Mystic Festival 2025 Stocznia Gdańska - 4-7.06.2025 r.
Sporo było marudzenia w mediach społecznościowych przed rozpoczęciem tegorocznej edycji Mystic Festival. Rezygnacja z pola namiotowego zaskoczyła niejednego fana ciężkiej muzy, ale to jednak ogłoszenie headlinerów było najszerzej komentowane. Choć "ogłoszenie" to złe słowo. O ile bowiem King Diamond zamykający jeden z dni nikogo nie zaskoczył, tak dwie pozostałe, już wcześniej podane w notce prasowej gwiazdy nie były w ogóle reklamowane jako główne punkty programu. Widać ewidentnie, że na celowniku był ktoś inny, ale na ostatniej prostej coś nie zagrało i trzeba było lepić line-up "na ślinę". Na szczęście "zaplecze" było na tyle mocne, że karnety zostały wyprzedane i ostatecznie Mystic Festival przywitał największą ilość ludzi w historii. A przez to pojawiło się parę... "niedogodności".
04.06 - Combichrist, Exodus, Covenant (The Kovenant), Jerry Cantrell, Midnight, Whitechapel, Hideous Divinity, Alcest, Burner, Diving Stove
Pierwszy dzień Mystic Festival rozpocząłem na piętrze budynku głównego, gdzie fani metalu mogli zobaczyć specjalną wystawę poświęconą historii zespołu Vader. Od plakatów z czasopism (z podpisami różnych składów), tras koncertowych (jak miło zobaczyć nasze logo!), przez skany prehistorycznych zinów, backdropy, autentyczne zdjęcia z pierwszych prób i występów, piny, rzadkie wydawnictwa (w tym test-pressy), po takie artefakty jak stopa (spokojnie, mówimy o części zestawu perkusyjnego) Docenta czy buławę z kultowego zdjęcia Petera z lat 80. A przez to wszystko przeprowadził nas osobiście Adam Sieklicki z Vader Legions, który nie tylko zdradził nam morze ciekawostek o poszczególnych eksponatach, ale także z bliska pokazał rzeczy niedostępne dla reszty zwiedzających. Fascynująca wystawa która cieszyła się bardzo dużą popularnością wśród gości. Czysto muzycznie zabawę rozpocząłem z kolei na Park Stage, gdzie zaprezentowali się młodzi gniewni z Diving Stove. Było mocno, żywiołowo i z taką rock'n'rollową wręcz werwą. Nie patrzyli się na nikogo i na nic robiąc po prostu swoje, zarażając energią coraz większą ilość osób. Jako że dopiero co ogłosili ich na feście niedaleko mnie to chyba zaryzykuję stwierdzenie, że zrobili pozytywne wrażenie na kim trzeba. Po nich chciałem zobaczyć Martwą Aurę no ale po 10 minutach opóźnienia uznałem, że nie chcę powtórki z Ingested i rzuciłem okiem na Desert Stage. Mniejsza ze scen awansowała, nie tylko zmieniając lokalizację, ale też i rozmiary - to obecnie trzecia największa miejscówka. Rozdziewiczył ją brytyjski Burner, prezentujący mieszankę death metalu i metalcore'u. Popatrzyłem i posłuchałem, choć bez większej ekscytacji - nie moje klimaty po prostu.
