspomniany wokalista nie ograniczył się do tkwienia za mikrofonem - wszędzie było go pełno (oczywiście na tyle, na ile pozwalał mu jego wiek), a przy tym wszystkim śpiewał naprawdę dobrze! Dodam tylko, że utworów zaśpiewał... aż 20! Zastanawiam się, jakim szokiem musiał być występ tego zespołu, w 1983 roku w Polsce, gdy u ich boku prezentowała się Republika. Jeśli dziś zabrzmieli z werwą to wtedy musiał to być niezły szok kulturowy. Cóż, cieszę się, że dane mi było zobaczyć Brytyjczyków na żywo!
22:30-00:00 Dimmu Borgir
Pierwszy kontakt z zespołem Dimmu Borgir miałem w okolicy premiery płyty "Enthrone Darkness Triumphant". Teledysk do utworu "Mourning Palace" zrobił na mnie spore wrażenie, podobnie jak i cała płyta. Później był pierwszy koncert w katowickim Spodku (1998 rok) i kolejna płyta "Spiritual Black Dimensions", która już mi tak nie siadła. Po drodze jeszcze wpadła EP'ka "Godless Savage Garden". Następne albumy Norwegów zupełnie do mnie nie trafiały i w zasadzie nasza przyjaźń szybko się zakończyła. Kilka raz później widziałem Dimmu na żywo (najczęściej jak grali na Wacken), oraz raz przed Kreatorem w Warszawie (2018). Te wszystkie koncerty były całkiem w porządku, ale moje odczucia co do tego zespołu się nie zmieniały. W tym roku na Wacken Dimmu zaproponował bardzo przekrojowy set, bo dostaliśmy numery z 9 wydawnictw. No i powiem Wam, że jak przeważnie w połowie ich koncertu zaczynałem odczuwać lekkie znużenie, tak tym razem było zgoła odwrotnie. Niesamowicie mi ten koncert podpasował. No po prostu zgadzało mi się w nim wszystko. Setlista, światła (sztos), pirotechnika. Do tego dźwięk petarda i muzycy jacyś tacy nabuzowani pozytywną energią. Oglądałem i słuchałem tego wszystkiego ze sporym zaskoczeniem, bo tak elegancko wszystko mi wchodziło. Spodziewałem się, że pewno w połowię tego występu dam sobie na wstrzymanie, a tutaj taka niespodzianka. Oczywiście "Mourning Palace" (zagrany na sam koniec) to wisienka na tym torcie, ale i wcześniej dobrocie były: "In Death's Embrace", długaśny "The Insight and the Catharsis", czy "Moonchild Domain". No siadło to wszystko elegancko i co Pan poradzisz? No nic. Czy po tym koncercie zacząłem nadrabiać braki w znajomości dyskografii Dimmu Borgir? No właśnie nie, bo jakby to powiedzieć: nasz stosunki wciąż utrzymują się w strefie chłodu.
I tak wyglądał nasz piątek na Wacken Open Air. Przedostatni dzień tej imprezy. Zmęczonko pomału upomina się o swoje, no ale wiadomo - nie ma lekko. Po słonecznym czwartku trochę deszczu zaliczyliśmy, a prognoza na sobotę jest jeszcze gorsza. No ale kto by się tym przejmował.
sobota: 15:15-16:15 Floor Jansen
Michał: Obecna wokalistka najsłynniejszego chyba obecnie fińskiego zespołu po raz pierwszy miała okazję zaprezentować się solowo na wackenskiej scenie. Byłem ciekaw jak zabrzmi w zestawieniu z Tarją, która zagrała w środę. Przy okazji - szkoda, że organizatorzy nie pokusili się o ściągnięcie na Festiwal Anette Olzon - moglibyśmy wówczas dostać pełen przekrój wokalistek Tuomasa Holopainena. Artystka potwierdziła tym występem, że nie wypadała sroce spod ogona. Zaprezentowała dość przekrojowy materiał - od solowego, popowego utworu (który jednak - jak sama zauważyła - został przearanżowany na potrzebę festiwalu, na bardziej gitarową wersję), przez utwory macierzystej kapeli aż po smaczki z repertuaru After Forever. Podobnie jak w przypadku występu Tarji, tak i Floor zebrała grupę solidnych muzyków, wśród których wyróżniała się urocza basistka, udzielająca się też w chórkach. Szczerze powiedziawszy liczyłem po cichu, że może i tym razem na scenie pojawi się niespodziewanie Marco, byłoby pięknie. Nic takiego jednak się nie stało - a szkoda. Wszak Wacken to piękne miejsce do tego typu niespodzianek dla fanów - co potwierdził Michael Schenker zapraszając na scenę Slasha. Byłem ciekaw które z "klasycznych" utworów Nightwisha wybrzmią podczas gigu. Okazało się, że wokalistka postawiła na "Nemo". Z innych utworów tego zespołu wybrzmiał m.in. lubiany przeze mnie "Amanarth". Drodzy organizatorzy, skoro już ogłaszacie tak duże nazwy na 2026 rok, to może i znajdzie się raz miejsce w lineupie dla Floor - tym razem z całym zespołem?
