Dragon - Lublin



Dragon, Ironbound, Subterfuge
Fabryka Kultury Zgrzyt, Lublin - 10.05.2025 r.


Również i my, ekipa MetalSide dołączyła na koniec trasy koncertowej zatytułowanej "XL Annis In Igne", która podsumowywała 40-lecie powstania zespołu Dragon - legendy polskiego thrash death metalu. Zespół ten kojarzyłam tylko z nazwy, ale większość osób ze składu w jakim wybraliśmy się na ten koncert dobrze wiedziało czego się spodziewać. Tym bardziej, że mój koncertowy partner (w roli fotografa) kilka miesięcy wcześniej przeprowadził wywiad z założycielem kapeli, gitarzystą Jarkiem Gronowskim. Oczywiście wywiad możecie poczytać na stronach naszego portalu. Nie, żeby to była kryptoreklama, a raczej ciekawe uzupełnienie wiadomości o historii zespołu i również jego czasach współczesnych.

Jako support zagrały progresywno-metalowy Subterfuge oraz klasycznie heavy metalowy Ironbound. W trakcie koncertu dowiedziałam się, że oba zespoły wymieniają się kolejnościami podczas tej trasy. A tym razem pierwszy zagrał Subterfuge. Dla mnie również była to nowość. Chociaż wcześniej słyszałam co nieco o tym zespole. Same pochlebne zdania. Chociażby o tym, że śpiewa tam wszechstronnie, wokalnie utalentowany Mateusz Drzewicz (z Divine Weep, Hellhaim) wraz z niejaką Kingą Lis. Także to, że w przeszłości grał z nimi były saksofonista Blue Caffe, Piotr Grąbkowski. I oczywiście to, że Subterfuge gra nieszablonową muzykę. Jako, że koncert odbył się w Fabryce Kultury Zgrzyt w Lubinie, więc tradycyjnie w oczekiwaniu na pierwszy występ kręciliśmy się całą ekipą wokół baru, chłodząc napojami przed-koncertowe emocje. Chociaż tego dnia pogoda była bardziej jesienna. Jednak w takim miejscu to było bez znaczenia. O dziwo było mało ludzi, jak na koncert legendy, ale przed nimi były przecież dwa supporty, więc jeszcze było sporo czasu by wypełnić salę. Z drugiej strony gdzieś na mieście, trwał drugi dzień masowej imprezy studenckiej - Juwenalia Politechniki Lubelskiej - gdzie grało wiele "modnych" zespołów z kręgu szeroko-pojętego rocka i innych gatunków. A skoro bilety były tam wysprzedane to zapewne spora część osób była właśnie na Juwenaliach. A sądząc po średniej wieku na dzisiejszym koncercie Dragon, Ironbound i Subterfuge, to przybyli w większości ludzie doświadczający drugiej młodości. Młodych też nie zabrakło, ale była ich garstka.

Subterfuge rozpoczął swoje show intrem i na scenę weszli muzycy. Zwrócili swoją uwagę corpse-paintem. Ale nie w black-metalowym stylu. A raczej w stylu plemiennym i nieco militarnym. I do tego ciekawe stylizacje ubiorów, które określiłabym jako rockowo-post-apokaliptyczny styl. Najbardziej wyróżniał się basista Krzysztof Marchwacki z ogromnym pióropuszem na głowie. Nie tylko było fajnie na nich popatrzeć, ale jak się okazało i posłuchać. Tym bardziej, że ich muzyka była bardzo zmienna i zaskakująca. Metalowe, gitarowe melodie przeplatały się z klawiszowymi dźwiękami, nierzadko w wirtuozerskim wydaniu. Ciężkie i dynamiczne gitarowe riffy mieszały się ze spokojnymi akordami. Od razu zwróciłam uwagę na młodą keyboardzistkę, która choć ustawiona w tle, z boku sceny, bardzo żywiołowo poruszała się wczuwając się w klimat muzyki. Na swoim instrumencie grała z lekkością, nawet te bardziej skomplikowane melodie. Jednak, jak to zazwyczaj bywa podczas koncertów, pierwsze skrzypce należą do wokalistów. I tutaj nie było inaczej. Zwłaszcza, że było ich dwoje, o czym wcześniej wspomniałam. Obydwoje byli bardzo charyzmatyczni i energiczni. Obydwoje operowali szeroką gamą barw, od tych spokojnych do ostrych i drapieżnych. Zwłaszcza Mateusz Drzewicz, który potrafił spokojnie i czysto zaśpiewać, czy zadziornie krzyczeć ale i potężnie ryknąć, niczym w death-metalowym stylu. Na scenie czuli się swobodnie. Widać było, że scena należała do nich. W tych bardziej dynamicznych chwilach Kinga Lis trzepotała swoimi długimi włosami zaplecionymi w mnóstwo warkoczyków albo po prostu rockowo pląsała. A grymasy na jej twarzy dawały upust koncertowym emocjom. Ogólnie wszyscy muzycy byli bardzo zintegrowani ze sobą. Zachęcali publiczność do wspólnego działania. Chociaż pod sceną było niewiele osób to i tak muzycy dali z siebie wszystko, za co należy się im ogromny szacunek. Nie odczułam by ze względu na frekwencję obniżyli swój wkład w to co robią na koncercie. A później dowiedziałam się, że Subterfuge miał w przeszłości okazję grać na dużych scenach, przed setkami osób. Na scenie Zgrzytu było dużo emocji. A na widowni? Ludziom podobało się to co słyszeli. Może wyrażali to w nieśmiały, introwertyczny sposób ale było po nich widać, że ta muzyka do nich przemawia. Ktoś bardziej odważny skandował "Subterfuge! Subterfuge!". Ktoś z boku grał w rytm muzyki na niewidzianej perkusji. Ktoś synchronicznie kiwał się pod sceną. Szczerze mówiąc godzina z Subterfuge zleciała szybko. Wychodząc z widowni wymienialiśmy ze znajomymi swoje odczucia. Wszystkim z naszej ekipy bardzo się podobało. Kolega, który pierwszy raz usłyszał muzykę Subterfuge był zachwycony, o czym za chwilę miał okazję powiedzieć przy barze Tyberiuszowi Słodkiewiczowi - gitarzyście i założycielowi kapeli. Tam również mogliśmy spotkać pozostałych muzyków. Zamieniłam kilka słów z Mateuszem Drzewiczem. Żartowaliśmy, że powinien mi nawijać makaron na uszy, bym napisała dobrą relację. Oczywiście nie było takiej potrzeby, gdyż na dzisiejszym koncercie to Subterfuge był dla mnie najlepszym zespołem pod każdym względem. Pamiątkowym zdjęciem z Mateuszem zakończyłam dzisiejszą przygodę z Subterfuge. Ale przygoda z ich muzyką nie kończy się. Nadrobię zaległości.