Alcest był już na festiwalu w 2023 roku, ale wtedy musiałem odpuścić większą część show, by zobaczyć Voivod. Teraz, w dniu "rozgrzewkowym" mogłem w pełni zanurzyć się w melancholijny świat Neige'a i Winterhaltera. Piękny wystrój sceny nawiązujący do krążka "Les chants de l'aurore", no i magiczna, urzekająca muzyka spod znaku klimatycznego post-metalu. Zaczynam rozumieć rosnącą popularność tej kapeli. Zwłaszcza po usłyszeniu przepięknego "Autre temps". Po koniec koncertu pojawiło się parę brzydkich chmur, ale na szczęście kolejny koncert pod dachem: w B90. Tam włoski Hideous Divinity z byłym muzykiem Aborted na basie. Była to ultra brutalna odmiana death metalu, w której błyszczał na wokalu Enrico Di Lorenzo. Dobrze jednak, że chłopacy dostali tylko 40 minut, bo pod koniec nieco tym bezlitosnym chłostaniem byłem zmęczony. Zdziwiło mnie jednak to, że im bliżej finiszu, tym więcej osób pokazywało się w klubie. W płaszczach przeciwdeszczowych. Po wyjściu zagadka została wyjaśniona... Ciemne chmurki, które straszyły już na Alcest przyniosły w trakcie występu Włochów potężną ulewę, która niejednego przegoniła. Ja na szczęście byłem przygotowany i po uzbrojeniu się w płaszcz zawitałem pod barierkę Park Stage, by zobaczyć w akcji Whitechapel. Słyszałem, że Amerykanie gniotą niemiłosiernie na żywca, a i najnowszy album podobno zabił niejednego recenzenta. Śmiem donieść, że chłopaki dowieźli. To był jeden z najlepszych koncertów tego dnia! Że padało jak z konewki? Że zimno i błotnisto? Że człowiek cały mokry? A komu to przeszkadzało, skoro sześcioosobowy skład cisnął jak poparzony, a Phil Bozeman mroził krew w żyłach swoimi growlami? Cóż za wokal, cóż za występ! Na Midnight w B90 już tak fajnie nie było. Bo choć muzycznie całkiem zacnie i miejscami ten black'n'roll sprawiał, że w głowie majaczył mi Motörhead, to jednak warunki były trudne. Ścisk niesamowity, duchota taka, że ciężko było oddychać, no i te skutecznie zasłaniające widok filary. Nazwa odhaczona, ale chciałoby się ją jednak zobaczyć w bardziej komfortowych okolicznościach.
Na szczęście na Park Stage było więcej przestrzeni. I powietrza. A na deskach sceny z kolei legenda grunge'u w postaci Jerry'ego Cantrella. Gitarzysta Alice in Chains przygotował set, na który składały się zarówno kawałki z solowych krążków, jak i numery z repertuaru tej jego najsłynniejszej formacji. Muzyk był w bardzo dobrej formie, a na wokalu bardzo ładnie wspomagał go Greg Puciato, z którym tworzył duety przypominające te z czasów ze Staley'em. Minusy? Ktoś ustawił takie basy, że aż mi płuca podskakiwały. No i zabrakło mojego ukochanego "Down in a Hole". W B90 trzeba było z kolei zacisnąć zęby i ponownie zmierzyć się z okrutnym ściskiem. Czego się jednak nie robi dla kultowego Covenant. I tak, wiem, że od lat kapela występuje pod szyldem The Kovenant, no ale intrygowało mnie to, że w grafikach promocyjnych stare logo, w wizualizacjach również, a do tego skład jakby sprzed zmiany nazwy. Co prawda bez Blackhearta, ale jak na jego miejscu pojawia się Knut Valle z uwielbianego przeze mnie Arcturusa, to nie będę narzekał. Mieliśmy więc śmietankę norweskiego metalu (Hellhammer na perce!) z setem skupionym na perełce awangardowego black metalu ("Nexus Polaris") - czego chcieć więcej? Chyba tylko zdrowej wokalistki. Robiąca chórki Sarah Jezebel Deva walczyła sama ze sobą gdzieś w cieniu sceny i efekty bywały skrajne. Plusik jednak za determinację. No i dodatkowym smaczkiem jest to, że był to jeden z ostatnich koncertów z Astennu na gitarze. Niedługo po wizycie w Gdańsku gitarzysta został wyrzucony ze składu. Podobno wróciły stare demony, przez które pożegnał się on swego czasu również z Dimmu Borgir.
Na Park Stage okazało się z kolei, że... niepotrzebnie płakałem za Zetro. Jasne, Souza zawsze będzie ważną częścią Exodus, ale Rob Dukes to taki dzik, że głowa mała. Odnosiło się wrażenie, że gdyby mu organizatorzy pozwolili, to rozniósłby scenę. Dodajcie do tego wyraźnie przeżywającego drugą młodość, zarażającego entuzjazmem Gary'ego Holta czy prawdziwą maszynę za zestawem perkusyjnym w postaci Toma Huntinga, a efektem będzie iście piekielne show. Co warto dodać: show bez jakoś szczególnie rozdmuchanej oprawy. Ascetyczny wystrój sceny i niekiedy wyjątkowo oszczędna praca świateł tylko podkreślały intensywność zaprezentowanego seta. Fantastyczny koncert i dowód na to, że Exodus wcale nie szykuje się do napisania ostatniego rozdziału swojej historii. Sponiewierany thrash metalem najwyższej próby udałem się do B90, by zamknąć dzień dyskoteką z Combichrist. Bo choć skład tej dowodzonej przez Ole Olsena formacji dość rozbudowany, to jednak dużo więcej było tutaj elektroniki niż rocka czy metalu. Choć fajnie było popatrzeć na Erica13 na gitarze. Muzycznie nie moje klimaty (osobiście lubię soundtrack do "DMC: Devil May Cry"), no ale zobaczyło się bez krzywdy. Nieco zmęczony, obolały i ciągle nieco zwilżony wcześniejszymi opadami w hostelu zameldowałem się po 2 w nocy. Trzeba było zaliczyć szybkie spanko, ponieważ drugi dzień imprezy miał być jeszcze bardziej intensywny!