16:30-17:30 Mastodon
Michał: Jest to zespół, którymi wielu się zachwyca, a który dotąd totalnie do mnie nie trafiał. Miałem nadzieję, że na żywo zostanę "kupiony" - jak to często wcześniej bywało w innych przypadkach. Pomyliłem się... Pewnie dla fanów zbrodnią będzie to co napiszę ale ten koncert był po prostu... nudny! Mam wrażenie, że muzyka proponowana przez amerykanów jest zbyt skomplikowana a duże festiwale nie są dobrym środowiskiem do jej poznawania. Myślę, że zupełnie inaczej odebrałbym to granie w okolicznościach klubowych. Tutaj - po paru kawałkach po prostu poszedłem odpocząć. Oddając sprawiedliwość zespołowi - był to już ostatni dzień festiwalowego maratonu, zmęczenie robiło swoje a i przebodźcowanie dawało mi się we znaki. Tak czy inaczej - od ciekawości na początku dość szybko przeszedłem w stan obojętności i ewakuowałem się na chwilę do namiotu prasowego.
17:45-19:00 W.A.S.P.
Blackie Lawless i jego W.A.S.P. ruszyli w sporą trasę koncertową o nazwie "Album One Alive". Jak można łatwo się domyślić - gramy debiut i dobrze się przy tym bawimy. No i tak ten koncert w skrócie wyglądał. Intro i jedziemy z hiciarskim "I Wanna Be Somebody" i aż szkoda, że tak dobry numer poszedł na start. Sam Blackie w trakcie występu mówił, że to dla niego niezbyt komfortowa sytuacja, bo przez lata przyzwyczaił się, że ten kawałek gra pod koniec sztuki. I nawet miał małe spięcie przed trasą z managerem na ten temat. No ale koniec końców debiut poleciał jak należy: od A do Z. Po tych 10 numerach krótka przerwa i zespół wrócił z "The Real Me", "Forever Free" i świetny "The Headless Children". A na deser wpadły "Wild Child" i "Blind in Texas". Bardzo przyjemny set i przyznaję, że bawiłem się wybornie. Zapytacie pewno jak tam wokalnie było? No było. Nie najgorzej nawet. Refreny leciały z taśmy i Blackie nawet się z tym nie krył, bo w niektórych kawałkach bezceremonialnie odchodził od mikrofonu. A w głośnikach leciały backtracki jego wokalu. Czy cały koncert był z taśmy? Chyba nie, bo jednak było słychać, że wokalista coś tam od siebie śpiewa. Wsparcie z taśmy też było. A i telebimy były włączone, bo słyszałem teorię po Mystic Festival, że tam były wyłączone, żeby nie było widać playbacku. Muzycznie natomiast wszystko się zgadzało i to był fajny koncert.