Drugi na scenie pojawił się śląski Ironbound. Także i w tym przypadku nawet nazwa mi nic nie mówiła. Ale oczywiście mój koncertowy partner oznajmił mi, że to polski Iron Maiden. Scenografię dodatkowo urozmaicił baner przedstawiający okładkę z ostatniego albumu Ironbound "Serpent's Kiss". I muzycy weszli dynamicznie na scenę, i tak samo zaczęli grać. Klasycznie w stylu New Wave of British Heavy Metal. Z naciskiem na maidenowskie inspiracje. Nawet wokalista Łukasz Krauze stylizował swoją barwę głosu na Bruce'a Dickinsona. Ubiór muzyków był typowy dla tego stylu. Klasyczni heavymetalowcy. A choreografia? Również! Bieganie po scenie z mikrofonem w ręce lub z instrumentami (powodowało niewielkie kolizje między muzykami na małej scenie, ale ich uśmiechy zdradzały, że dobrze się bawią). Do tego specyficzne rockowe pozy i spojrzenia w stronę publiczności. I oczywiście wspólne ustawianie się muzyków w jednym rzędzie by grać. Wokalista prawie non stop się poruszał i zmieniał swoje położenie. Próbował zagrzewać słuchaczy do wspólnego przeżywania muzyki. Co momentami udawało się. Ludzie skandowali wraz z nim "Hej! Hej! Hej! Hej!" uderzając w powietrze pięściami. Ten zespół to prawdziwa uczta dla fanatyków takiego grania. Owszem, ja do nich nie należę, ale muzyka oferowała dużo łatwo wpadającej w ucho melodii i rytmiki połączonej z dynamiką oraz chwytliwymi refrenami. Niestety i w przypadku Ironbound publiczność nie dopisała tak jak życzył by sobie zespół, który i tak dał z siebie wszystko. Wokalista żartobliwe powiedział "Mam wrażenie, że my lepiej się bawimy od Was". Ale gdy zgrali "Wrathchild" cover Iron Maiden wówczas emocje na widowni nieco się rozgrzały.

Przerwa... Pod sceną zebrało się więcej ludzi. Jednak tłoku nie było. Wstęp do utworu "Unde Malum I" wprowadził melancholijny nastrój by za chwilę Dragon mógł uderzyć całą swoją siłą. Ciężkimi gitarowymi riffami, krzyczącymi growlingami (z polskimi tekstami) i potężnymi uderzeniami na bębnach. Ale przez tą miażdżącą ścianę dźwięków przebijały się także gitarowe melodie. Choć muzycy (poza perkusistą) reprezentowali najstarsze pokolenia to mieli w sobie bardzo dużo energii. Zwłaszcza wokalista Adrian Frelich i gitarzysta Jarek Gronowski. Scena to ich żywioł. Niestety najmłodszy - perkusista - był schowany za zestawem perkusyjnym, więc tylko słyszałam jego bardzo dynamiczną grę. Kończąc utwór "Unde Malum II" zagrał kilkuminutowe solo na perkusji. Zaś najstarszy muzyk, basista - Krzysztof "Fazi" Oset (znany z Kata) majestatycznie i zarazem bardzo swobodnie grał na swoim instrumencie. Przed utworami wokalista często oznajmiał słuchaczom następny utwór, podkreślając jego pochodzenie. A zatem repertuar jaki prezentowali był przekrojowy. Fani wyraźnie silniej reagowali na muzykę gwiazdy, okrzykami, headbangingiem, niewielkim pogowaniem a nawet wspólnym siewaniem starszych kawałków. I bardzo emocjonującą niespodzianką okazały się covery Kata "Morderca" i "Wyrocznia", podczas których aktywność widzów sięgnięta apogeum. Na zakończenie koncertu muzycy z wszystkich zespołów wyszli na scenę i zaprosili widzów do wspólnego śpiewania utworu "Living After Midnight" Judas Priest. Salę i scenę opanowały energia, radość i pozytywne szaleństwo. I ten wspaniały akcent zwieńczył show... Pora wracać do codzienności.








Autor: Sawa

Data dodania: 25.05.2025 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!