05.06 - Perturbator, In Flames, Suicidal Tendencies, Bullet for My Valentine, Turbonegro, Nile, Eagles of Death Metal, Absu, Dopethrone, Defects, Totenmesse, Rickshaw Billie's Burger Patrol
Małym zbiegiem okoliczności tuż przed startem Mystic Festival otrzymałem od wydawcy na maila album Rickshaw Billie's Burger Patrol. Nazwa wryła mi się w pamięć, więc uznałem, że trzeba na żywo zobaczyć. Formacja zaprezentowała na Desert Stage "wielkie, głupie riffy" ubrane w sludge'owe, stonerowe ciuszki. Prosto, chamsko, brudno. Tuż po nich udaję się do B90 plugawić się siarczystym blackiem od Totenmesse. Doświadczeni muzycy (m.in. Gruzja, Kult Mogił czy Vader), kopiąca cztery litery muza, no i przykuwający wzrok, szalony Mold na wokalu. To kapela, którą z chęcią zobaczyłbym drugi raz, choć tym razem może w mniej zatłoczonym klubie. Jako że po niej było jeszcze trochę wolnego czasu, to postanowiłem rzucić okiem na metalcore'owy Defects. Moim muzycznym światem nie zatrzęśli, ale też i nie miałem jakichś szczególnych powodów do narzekań. Było melodyjnie, ale też i z odpowiednim pazurem kiedy trzeba. No i przy cudownej pogodzie. Na Desert Stage muzyczna zmiana klimatu, ponieważ tam meldował się kanadyjski Dopethrone. Całkiem sporo osób przyszło kołysać się do tego sludge/stoner metalu podlanego doomowym sosem. Panowie zaprezentowali się bardzo przyjemnie, ale pod koniec musiałem się już ewakuować, by zająć miejsce przed prawdziwą legendą. Tak, Absu powrócił, by wlać nieco czerni w nasze serduszka. Proscriptor McGovern tym razem otoczył się muzykami Zemial i dostarczył solidną porcją teatralnego black metalu, zabarwionego gdzieniegdzie thrashem. Był taki mrok i taki kult, że nawet muzycy Totenmesse stali z boku i machali łbami.
Po szybkim obiedzie biegiem na Main Stage, by odhaczyć Eagles of Death Metal. To zespół znany z dwóch rzeczy: wysokooktanowego rock'n'rolla oraz... koncertu w Bataclan, w którym życie straciło 90 osób. Jesse Hughes się nie poddał, wrócił do świata muzyki i ciągle sprawia, że ludziom pod sceną cieszą się mordki. Po raz kolejny złożył fajny skład, z którym zaraża miłością do prostych, przebojowych form. Szybkie, żywiołowe solóweczki? Były. Wpadające w ucho melodie? No jasne. Głupiutkie, ale zostające w głowie teksty? Odhaczone. To był energetyczny, optymistycznie nastawiający do życia koncert (choć pod koniec postraszył nieco deszczem). A wisienką na torcie niech będzie fakt, że później można było trafić na uśmiechniętego od ucha do ucha Jessego na terenie festu. Oczywiście skorzystałem z okazji i cyknałem sobie pamiątkową fotkę, ale przedtem zobaczyłem jeszcze dwie legendy: Nile i Turbonegro. Kto wpadł na pomysł, by tę pierwszą, jakże doświadczoną kapelę wcisnąć do klubu, to ja nie wiem, ale kołem bym łamał. Dość powiedzieć, że już parę minut po starcie w wejściu na Shrine Stage można było wpaść na dwie kolejki: jedną z osobami, które chciały wejść do klubu i drugą z ludźmi, którzy chcieli się z niego wydostać. Ścisk w B90 był niewyobrażalny i z tego co mi wiadomo, to później w ogóle już nie wpuszczano ludzi na to show. Duchota, pot ściekający po plecach - to nie były warunki do zabawy. Jasne, kapela gniotła, mieszając nowe kawałki z prawdziwymi klasykami, no ale dla mnie to była bardziej walka o przetrwanie niż zabawa. Przeżyłem, a organizatorzy już po zakończeniu tegorocznej edycji poinformowali o zmianach w formule - właśnie po to, by nie powtórzyły się takie sytuacje.