19:00-20:00 Obituary
Michał: O ile Mastodon mnie znudził, o tyle późniejsze show klasyków śmierć metalu podniosło mi skutecznie ciśnienie oraz przywróciło siły. Czy spodziewałem się pierdolnięcia? Tak. Czy je dostałem? OWSZEM! I było mi z tego powodu baaaardzo dobrze! Oczywiście muzycy nie zaskoczyli nas niczym niesamowitym. Ale też chyba nikt tego od nich nie oczekiwał, prawda? Idąc na koncert Obituary spodziewam się, że jeden z braci Tardy będzie się wydzierał łażąc po scenie w krótkich gaciach, a drugi z zapamiętaniem będzie okładał bębny. Do tego klasyczne death metalowe riffy, kolesie wyglądający wciąż jak banda chcących się świetnie pobawić kumpli. I tak oto mamy przepis na koncert zaspokajający moją potrzebę machania łbem. Grupa zaprezentowała przekrojowy, bezpieczny, festiwalowy materiał. Zaprezentowali m.in. cover Celtic Frost w postaci "Circle of Tyrants" (nagrany na płycie "Couse of Death) a występ zwieńczyli nieśmiertelnym [sic!] "Slowly We Rot". W zeszłym roku, pod tą samą sceną szalałem na Possessed, w tym - dane mi było wybawić się na Obituary. To co Panie Thomasie i spółko - może w przyszłym roku Incantation? (tylko tym razem w slocie nie pokrywającym się z czymś fajnym).
21:00-22:30 Gojira
Michał: Gdy dowiedziałem się o słynnym już występie Francuzów podczas uroczystego otwarcia Igrzysk Olimpijskich, a następnie zobaczyłem nagrania z tego wydarzenia - poczułem swego rodzaju dumę. Dumę, że metal wkroczył i w takie miejsca i zrobił to naprawdę dobrze. Gojiry wcześniej nie słuchałem - miałem świadomość, że ich popularność rośnie w szybkim tempie, słyszałem coraz więcej zachwytów nad ich muzą. W międzyczasie zaczęli być headami festiwali a ja wciąż nie miałem czasu zanurzyć się głębiej w ich twórczość. Koncert na Wacken okazał się świetną ku temu okazją. Od początku występu uwagę zwracała scenografia i produkcja. Konstrukcja sceny pozwalała muzykom swobodnie przemieszczać się to w jej głąb - w stronę perkusji - to znowu wracać bliżej publiki. To co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie od pierwszego dźwięku to światłą i wizualizacje! Oh jakże były one inne od naiwnych trójdupnych smoków, czy animowanych szatanów z odpustu. Tutaj mieliśmy do czynienia z przemyślaną historią opowiadaną za pomocą obrazów, które dopełniały w świetny sposób warstwę muzyczną. Światła - również zostały przemyślane w najmniejszym szczególe, aby oddziaływać na widza z pełną intensywnością. Oczywiście nie zabrakło ogni i dymów - te jednak zostały użyte w sposób rozsądny. Oj ludzie od produkcji - należą Wam się ogromne oklaski! Super produkcja nie przykryła jednak tego co jest tu najważniejsze - muzyki. Ciężkiej, drapieżnej, emocjonalnej, szczerej. Tak, tak - pomimo posiadania przez chłopaków statusu gwiazdy, mimo dużego ogrania w wielu miejscach i ryzyka wdania się rutyny - ja uwierzyłem w szczerość emocji, które kipiały wręcz ze sceny.
 Jako bębniarzowi czystą przyjemnością było dla mnie obserwowanie gry Mario. To bez dwóch zdań jeden z najlepszych pałkerów metalowych (zresztą nie tylko metalowych!) na świecie. Oczywiście zaproponował publice krótką zabawę pod tytułem "czy chcecie więcej podwójnej stopy?". Po czym zasunął taki "karabinek" na centralach przez cały kolejny utwór, że szczęka mi opadła. Sztos! Dawno nie słyszałem też na Wacken tak dobrze nagłośnionego koncertu! Czyli da się? W obliczu częstych wpadek czy "bezpiecznego", by nie powiedzieć, ekhm "festynowego" brzmienia, Gojira gniotła wnętrzności, nie przekraczając jednak cienkiej granicy między ciężką głośnością a niesłuchalnym hałasem. Oczywiście jednym z "momentów" było gościnne pojawienie się na scenie Mariny Viotti, która na żywo odśpiewała swoją partię wokalną z "olimpijskiej" "Mea Culpa". Muzycy zaskoczyli też wyborem coveru Black Sabbath (RIP Ozzy) - postawili na nieoczywiste "Under the Sun/Every Day Comes and Goes" z "czwórki". Niezaprzeczalnie był to dla mnie najlepszy koncert całego festiwalu. Świetnie brzmiący, genialnie wyprodukowany, szczery i opowiadający jakąś historię, chcący słuchaczowi coś przekazać. Chapeau bas messieurs!
