Geoff Tate, Nocny Kochanek, skwer na Iną, Goleniów - 04.07.2025 r.
Niby Rock Hard Ride Free robi koncerty których nikt inny nie zrobi, a jednak tym razem zaprosili Geoffa Tate'a, który w Polsce bywał już niejednokrotnie. No dobra troszkę sobie żartuję, no bo tak: legendarny były wokalista amerykańskiej grupy Queensrÿche rzeczywiście odwiedzał już nasz kraj, ale mimo wszystko nie w takiej formie. Wejściówki na to wydarzenie były bowiem... darmowe. Występ muzyka był częścią większego wydarzenia - Festiwalu Hanzeatyckiego który odbył się w Goleniowie na skwerze przy parku. A że za darmo to uczciwa cena to nie mogło nas tam zabraknąć, co nie?
Do miasta dotarliśmy o stosunkowo późnej godzinie, ale zdążyliśmy odhaczyć część setu zespołu Nocny Kochanek. Popularna formacja nie tylko świętuje w tym roku swoje 10-lecie, ale też i promuje wydany w styczniu krążek "Urwany Film". Stąd też setlista dość przekrojowa, łącząca najnowsze propozycje (pokroju "Uber uwodziciel" czy "Cycki, kebab, amarena") z kawałkami które można już nazwać klasykami ("Karate", "Andżeju...", "Zdrajca metalu"). Była całkiem przyjemna oprawa ze zmienianymi wizualizacjami w tle (i animacjami!), był zespół w dobrej formie, no i była też liczna, zaangażowana publika. Chóralnie odśpiewywane refreny potwierdziły, że Kochanek w Goleniowie i okolicach swoich fanów ma. No ale że całe wydarzenie było darmowe, to nie mogło również zabraknąć osób dla których było to pierwsze spotkanie z twórczością kapeli. I przyznam, że widok tych wszystkich rodzin z dziećmi słuchających o tym, że "jedyna nadzieja na Kutasie jest" był na swój sposób zabawny. Po kończącym występ, obowiązkowym "Minerale Fiutta" zajmujemy miejsce pod barierką w oczekiwaniu na Tate'a. Przy okazji przybijam piątkę Kazonowi (gitara), a razem z Arturem Pochwałą (bas) wracamy wspomnieniami do polskiego koncertu Bruce'a Dickinsona. Miło.
Głównym powodem dla którego przybyliśmy tego wieczora do Goleniowa był jednak Geoff Tate. I przyznam się, że obawy względem tego występu były spore. Miałem w końcu okazję widzieć na żywo Queensrÿche w dość mocnym składzie (Jackson, Wilton, Tate, Rockenfield, Lundgren) i... w ogóle mi się nie podobało. Nie czuć było wówczas chemii pomiędzy frontmanem a resztą grupy (nie pomagał też fakt, że Geoff na koncert stricte metalowy wyskoczył ubrany niczym George Michael). Odnosiło się wrażenie, że na scenie mamy dwa różne, niepasujące do siebie muzyczne byty. Nie żarło to totalnie i jak później fani patrzyli zszokowani na rozłam wewnątrz tej legendarnej formacji, tak mi nawet brew nie drgnęła. Czuć było bowiem, że coś tam mocno u nich nie gra. W Goleniowie liczyłem więc na występ po którym będę mógł udzielić wokaliście swego rodzaju rozgrzeszenia. Na koncert który udowodni mi, że Tate to rzeczywiście jeden z najlepszych głosów w historii metalu. I na szczęście coś takiego właśnie dostałem, choć co ciekawe: zaczęliśmy czymś co można nazwać zarówno falstartem jak i prawdziwym ciosem w twarz.
Artysta przybył do Polski z setlistą skupioną wokół klasyków Queensrÿche i rozpoczął kawałkiem którym niejednokrotnie zamykał koncerty swojej poprzedniej formacji: "Empire". Piątka muzyków na scenie, hit nad hitami, potężne brzmienie i Tate z... niedziałającym mikrofonem. Tak, pierwszych kilka wersów tej kompozycji rzeczywiście poleciało w próżnię, ale na szczęście udało się to w miarę szybko ogarnąć. Gdy wszystko wróciło do normy po tym małym technicznym falstarcie to okazało się, że wokalista jest w znakomitej dyspozycji. Pomijam fakt, że w końcu wyglądał jak rockman z krwi i kości. Ważniejsze było to, że ten 66-letni muzyk ciągle potrafi osiągnąć odpowiednie rejestry. Wiadomo, miejscami są delikatne pójścia na skróty, ale też i Tate nie bał się wyć czy piszczeć jak za młodzieńczych lat. Potrafił sprawić, że ciarki przechodził po plecach, ale też i wiedział jak w tych spokojniejszych kawałkach poruszyć czułe struny. Jego fani musieli być tym doborem kawałków usatysfakcjonowani: "Jet City Woman", "Operation: Mindcrime", "Queen of the Reich", "Silent Lucidity" - klasyk klasyka klasykiem poganiał.
Geoff był w znakomitym nastroju i niejednokrotnie potrafił dość mocno się rozgadać przybliżając np. historię danej kompozycji czy po prostu przywołując jakąś (co trzeba dodać: autentycznie) zabawną anegdotkę. Widząc go uśmiechniętego, szalejącego, dającego z siebie wszystko na scenie dotarło do mnie jak ważnym jest fakt by się otoczyć się ludźmi z którymi rzeczywiście chce się przebywać. Bo można narzekać, że w składzie jego własnej grupy brakuje legend gatunku, że nie są to artyści równie doświadczeni. Jednocześnie nie można nie zauważyć tej chemii jaką weteran metalu dzieli z młodszymi kolegami. Jest w tym wszystkim radość. Jest to poczucie, że Geoff po prostu chce, a nie "musi". Brakowało mi tego podczas trasy z Queensrÿche, w Goleniowie już narzekać nie mogłem. Mówiąc wprost: to był świetny występ. Na Tate'a (i jego zespół) dobrze się patrzyło, a jeszcze lepiej słuchało. Kosteczka do kolekcji była już tylko wisienką na torcie. Do domu wracaliśmy w znakomitych nastrojach i nasz powrót do najbardziej rockowego miasta na Pomorzu Zachodnim jest bardziej niż pewny. Tym bardziej, że już ogłoszono kultowy Bonfire oraz młody, ale łaknący krwi Amethyst. Oba już w Rampie. Z kim się widzimy?
Setlista:
01. Empire 02. Desert Dance 03. I Am I 04. Sacred Ground 05. Operation: Mindcrime 06. Breaking the Silence 07. I Don't Believe in Love 08. NM 156 09. Screaming in Digital 10. Walk in the Shadows 11. Another Rainy Night (Without You) 12. Jet City Woman 13. Silent Lucidity 14. Take Hold of the Flame 15. Queen of the Reich