Po Nile nie było jednak odpoczynku. Na Park Stage postanowiłem dodać do koncertowej kolekcji norweską ikonę punk rocka, a więc Turbonegro. Charakterystyczny image, wyzywające pozy wokalisty, co chwilę podkreślającego wydatny brzuszek, skoczne nuty - publika bawiła się przednio. Ja sobie stanąłem z boku, nóżką potupałem, a po zakończeniu setu udałem się w stronę Main Stage wpadając właśnie na Jessego z EODM. Po szybkiej wymianie uprzejmości: ładowanie baterii na Bullet for My Valentine. Wykorzystałem przepustkę prasową i przy namiocie dla mediów... rozłożyłem sobie leżak. Widok całkiem dobry, plecy odpoczęły - nie mogłem narzekać. Zwłaszcza, że formacja zaliczyła dobry występ. Widziałem ich wcześniej na Pol'and'Rock i wówczas wynudziłem się przeokrutnie. Tutaj z kolei nawet pomachało się główką, co było chyba zasługą tego, że kapela zagrała cały debiutancki album "The Poison". Fanem ciągle nie będę, ale doceniam porządne show. Nie można było nie docenić także Suicidal Tendencies na Park Stage. Ludzie śmiali się przed startem festu, że Mystic zamienia się w Dolinę Charlotty? To Mike Muir pokazał im, że wiek to tylko liczba. Biegał, skakał i ogólnie: wszędzie go było pełno. Zespół z ciekawym składem, bo na basie młodziutki Tye Trujillo (tak, nazwisko nieprzypadkowe), a ze zestawem perkusyjnym: niezniszczalny Jay Weinberg (ex-Slipknot). Pod sceną prawdziwe szaleństwo, które na końcu przeniosło się wyżej: w końcu zapraszanie fanów do wielkiego finału to już niejako tradycja tej grupy. Szkoda jednak, że dzieciaki zamiast cieszyć się chwilą spędzoną wśród doskonałych muzyków, to latały ze smartfonami kręcąc rolki. Ot, znak czasów widocznie.
No i w końcu pierwszy - że tak zażartuję - "headliner z demobilu". Bo tak, ludzie marudzili, no ale In Flames to jednak legenda, która zresztą zamykała już niejeden duży fest. Myślę, że bez problemu by się ich wybroniło, gdyby od razu występ reklamowano jako główne danie dnia. Nie do końca wiedziałem czego się spodziewać po tej kultowej formacji, ponieważ dopiero co wróciła z trasy po Stanach - i setlista była tam mocno przeciętna. Dodatkowo na tydzień przed Mystic pożegnała się z wieloletnim perkusistą, którego na szybko zastąpił Jon Rice (ex-Job for a Cowboy). "Mamy dla Was nasze najlepsze kawałki. Jak się nie podoba to spierdalać, bo lepszej setlisty nie da się ułożyć!" - śmiał się ze sceny Anders Fridén. Ja bym polemizował, no ale mimo wszystko rzeczywiście przygotowano solidny zestaw. "Pinball Map", "Only for the Weak" (choć samo wykonanie akurat takie sobie), "Coerced Coexistence", "Trigger", "My Sweet Shadow", "Take This Life" - było do czego pośpiewać. Wiadomo, chciałoby się usłyszeć "Moonshield", "Colony" czy "Artifacts of the Black Rain", no ale trzeba się cieszyć z tego, co jest. A jest nieźle i oprawa interesująca: wizualizacje w tle, wielka postać z okładki "Foregone" na scenie, nad nią powieszony stwór który przewija się w grafikach od "A Sense of Purpose". Bardzo dobry występ, podobnie zresztą jak ten Perturbatora kończący pierwszy, oficjalny dzień imprezy. W 2023 roku zobaczyłem go bardziej dla samego zobaczenia. W tym roku mocniej to zażarło i to nawet pomimo zdecydowanie uboższej oprawy. Miło się wyginało do tej mocno elektronicznej łupaniny.