23:00-00:30 Machine Head
Michał: Jak się okazało, był to dla mnie ostatni koncert tegorocznego Wacken. Obejrzany trochę z rozpędu, trochę z ciekawości. Maszynogłowych miałem okazję zobaczyć na moim drugim Wacken w życiu - nie zrobili wtedy na mnie dużego wrażenia. Tym razem było zdecydowanie inaczej. Panowie pięknie pocisnęli ten swój - jak ja to nazywam - "amerykański metal". Miało to ręce, nogi i świetny feeling! Świetnie było zobaczyć na scenie, podczas występu headlinera "naszego" Wacka Kiełtykę, który gitarowo odwalił tu kawał dobrej roboty. To co przeszkadzało to "pastorska" maniera Flynna. Praktycznie po każdym utworze słyszeliśmy, że mamy się kochać, że brat powinien stanąć za bratem, że nikt nas nie zniszczy etc. Serio - czułem się ja konferencji z mówcą motywacyjnym. Jak dla mnie nieco za dużo pierdolenia. Na szczęście PRZYpierdolenia muzycznego nie brakowało i koncert stał się dla mnie pięknym zamknięciem tegorocznego festiwalu.
23:00-00:30 King Diamond
Ostatni koncert festiwalu... człowiek już umordowany tym wszystkim, do tego pada od dłuższego czasu, wszędzie błoto, no ale ktoś narzeka? Nie ma marudzonka i na spokojnie sobie idę pod scenę na koncert... no właśnie - tutaj mega zagwozdka, bo równocześnie grają: Machine Head i King Diamond. Król poprzednio (na Hellfest 2019) mnie nie przekonał, a Roba Flynna dawno nie widziałem (ostatnio w 2009), więc wybór pada na MH. Plusikiem jest też to, że na ten występ mam o wiele bliżej z Press Area, gdzie czekałem na ten moment. Wystarczy zejść ze schodków i jestem pod sceną Faster. A równoległy koncert odbywa się na Louder, więc ewentualny spory spacerek przez błoto przede mną. Taki wewnętrzny leniuszek zdecydowanie wygrał na ten moment. Machine Head jeńców nie brało - od początku postawili na solidny łomot i jazdę do przodu. Było bardzo intensywnie, widowiskowo (światła i piro) i ciut "chaotycznie". Nie wiem - jakoś tego wszystkiego było "za dużo" jak dla mnie. Trudno mi to opisać, ale no nie siadło za bardzo. Niby cisną "Ten Ton Hammer", a ja jestem obok. Za cholerę nie mogłem się wkręcić w ten koncert. Z miejsca gdzie stałem (bardzo z boku sceny) widzę też błyskające światła na scenie Louder. No i taka myśl, że może tam się jednak przejść? Bo z tego MH to pożytku i tak nie mam za bardzo. Krótka wewnętrzna walka i zaczynam wędrować.
No i to był przysłowiowy strzał w "10". Co mi siadł ten koncert - to głowa mała. Przepięknie zaśpiewany, wspaniale zagrany, a cała ta teatralna otoczka rozpieprzyła mi mózg (co?) na drobne kawałeczki. Przepiękne widowisko. Wciągające, angażujące i porywające. Niesłychanie mi się podobało. Od "Voodoo", poprzez "Spider Lilly", "Sleepless Nights", "Welcome Home", a kończąc na bisowym "Abigail". Był też "Masquerade of Madness" zadedykowany dla Ozzy'iego. No same dobrocie. Naprawdę mega bym żałował jakbym został na MH, bo ominąłby mnie jeden z lepszych koncertów na tym festiwalu (serio!). King wspaniały, instrumentalnie - sztos. Andy LaRocque - klasa. Świetną robotę robiła też Hel Pyre z damskimi wokalami. Zresztą tutaj zgadzało się wszystko. Przepiękny koncert. I jak zwykle na sam koniec ogarnęła mnie nostalgia i lekki smuteczek, bo to już koniec tej edycji Wacken Open Air. Pozostał przemarsz przez błoto na Press Area, tutaj autobus i kilka minut później melduje się przy namiocie. Deszcz cały czas pada, więc nie pozostaje nic innego jak pójść spać. Tym bardziej, że zmęczenie jest już ultra.
