CETI - Wrocław


Niedziela 18 listopada 2007
Klub Madness, Wrocław,
CETI & Gutter Sirens


We wrocławskim Klubie Madness melduje się kilkanaście minut po godzinie dwudziestej. Szczerze mówiąc spodziewałem się, że supportu już nie zobaczę. Mam w zwyczaju pojawiać się w koncertowych klubach z dużym zapasem czasu. Tym razem było inaczej, gdyż ten weekend był bardzo... piłkarski. W sobotę awansowaliśmy do EURO 2008, a w niedzielę amatorsko sobie kopiemy piłkę. Stop... stop... przecież to nikogo i tak nie obchodzi. Zostawmy te opowieści i wracajmy do koncertu.

W drzwiach klubu wita mnie uradowany głos "O... niesamowite, sprzedamy jeszcze jeden bilet!". Jakoś niespecjalnie załapałem o co chodzi i spokojnie oddałem kurtkę do szatni. Wchodzę głębiej do klubu i już wszystko jasne. To nie był żart, tylko raczej czarny humor. W klubie jest może ze 40 osób. I to tak optymistycznie licząc. Krótko mówiąc porażka na całej linii. Generalnie od razu miałem ciśnienie na poziomie zaspanego leniwca. No nic.. wypatruję na sali znajomych i po chwili wspólnie czekamy na koncerty. Koncerty - bo na scenie dopiero instaluje się zespół Gutter Sirens. Dowiaduje się, że niezłe szopki były podczas ustawiania się CETI. Zespół nie mógł się dostroić, a w szczególności były problemy z wokalem Grzegorza Kupczyka. Nawet przez chwilę zanosiło się na odwołanie koncertu (!!!).

Czas w Madness płynie leniwie, ale w końcu na scenie wszystko jest przygotowane do występu supportu. Muzyków Gutter Sirens widzę na żywo po raz drugi (pierwszy raz w Kościanie w 2006 roku) i ponownie mam same dobre wrażenia. Przyznaje się szczerze, że w domu nie mam ani jednej płyty tej kapeli. Ich twórczość znam jedynie z internetowych sampli i utworów umieszczonych przez zespół na profilu MySpace. Na żywo jest to całkiem ciekawe granie w klimatach heavy. Z niezłym pazurem w porównaniu do "płytowego" ugładzenia. No i na duży plus należy podkreślić spore umiejętności techniczne muzyków. Wokalista (Doman) dysponuje ciekawą barwą głosu i niezłą manierę wokalną. Do tego zupełnie na dużym luzie prowadzi konferansjerkę pomiędzy utworami. W po koncertowej rozmowie przyznał się, że woli większe sceny, bo tam może "pośmigać jak popierdolony". Niestety w Klubie Madness scena jest malutkich rozmiarów i o takich szaleństwach nie ma mowy. Szkoda...

Gutter Sirens zabrzmieli dosyć dobrze, a biorąc pod uwagę "specyfikę" tego klubu, to wręcz bardzo dobrze. Wszystkie instrumenty słychać doskonale, jest selekcja i o dziwo... nie jest za głośno. Szkoda tylko, że ludzie niemrawo stali w pewnym oddaleniu od sceny. Nie lubię takich akcji na koncertach. Sam występ GS to niespełna godzinka grania. Osobiście odebrałem ten występ bardzo pozytywnie (zresztą chyba wszystkim się podobało) i mogę powiedzieć, że chłopaki dali radę. Niestety nie jestem w stanie podać granych utworów, bo na koncercie nie starałem się ich zapamiętać. Wcześniej natomiast napisałem, że płyt Gutter Sirens (jeszcze!) nie znam. Na pewno był zagrany cover Stratovarius (chyba "Black Night"), ale jakoś niespecjalnie lepiej wyszedł od autorskich utworów.

Koncert Gutter Sirens "przeleciał" dosyć szybko, muzycy zebrali zasłużone brawa i rozpoczęło się oczekiwanie na występ gwiazdy wieczoru. Przerwa i końcowe ustawianie się zespołu CETI trwało dosyć krótko. Na scenie zaległa ciemność, a z głośników zaczęło sączyć się intro. Ja w tym czasie pokornie wędruję do barierki, a po chwili na scenie pojawili się muzycy CETI. Kończy się intro i zaczyna się koncert...
[ ... ]

... no cóż... z przykrością informuję zainteresowanych, że o koncercie CETI nic więcej już nie napiszę. Dlaczego? Nie... nie... film mi się nie urwał, grom z jasnego nieba mnie nie trafił, Klubu Madness też nie opuściłem. Do końca występu zostałem przy barierce.

To o co chodzi? Powiem krótko: CETI zagrało 40 (!!!) minut. Tak CZTERDZIEŚCI minut. Kilka utworów odegranych bez większego zaangażowania. Muzycy weszli na scenę, i tylko odwalili swoją robotę. To i ja "odwalę" swoją robotę.

I to jest zasadniczo koniec tej relacji.

Na koniec kilka refleksji. Rozumiem złość muzyków na kłopoty sprzętowe (podczas koncertu bezprzewodowy mikrofon Kupczyka co chwilę przerywał) i marną frekwencję. Rozumiem, że można mieć "gorszy" dzień. Przecież nie zawsze wszystko jest po naszej myśli. To rozumiem... ale takiego podejścia muzyków nie będę pochwalał. Wystarczy przypomnieć warszawskie koncerty Grave Digger, czy U.D.O., gdzie frekwencja była mizerna, a muzycy dali ekstra show. Po niesławnym "Hall of Metal Festival" we Wrocławiu Grzegorz Kupczyk powiedział, że organizatorzy koncertów muszą szanować muzyków. Z tym się zgadzam, ale chciałbym zauważyć, że to działa też w inną stronę. Czy 18 listopada wrocławscy fani zostali uszanowani przez zespół CETI? Nie sądzę... przynajmniej ja tak się nie czułem. Kupiłem bilet na koncert i co dostałem?

Myślę, że nie warto dalej tego ciągnąć. Nie chcę tutaj używać wielkich słów o braku czegoś, czy innym zachowaniu. Po prostu spuszczam kurtynę milczenia na ten temat, a przed następnym koncertem CETI... jakim koncertem?

Na koniec tradycyjne pozdrowienia dla wrocławskiej ekipy: Stratovaria, Aneta, Elven Queen, Marcin i RedBloodScout (Mr. Hopka Galopka Swastyka ;) ) z Koleżanką.



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 22.11.2007 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!