06.06 - The Crazy World of Arthur Brown, King Diamond, W.A.S.P., Opeth, Cradle of Filth, Jinjer, Hatebreed, Green Lung, Stray from the Path, Heave Blood & Die
"Dzień dobry, poproszę kręgosłup" - chciało się rzec do kasjerki w pobliskiej Żabce. A to przecież dopiero półmetek Mystic Festival! Na teren imprezy przybyłem nieco szybciej, żeby wziąć udział w specjalnym projekcie o którym więcej opowiemy w niedalekiej przyszłości. Przy okazji wpadam na Karla Sandersa z Nile oraz Daniego i Donny'ego z Kredek - pamiątkowa fotka i można bawić się dalej! Pogoda dopisywała, ale głos Admirała Ackbara krzyczał w mej głowie: "To pułapka!". Zanim jednak przyszedł czas na tradycyjne pląsy pod sceną, postanowiłem odwiedzić drugą wystawę tegorocznej edycji wydarzenia. W znanej już piwnicy rozłożono retro-konsole i stare komputery, na których można było spróbować swych sił w klasycznych dla takich staruchów jak ja tytułach. Partyjka w "Quake III: Arena"? Quest lub dwa w "Gothiczku"? Szybki wpierdziel w "Mortal Kombat"? A może chcieliście usłyszeć szyderczy śmiech psa z "Duck Hunt"? Proszę bardzo: do wyboru, do koloru! Fajna sprawa za którą odpowiadał m.in. Rafał Kwaśny znany nam z Grief Circle, Moanaa, Agima Sun. Pracował też przy chociażby "Dying Light 2", więc była to odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Jeśli natomiast idzie o muzykę to pierwszymi dźwiękami były bujające, stonerowe nuty Heavy Blood & Die na Desert Stage. Prosto, melodyjnie, bez zbędnych kombinacji.
Na Park Stage odrobina metalcore'a w postaci Stray from the Path. Panowie ledwo co wydali swój 11 album, a tu ze sceny zapowiedzieli... zakończenie kariery po obecnej trasie. Warto więc było posłuchać, bo kolejnej okazji nie będzie. I może i nie moje klimaty, ale przyznać muszę, że Andrew Dijorio wiedział jak nakręcać publikę. Na Main kompletna zmiana klimatu w postaci Green Lung. Była to fascynująca mieszanka okultystycznego rocka, klasycznego heavy metalu, stonera i irlandzkiego folku. Przepięknej ballady "Song of the Stones" śpiewanej głównie przez basistę do tej pory nie mogę wyrzucić z głowy. To zdecydowanie kapela, której twórczość muszę nadrobić! Pogoda zaczęła się delikatnie psuć, temperatura zaczęła spadać, ale na szczęście Hatebreed nie oszczędzał na pirotechnice, słupami ognia skutecznie podgrzewając atmosferę. Kultowa, dowodzona przez Jamey'a Jastę amerykańska grupa jeńców nie brała. Było skocznie, dynamicznie, a w pewnym momencie w publiczność rzucono "kulę śmierci". Bardzo dobry koncert, ale też i niestety jeden z ostatnich na tej trasie z Waynem Lozinakiem. Parę dni później gitarzysta zaczął mieć objawy przypominające udar i po badaniach okazało się, że ma (na szczęście operowalnego) guza mózgu. Teraz przebywa w Stanach i czeka na termin operacji. Trzymamy kciuki za to, by wszystko się udało!
Był metalcore z Hatebreed, przyszedł czas na metalcore z Jinjer. Choć taki bardziej połamany. Szybko zająłem miejsce obok sceny głównej czekając na rozpoczęcie show, aż moją uwagę zwróciła szybko zbliżająca się od wschodu biała ściana. "Co to jest?" - zdążył ktoś zapytać. Nagle dostaliśmy w twarz porywistym wiatrem niosącym dodatkowo piasek i krople wody z Martwej Wisły. Jakby ktoś człowiekowi strzelił w pysk. Chwilę po tym niebo się otworzyło i na festiwalowy plac runęła ściana wody - wystarczyło ledwo kilka sekund by przemoczyć się do suchej nitki! Udało mi się uciec do namiotu dla mediów w którym każdy patrzył na to, co się dzieje z niedowierzaniem. I niepokojem, bo zaraz przecież członkowie ekipy foto musieli wyjść w ten Armagedon ze swoim kosztującym niemałe pieniądze sprzętem. Były nerwowe uśmieszki, było zawijanie aparatów w worki i w końcu wyszliśmy na zewnątrz niczym owce prowadzone na rzeź. Jedni prosto pod scenę moknąć jak kury, a inni pod drzewka obok namiotu, aby popatrzeć sobie na ukraińską formację. Nie powiem, grzmoty wprowadzały trochę niepokoju, ale gdzieś odłożyłem na bok zdrowy rozsądek ponieważ Jinjer się nie oszczędzał. Zimno, mokro, a zjawiskowa Tatiana co chwilę napędzała publikę do wspólnej zabawy. Może i studyjnie nie do końca rozumiem tę ich dość eklektyczną twórczość, ale na żywo miało to niesamowitą moc.
