Spellbound Stockach 25.08.2007 r.
Wyjechaliśmy jak zwykle o wiele za późno. Nie śpieszyliśmy się za mocno, bo to ostatecznie była impreza basenowa z gościną częścią w postaci metalowego koncertu. Teoretycznie koncert miał zacząć się o wiele wcześniej. Nasze przecieki informowały, że sami bohaterowie wieczoru będą "młócić południe" od 20tej. Ruszyliśmy zatem z kopyta, prościutko, autostradą. Błyskawicznie znaleźliśmy się w Stockach. W poszukiwaniu miejsca koncertu byliśmy całkowicie odosobnieni. Niemniej mapy mieliśmy szczegółowe. Jakież było nasze zdziwienie, że koncert, anonsowany w dzielnicy tego pięknego miasteczka, w rzeczywistości odbywa się aż 9 kilometrów za miastem!! Trochę nam zeszło czasu na odszukanie właściwej wsi (SIC!!!). Gdy po tym wszystkim dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy garstkę ludzi, z czego na parkingu był słownie jeden samochód, zdradzający metalizujących lub metalizowanych właścicieli. Naklejki Holy Moses były wszędzie. Sam parking to wyzwanie. Był to trawnik i to wściekle stromy. Cieszyłem się jak dziecko, że mój hamulec ręczny jest w doskonałym stanie. Po takim potwierdzeniu lokalizacji i zapłaceniu "oszałamiającej" kwoty 3 Euro od głowy, wkroczyliśmy do tego przybytku, przyjaznego metalizacji. W środku basenik, pomosty, mostki, pięknie zadbane trawniczki, słowem - wszystko jak z bajki.
Ludzi było akurat, by właściciel nie był stratny. Za to metalowców było hm... niech policzę.... takich właściwych metalozathorów jakieś 7 sztuk. Plus około 5 bardzo młodziutkich fanów Spellbound. W tłumie okazało się być jeszcze kilka osób, których wygląd nie zdradzał świadomości istnienia terminu Metal. Jakież było moje zdumienie, gdy one znały zespół i świetnie się bawiły na sztuce, śpiewały z Davem, oraz generalnie moshing trwałą ondulacją był uskuteczniany.
Sam set Spellbound był typowym przekrojem ich dotychczasowej twórczości. Publika (ta metalowa) ostro zespół dopingowała. Szczególnie domagając się kawałka "Incoming Destiny". Dave skomentował to tak: "Wasze życzenie jest dla mnie rozkazem". I zagrali. Ale za to jak zagrali. Rozkosz. Równo, precyzyjnie, wręcz sterylnie. Świetne show, doskonały kontakt z publicznością. Żadnej gównianej pozy. Słowem, wspaniały koncert. Parę słów o moim bohaterze wieczoru. Pan basista raczył wyskoczyć sobie, jak plażowicz na basenie. Obcięte spodnie Bundeswehry, trampki, tłuściutka klata plus pióra o długości mocno "nowoczesnej". Słowem, nijak nie przystawał wizualnie do reszty bandy, uzbrojonej we wszystkie niezbędne atrybuty koncertowe, łącznie z konkretnym upierzeniem godowym. Jakież było moje zdumienie, gdy to właśnie on robił największą zadymę. Dziki headbanger i wesołek jednocześnie, jakim się okazał, zrobił piorunujące wrażenie. Jeszcze jedna niespodzianka tego wieczoru. Reszta zespołu, z racji szczupłości miejsca (scena była mikroskopijna), zadowoliła się solidnym machaniem wszami.
Wspomnę jeszcze o jednym fenomenie tego wieczoru. Akustyk znał się na swojej pracy. I to bardzo dobrze. Niestety, nie miał pojęcia, co to takiego jest Spellbound. W sumie wyszło na to, że sama muzyka brzmiała wręcz doskonale, ale wszystkie partie solowe okazały się być tak fatalnie nagłośnione, jak to jest tylko możliwe. Po koncercie zamieniliśmy parę słów z Davem i do domu. Wiadomo, dzieci ojca czekają. Wracając nocą przez autostradę, naszła mnie refleksja podobna, jak po naszym koncercie w Dreźnie. Jednak można. Ten w sumie bardzo udany wieczór psuła tylko świadomość, że grając takie koncerty Spellbound nie sprzedawali ani płyt, ani koszulek. Nic. To nie było fair.
|