W nocy jakoś nie mogłem spać i co chwilę mnie coś budziło - to sąsiedzi wracają do namiotów, a to nad ranem już ktoś się pakuje, ktoś inny napierdziela po niemiecku itp. itd. No nic, trzeba w końcu wstawać, szybkie śniadanko zwijanie i pakowanie obozowiska. Lekko nie jest, bo wciąż padający (mniej, lub więcej) deszcz elegancko to wszystko utrudnia. No i widzimy, że na wyjeździe z pola niezły syf się zrobił i sporo samochodów wyciąganych jest przez traktor. Dosłownie 3-4 metry wyjeżdżonego błota i tam się grzęźnie. Więc nikt tam nie przejeżdża, tylko wszyscy pokornie czekają na swoją kolejkę. Traktorek jest jeden i po przeciągnięciu kilku aut, gdzieś znika na dłuższą chwilę. No nic, kończymy pakowanie, podjeżdżamy do kolejki i spokojnie czekamy. Autka stoją, traktorek "pyr, pyr, pyr..." podjeżdża, zaczep liny i wiuuu... za błotko. Odczepianie liny, auto odjeżdża, traktorek "pyr, pyr, pyr..." z powrotem i powtórka tego procesu. Kilka aut, traktorek odjeżdża i czekamy. Traktorek wraca, kilka aut... no i wiecie co dalej. Godzina minęła, deszcz już nie pada, my mamy 2, albo 3 miejsce w kolejce. No to w następnym rzucie powinniśmy opuścić pole namiotowe. Powinniśmy, ale jest nowy problem. Bo traktorek... nie wraca. I nikt nie wie co i jak. Stoimy kolejną godzinę i nic się nie dzieje. Ludzie zaczynają się denerwować (no kurde, u nas kupa kilometrów jeszcze do domu przecież), a tu cisza. Okazało się, że traktorek pojechał na zmianę kierowcy. I tyle. Czy przyjedzie? Nie wiadomo. Kiedy będzie wiadomo? Nie wiadomo. No wspaniale. Piękna organizacja. Normalnie jak nie Niemcy. No nic, zaczyna być niefajnie. 3h kiśniemy, a drogi nie ubywa. W końcu jeden z kolejkowych desperatów postanawia się przebić przez to błotko. Ze dwie godziny nie pada, więc trochę to może i przeschło, ale nie wygląda to optymistycznie. Ale obserwujemy i ze zdumieniem stwierdzamy, że gość jakoś skrajem tego syfu się przebił. No to szybka decyzja - próbujemy, zanim inni przemieszają to błoto na nowo. Szybka akcja i wbijamy się w... kłopoty? Nie, pełen sukces! Ledwo, bo ledwo, ale przebijamy się i wyjeżdżamy z tego przeklętego pola. Nasze auto upierdzielone jak po jakimś rajdzie, ale najważniejsze, że możemy w końcu ruszać do domu. Reszta drogi bez większych przygód, korków nie stwierdzono i pod wieczór meldujemy się w domach.
To było dosyć ciężkie Wacken Open Air, bo pogoda dosyć kapryśna była. Środa naprzemiennie: ulewny deszcz i słońce. Deszcze niespokojne i bardzo losowe: raz (albo i kilka razy) na godzinę przez kilka minut, albo przez 40 minut non-stop. Czwartek słoneczny i przyjemny. Piątek to powrót do środowej aury, a sobota popołudniu to już znaczna przewaga deszczu, a wieczór to już nieustanny opad. Nie było zimno (nawet wieczorami) i ten deszcz sam w sobie niespecjalnie przeszkadzał. Większy problem, to wszechobecne błoto i brodzenie w nim. No ale taki urok tego festiwalu, że co któraś edycja to taki syf się robi. A co do koncertów to podobnie jak rok temu - headlinerzy nie moja bajka (oprócz Guns N' Roses), a dużo dobrego działo się w innych miejscach. Tutaj spore wrażenie zrobiły na mnie: King Diamond, Angel Witch, Gojira, Forbidden, W.A.S.P. (z całym debiutem), 3 Inches of Blood, czy In The Woods.
zdjęcia: Tim Näve, Justus Rudolph, Patrick Schneiderwind. Copyright: WOA Festival GmbH.
autorzy relacji: Piotr "gumbyy" Legieć i Michał Szczypek.
|