To niesamowite, że na Jinjer lało jak z cebra, a chwilę później Wampiry z Suffolk gryzły swe ofiary na Park Stage w pełnym słońcu. Zespół Cardle of Filth promował całkiem przyjemny "The Screaming of the Valkyries", ale też i nie zapomniał dorzucić parę starszych kawałków (ach, "Her Ghost in the Fog"!). No i co? No i dostałem wszystko to czego się spodziewałem. Był ten charakterystyczny, nieco kiczowaty image, były piski i szczekanie Daniego... Mi się to podobało, ale też i rozumiem wszystkich którzy mówią, że to "gunwo największe". Albo się ich uwielbia, albo z całego serduszka nienawidzi. Inaczej jest z Opeth: ich już można tylko kochać. Zwłaszcza po powrocie w stricte metalowe rejony. Na Main więc spory tłum wśród którego wpadłem nawet na Tatianę z Jinjer. Ekipa Mikaela Åkerfeldta przygotowała świetną setlistę. Niby tylko osiem kompozycji, ale większość to były trwające ponad dziesięć minut kolosy. Oczywiście była reprezentacja zarówno ostatniego albumu, jak i prog-rockowego odchyłu (przyjemny "Sorceress"), no ale najbardziej smakowały klasyki: "Master's Apprentices", "Deliverance", "The Lepper Affinity", "Ghost of Perdition", jak również "In My Time of Need" dedykowany Davidowi Vincentowi z Morbid Angel. Który zresztą również obserwował ten występ. Lider jak zwykle z zabawnie niezręcznymi tekstami, a do tego chociażby genialny Méndez na basie i pięknie rozwijający się Waltteri za zestawem perkusyjnym. To był koncert po którym nie można było narzekać. Narzekać mogłem natomiast na W.A.S.P.. Oblężenie takie, że ledwo było widać Park Stage, a do tego dziwaczna decyzja by wyłączyć telebimy. Albo Blackie już taki stary, że nie chce pokazywać facjaty, albo tyle wokali z taśmy, że fani by się zorientowali. Obstawiam to drugie, choć i tak więcej było tu grania (i śpiewania) na żywo, niż np. na bootlegach z Ameryki Południowej. Setlista z całym debiutem na czele, do tego największe hity, ale ja jakoś nie mogłem się wkręcić. No ale kostka od Mike'a Dudy jest. Nikt mi więc nie wmówi, że nie da się "złapać" kostki będąc pół kilometra od sceny.
Król jest jednak tylko jeden. Na Main Stage headliner, dla którego warto było przyjechać z różnych stron Polski (a nie zapominajmy także o licznych gościach zza granicy!). Prawdziwa legenda metalu. Jedyny i niepowtarzalny: King Diamond. Imponująca scena stylizowana na stary zakład psychiatryczny, utwory ułożone tak, by tworzyły jedną większą historię, demoniczne rekwizyty, aktorka, no i genialny zespół na czele z niezniszczalnym frontmanem. Diamond był w niesamowitej formie wokalnej, a doskonały zespół nawet na moment nie zostawał w tyle. Legendarny Andy LaRocque chlastał skórę riffami, a Matt Thomson na wysokim tronie jakby odmłodniał o 20 lat. Kurna, jak sama Hel Pyre z Nervosy robi chórki to wiecie, że macie do czynienia z artystą przez duże A. Zresztą wiecie kto się bawił obok mnie? Na Króla wyszedł David Vincent, Erik z Watain, cały Opeth, a za nimi headbangował Bobby Liebling z Pentagram. Surrealistyczne doświadczenie! Każdy chciał tu być i każdy wyszedł zachwycony. Lekko oszołomiony wpadłem jeszcze na koniec do B90, by po pożegnać ten dzień z innym królem: tym razem psychodelii. The Crazy World of Arthur Brown przedstawił licznie zgromadzonej publiczności mieszankę rocka, bluesa, elektroniki i generalnie wszystkiego co pomiędzy. Odjechane wizualizacje, menedżerka będąca częścią spektaklu (szkoda jednak, że zabrakło Angel), no i co chwila zmieniający strój niemal 83-letni frontman. Zero śpiewania z taśmy, zero wspomagaczy - wszystko całkowicie na żywo. Publiczność była zachwycona i nie pozwoliła grupie zejść, dzięki czemu show trwało niemal do 1:20. Show którego ozdobą była 10-minutowa, wwiercającą się w łeb, opierającą się na elektronice wersja "Time Captives" Arthur Brown's Kingdom Come. Miazga.
