15. Festiwal Legend Rocka - Black Country Communion



15. Festiwal Legend Rocka
Black Country Communion, Jack Moore & Quentin Kovalsky
Dolina Charlotty, Strzelinko k. Słupska - 15.06.2025 r.


Po rocznej przerwie powraca flagowa impreza Doliny Charlotty: Festiwal Legend Rocka. Po edycji z Hollywood Vampires organizatorzy postanowili przeprowadzić (co by nie powiedzieć: konieczną) modernizację obiektu i oczami wyobraźni widziałem już nowe, wygodniejsze ławeczki oraz zwiększoną pojemność amfiteatru. Po koszmarnej drodze do Strzelinka (remonty, przebudowy, zwężenia, ograniczenia prędkości - cały anturaż), ale za to szybkim wejściu na teren imprezy moim oczom ukazały się szumnie zapowiadane zmiany. Albo raczej: ich brak.

Żeby nie było - widać, że coś z tym amfiteatrem zaczęto robić ale jednocześnie odniosłem wrażenie, że prace w pewnym momencie zostały porzucone i obiekt na Festiwal przygotowano na ostatnią chwilę. Na ślinę. Tak, największą widoczną zmianą jest powiększenie trzeciego sektora dzięki czemu na koncertach w Dolinie będzie się mogła bawić większa ilość fanów. I słowo "będzie" nie zostało tutaj użyte przypadkowo, ponieważ nowe miejsca po prostu jeszcze nie są gotowe. Zamknięta dla publiczności, podniesiona część amfiteatru to na razie tylko wysoka trawa bez żadnych miejsc siedzących. Niby więc coś jest, ale nie do końca. Zarzucenie tych prac miało kuriozalny efekt uboczny: otóż okazało się, że z trzeciego sektora nie można się dostać do jednej ze stref gastro. Z I, II i z III sektora udacie się do tej zlokalizowanej na balkonie, ale już posiadając najtańsze bilety nie zejdziecie do drugiego wejścia. Dlaczego? Ponieważ podniesienie tylnej części amfiteatru sprawiło, że likwidacji uległo przejście dookoła, a schodów prowadzących bezpośrednio na III sektor nie zdążono dobudować. No a ochrona oczywiście nie przepuszczała ludzi do zejść w sektorze niższym. Oczywiście o tym, że ławeczki to te same legendarnie niewygodne ławeczki co wcześniej nie będę wspominał, nie? Ogólnie odniosłem wrażenie, że coś połknęło po drodze fundusze. Co? Nie wiem, ale patrząc na linię drzew za którymi znajduje się szumnie zapowiadana i kosztująca pewnie fortunę nowa atrakcja Doliny (tj. Bali Indah), to się domyślam.

Do Doliny Charlotty nie przyjeżdża się jednak na piwo czy kiełbaski, tylko na koncerty. Zanim na scenie pojawić się miała gwiazda tegorocznej edycji, to wielbicieli rocka postanowił rozgrzać Jack Moore & Quentin Kovalsky. Nazwisko tego pierwszego nieprzypadkowe, ponieważ to syn legendarnego Gary'ego Moore'a. Młody gitarzysta tworzy duet z wokalistą Quentinem, a w zespole towarzyszą im Pancho Campos, Andrzej Solarski oraz (doskonale nam znany) Igor Gwadera (ex-Anti Tank Nun). Panowie jeszcze nie mają zbyt pokaźnej ilości własnych numerów, dlatego setlista to był taki mały miszmasz. Były w pełni autorskie kawałki, silnie inspirowane bluesem, okraszone niezłymi riffami i dobrymi solówkami, jak również i covery. Jack postanowił oddać hołd swojemu ojcu i (ku uciesze publiczności) grupa zaprezentowała trzy kompozycje z repertuaru Gary'ego Moore'a, w tym legendarny "Still Got the Blues". Na bis z kolei poleciała folkowa pieśń którą także wykonywał jego ojciec - i to zarówno solo jak i z Thin Lizzy: "Whiskey in the Jar". Całkiem miło się tego wszystkiego słuchało. Szkoda jednak, że występ był tak krótki - łącznie z numerem bonusowym całość ledwo zamknęła się w granicach 45 minut. Moim zdaniem spokojnie można było dorzucić coś jeszcze, choćby i kolejny cover lub dwa byśmy nie musieli czekać aż godziny na gwiazdę wieczoru.