07.07 - Tiamat, Sepultura, "Blood, Fire and Death" - A Tribute to Bathory, Pentagram, Death Angel, Dark Tranquillity, Katla, Landmvrks, Employed to Serve, Bad Touch
Przez ostatni dzień Mystic Festival przeprowadziły mnie już tylko ibuprofen i siła mej woli. Pierwszym odhaczonym zespołem był Bad Touch prezentujący taki klasyczny, wpadający w ucho hard rock który z powodzeniem sprawdziłby się np. w Dolinie Charlotty przed jakąś przeprószoną siwizną legendą. Employed to Serve w Parku zaproponował dźwięki bardziej nowoczesne, z metalcore'owej szufladki. Przyjemnie to żarło, zwłaszcza dzięki charyzmatycznej Justine Jones na wokalu. Jeszcze lepiej wypadł Landmvrks na Main. Muzycznie mocniej skręciliśmy w stronę nu-metalu (dużo rapowanych fragmentów), ale zespół wykręcił z tego świetne show. Luzacki styl, znakomity frontman, fajne wizualizacje - dobrze, że zobaczyłem. Odhaczyć musiałem też duńską Katlę, no bo w końcu obiecałem podczas wywiadu z basistą/wokalistą. Na Sabbath Stage poszedłem na spokojnie nie spodziewając się wielkich tłumów, a tu kurka jego mać zaskoczenie: Drizzly Grizzly napakowane, że aż pot ścieka po ścianach. Jakoś udało mi się tam wcisnąć i niczym sardynka w puszce chłonąłem ten brudny doom/stoner/sludge metal. Było komfortowo? No nie bardzo. Dobrze się bawiłem? Ciężko powiedzieć. Bo zespół ładnie gniótł, no ale koncerty w tym miejscu przy tak dużej ilości sprzedanych biletów to nie był dobry pomysł. Na szczęście na przyszłorocznej edycji zostanie to już zmienione.
Main witał nas chmurami oraz melodyjnym death metalem. Kultowy Dark Tranquillity miał dość mało czasu antenowego, więc cisnął bez zbędnego pitolenia: mieliśmy hit za hitem. Świetny, będący w znakomitym nastroju Stanne, a do tego starannie przemyślane show z wizualizacjami pod każdą kompozycję. Co prawda w pewnym momencie nieco się to im wszystko posypało, no ale nie będę się czepiał. Ogólnie było w końcu bardzo przyjemnie! Końcówkę odpuszczam, by spróbować misji samobójczej: przetrwać Death Angel w B90. Udało się nie tylko wejść (!), ale nawet i zająć miejsce pod barierką (!!). Na szczęście pod drzwiami którymi ochroniarz wpuszczał do klubu nieco powietrza - nietrudno w końcu domyślić się, że ludzi było tyle, że szybko zaczęło brakować tlenu. Osegueda za mikrofonem niczym prawdziwa bestia, a zespół z Robem na czele tylko ją nakręcał siarczystym, choć i nie pozbawionym melodyjnych partii thrash metalem. Dobry koncert, choć w niezwykle trudnych warunkach. Po nim miałem małą zagwozdkę: Apocalyptica czy Pentagram. Na szczęście po drodze na Main wpadłem na Barta z Rock Hard Ride Free (pozdrawiam!), który zaszczepił mi w głowie pomysł moknięcia na Bobbym Lieblingu. I rzeczywiście niedługo później stałem na Desert Stage bujając się do brudnych klasyków doom metalu. I jasne, może i 71-letni frontman wokalnie nie wyrabia, ale charyzmą i zachowaniem na scenie zjada niejednego młodego artystę. Na Pentagram dobrze się patrzyło, a i słuchało nienajgorzej. Podobno jest to pożegnalna trasa tej zasłużonej grupy, no ale: pożyjemy, zobaczymy.