Setlista:
01. Heavenly Light
02. Still Got the Blues (Gary Moore cover)
03. Don't Believe a Word (Gary Moore cover)
04. Peace of Mind
05. In My Shoes
06. All You Love (Gary Moore cover)
---
07. Whiskey in the Jar


Grupą dla której do Doliny ponownie przyjechało tysiące fanów rocka z całej Polski była tym razem formacja Black Country Communion. Ktoś może zapytać: co to za legenda jeśli powstała zaledwie w 2010 roku? No ale wystarczy spojrzeć na jej skład by wszystko stało się jasne. To klasyczny przykład supergrupy: zespołu tworzonego przez prawdziwych weteranów. Na wokalu i basie: były muzyk Deep Purple, członek Rock'n'Roll Hall of Fame - Glenn Hughes. Obok niego na gitarze: jedna z najjaśniejszych gwiazd bluesa, trzykrotnie nominowana do nagrody Grammy - Joe Bonamassa. Na klawiszach jeden z najbardziej rozchwytywanych muzyków w tym fachu. Derek Sherinian grał z Dream Theater, Malmsteenem, Billym Idolem, Whitesnake, a i regularnie wydaje również solowe albumy. Sam Alice Cooper nazwał go "Kaligulą klawiszy". Kto z kolei spina to wszystko za zestawem perkusyjnym? Ano Jason Bonham. Dla jednych "zaledwie" syn legendarnego perkusisty Led Zeppelin, dla innych: świetny pałker, który sprawdził się grając z m.in. UFO, Foreigner, czy... zespołem swojego ojca (znakomita koncertówka "Celebration Day").

Panów musiały tego dnia nieco świerzbić rączki ponieważ cały set rozpoczęli przed czasem. Do naszych uszu dociera najsłynniejszy fragment "Walkirii" Wagnera i po chwili na scenę wkraczają nasi bohaterowie, by na kilka minut przed 22:00 uderzyć kawałkiem mocno nawiązującym stylem do wczesnych lat Deep Purple. Prowadzony przez charakterystyczny riff "Sway" świetnie otworzył wieczór, a "One Last Soul" melodyjnymi fragmentami pokazał, że nie tylko mocnego uderzenia należy się tutaj spodziewać. Jasne, dostaniemy w zęby, ale będzie również do czego nóżką potupać. Glenn wysoko w refrenie, Bonamassa czaruje nie jedną, a dwoma solówkami - jest forma! Utrzymujemy ją w spokojniejszym "Wonderlust", w którym pięknie uzupełniają się Joe oraz Derek. Oboje zresztą dostają tutaj swoje (trzeba dodać: dobrze wykorzystane) pięć minut. "Save Me" balladowym początkiem sugeruje małą powtórkę, ale nic z tego. "Plumkanie" Sheriniana Joe wykorzystuje do zapalenia cygara po czym chwyta za wiosło, by rąbnąć niemal "zeppelinowym" riffem. W tym momencie zerkam na zegarek. Zbliżamy się niemal do połowy setlisty, a na wyświetlaczu jeszcze nie ma nawet 22:30!