Na Park Stage jedno z ciekawszych wydarzeń całego festu, a więc tribute-band Bathory, tworzony przez śmietankę norweskiej sceny. Ivar Bjørnson, Faust, Blasphemer, Apollyon, Erik Danielsson i Grutle Kjellson - skład marzenie. A to jeszcze nie koniec, ponieważ pojawili się także wyjątkowi goście! Były muzyk Bathory w postaci Fredericka Melandera to była miła, choć nieco spodziewana przeze mnie niespodzianka - w końcu na występach Blood, Fire & Death pojawiał się już kilkukrotnie. Nie zaskoczyła również obecność Nergala. Lider Behemoth kręcił się już wcześniej po terenie Mystic Festival co nie mogło być przecież przypadkiem. I choć ostatecznie średnio się przygotował (ewidentnie korzystał ze ściągawki), to jego głos nieźle wpasował się w numer z kultowego debiutu z 1984 roku. Totalną niespodzianką było jednak dla mnie przybycie Csihara - i jakże ciekawym doświadczeniem było zobaczenie wokalisty Mayhem bez przebrania i wymalowanej mordki! Muzycznie kręciliśmy wokół materiału typowo blackowego i cóż można powiedzieć? Był kult, był ogień (żeby nie było: dosłownie!), była siarka. Osobiście kocham te epickie, ostatnie albumy Quorthona, no ale trzeba przyznać, że ten surowy, wcześniejszy materiał ostro kopie na żywo cztery litery. Młyn pod sceną był taki, że nawet sami muzycy byli zaskoczeni - a przecież niejedno już w życiu widzieli. Świetny występ i szkoda tylko, że niekiedy był problem z zobaczeniem wszystkiego co się dzieje. Nie wiem dlaczego ale ktoś uznał, że fajnie będzie umieścić kamerzystę na głośniku znajdującym się przed barierkami. Może i ujęcia na telebimach robiły wrażenie, ale kosztem zasłaniania widoku ludziom którzy zajęli miejsca w pierwszym rzędzie. Niezbyt fajne.
Pod Main szedłem już z pewną dozą smutku - no bo to już niemal koniec tegorocznego Mystic Festival. Sepultura także awansowała do roli headlinera w dziwnych okolicznościach. A przecież z uwagi na to, że to ostatni (na pewno?) występ tej zasłużonej formacji w Polsce, to również decyzja była do wybronienia - gdyby oczywiście ogłoszono ją inaczej. Brazylijską legendę widziałem podczas promocji albumu "Quadra" (jeszcze z Casagrande na perkusji), więc wiedziałem czego mniej więcej można się po niej spodziewać. Pożegnalna setlista dość konkretna, mocno nastawiona na wczesny repertuar, choć mocarnie wypadły też "Kairos", czy "Means to an End". No i epicki "Agony of Defeat" to cios niesamowity. Zespół w zacnej formie z Kisserem i Xisto na czele, Nekrutman bez zarzutu (miał parę imponujących zagrywek, choć nie ukrywajmy: Eloy to jednak inna liga), a Green... Cóż, mi jego matowa barwa nie przeszkadza, no ale wiadomo, że swoich przeciwników ma i mieć będzie. Oprawa niezła, choć użycie AI szczypało po oczach. Ogólnie: dobry, choć nie urywający czterech liter koncert. Podobnie mogę ocenić ostatni występ tegorocznej edycji. Tiamat na Park Stage zamknął imprezę setem skupionym na "Clouds" i "Wildhoney". Klasyki klimatycznego grania doczekały się stonowanej, ale pasującej do prezentowanych dźwięków oprawy wizualnej. Osobiście gdzieś mi brakowało przedstawicieli późniejszych, równie znakomitych krążków, no ale cóż zrobić? Taki pomysł na to show miał Johan. Który potrafi nawet coś tam jeszcze zaśpiewać tym swoim głębokim głosem. No i fajnie wykorzystał też Daniela z Watain na "The Sleeping Beauty". To był miły smaczek do tego nieco onirycznego przedstawienia.
I tak właśnie zakończyła się tegoroczna edycja Mystic Festival. W ciągu czterech dni zobaczyłem aż 42 występy. Były koncerty wyjątkowe (King Diamond!), były dobre lub bardzo dobre, były również i takie bardziej dla zabicia czasu. Pogoda mocno w kratkę, ale człowiek na szczęście się przygotował, więc nie był to jakiś problem. Większym był na pewno ścisk na niektórych koncertach, ale na szczęście organizatorzy od razu wzięli się do roboty i zapowiedzieli, że w przyszłym roku to B90 będzie najmniejszą sceną. I dobrze. Osobiście chciałbym również, by przerwy pomiędzy artystami były nieco dłuższe. Nie da się ukryć, że Mystic Festival już od pewnego czasu uczy sztuki odpuszczania ostatnich numerów. Być może zmiany w układzie scen sprawią, że i ten element uda się poprawić. Bo o "normalnym" ogłoszeniu headlinerów nie muszę chyba pisać, nie? Nie?