Nieco obawiałem się, że w takim tempie skończymy o 23 tym bardziej, że mocny i dynamiczny "The Outsider" to konkretny, ale jednak dość krótki pod względem czasu trwania strzał. No ale dzięki pojedynkowi Bonamassy i Sheriniana w pamięć zapadł. Po nim przyszedł czas na mięsko! Glenn zapowiada powrót do debiutanckiego krążka i pojawia się cudowny riff trwającego niemal 10 minut "Song of Yesterday". Tutaj za mikrofonem przez większą część kawałka Joe, choć refren należy już do Hughesa, a w rozpędzonej końcówce ma okazję pokrzyczeć nawet sam Bonham. Cudowna kompozycja posiadająca jedną z najpiękniejszych solówek jakie słyszałem. Jak przebić coś takiego? Można próbować innym kolosem, choć tym razem zdecydowanie młodszym. "Red Sun" z wydanego w zeszłym roku "V" to ponownie powrót w bardziej hard rockowe, "purpurowe" (klawisze jakby sam Lord na nich cisnął) rejony. Warto zwrócić w tej kompozycji uwagę na zwolnienie w środku, przechodzące w niezwykle emocjonalny popis Bonamassy. Robiło to wrażenie! Po krótkiej przemowie Glenna chwila na odpoczynek. "Cold" to klimatyczny, spokojniejszy (cóż, przynajmniej przez większą część) numer, w którym wokalnie były muzyk Deep Purple błyszczał jak diament. Nigdy nie byłem fanem Hughesa jako wokalisty, ale czapki z głów przed tym 73-letnim artystą!

Po kawałku z "BCC 2" legenda rocka komplementuje poszczególnych członków zespołu, po czym jedziemy z prowadzonym przez mocarny riff i posiadającym solówkę na basie "The Crow". Nieco funkowy, przypominający "Trampled Under Foot" Led Zeppelin "Stay Free" poderwał nawet tych co bardziej opornych do tańca, a pędzący na złamanie karku "Black Country" powybijał zęby - o ile komuś jeszcze zostały. W tym ostatnim kawałku podstawowej setlisty świetną robotę zrobiła osoba odpowiedzialna za oświetlenie. Zabawne jednak, że Joe jakby się nie zorientował w temacie i podczas swojej partii zamiast w blaskach reflektorów to nieświadomie skrył się całkowicie w cieniu. Jako że wcześniej zerknąłem na setlistę z trasy to wiedziałem, że bisy będą formalnością. Mimo wszystko "Sista Jane" zaskoczyła ponieważ to utwór, którego potrafiło w trakcie europejskich wojaży zabraknąć. A trzeba dodać, że ten przebojowy, wpadający w ucho numer jest kolejnym w którym wokalnie udziela się Bonamassa. No i kończył się mrugnięciem oka do fanów The Who. Wielkim finałem i zarazem ozdobą koncertu był jednak cover Deep Purple. "I've been mistreated!" - krzyczy Glenn, jakby wbijając szpilę w dawnych kolegów którzy całkiem niedawno niezbyt ładnie potraktowali zarówno jego, jak i Davida Coverdale'a. Rozciągnięta, pełna zachwycających pojedynków (Joe kontra Glenn!) i rozbudowanych solówek kompozycja z "Burn" (jakby po złości?) pokazywała, czego brakuje w obecnej inkarnacji brytyjskiej legendy hard rocka.

Ledwo dwa kawałki na bis, a proszę bardzo: 30 minut zabawy dzięki którym z amfiteatru wyszliśmy na krótko przed północą. Może i nie był to najlepszy koncert na jakim byłem, ale absolutnie nie mogłem żałować wycieczki do Doliny Charlotty. Dostaliśmy porządny zestaw kompozycji, łączących hard rock z bluesem, niemal bezbłędnie wykonanych przez weteranów branży. Black Country Communion pokazał, że nie jest jakimś sztucznym tworem. To zespół z krwi i kości, w którym poszczególni (owszem: znani) artyści są zaledwie jego częścią. Nikt nie próbuje wyjść tutaj przed szereg czy niepotrzebnie się popisywać. Każdy wie, gdzie jego miejsce i nie pozwala na to, by wzięło górę ego. Oto prawdziwi Artyści.

Setlista:

01. Sway
02. One Last Soul
03. Wanderlust
04. Save Me
05. The Outsider
06. Song of Yesterday
07. Red Sun
08. Cold
09. The Crow
10. Stay Free
11. Black Country
---
12. Sista Jane
13. Mistreated (Deep Purple cover)






Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 07.08.2025 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2026 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!