Accept - Kraków



Accept, Phil Campbell and the Bastard Sons
Klub Studio, Kraków - 19.11.2024 r.


Do krakowskiego Klubu Studio przybyłem na jakieś 20 minut przed startem supportu. Na sali koncertowej było jeszcze w miarę luźno, w okolicy baru nie spotkałem nikogo ze znajomych, więc udałem się pod scenę. Tutaj bez problemu melduję się w drugim rzędzie. Przede mną niskie dziewczę - idealne miejsce na resztę wieczoru. Oczekiwanie na support dosyć szybko mi zleciało i punktualnie o godz. 19:30 rozpoczął się występ zespołu Phil Campbell and the Bastard Sons. To formacja gitarzysty Motörhead, która powstała w 2016 roku. Co ciekawe, to nazwa nie jest przypadkowa. W składzie oprócz Phila są jego trzej synowie: gitarzysta, perkusista i basista. Drugie wiosło i wokal - to już ludzie z zewnątrz rodziny. A muzycznie? No szczerze mówiąc nic specjalnego. Miałem już przyjemność posłuchać na żywo tego zespołu, bo grali na Wacken 2016. W tamtym czasie to były tylko covery - wiadomo Motörhead, ale i coś z dyskografii ZZ Top, Black Sabbath czy Dawida Bowiego wpadło. W Krakowie czas antenowy został podzielony na covery wiadomego zespołu i własne kompozycje, oraz jeden solowy numer Phila nagrany w kooperacji z Robem Halfordem. Proporcje idealne, bo 5:5.

Autorskie numery zespołu przelatywały bez większych emocji, bo to takie lekko przyjemne granie do potupania nóżką. Nie wywołały one we mnie większych emocji i w sumie były przerywnikami pomiędzy coverami. Wiadomo - numery Tego Dużego Zespołu robiły robotę. Jako trzeci w koncertowej setliście poleciał "Going to Brazil" i tutaj akurat dla mnie to było najmniej atrakcyjne, że tak powiem. Jakoś ten numer nie robi mi wielkiej przyjemności i tak też było tym razem. Dwa numery później już było elegancko: "Born to Rise Hell" - wielbię ten kawałek srogo i sprawił mi wiele przyjemności. Co prawda końcówka "zepsuta" zabawą z publiką, ale przyznać trzeba, że całkiem fajnie to wyszło. Kolejny numer to wspomniany "kolaborant" z wokalistą Judas Priest. Niestety bez wokalu Roba został "zdegradowany" do poziomu przeciętności. Na szczęście kolejna pozycja to najbardziej obowiązkowy i oczywisty numer, który MUSIAŁ być zagrany. Jakieś pomysły, o którą kompozycję chodzi? No wiadomo i jest to oczywista oczywistość, że o "Ace of Spades". Cóż... nie ma co specjalnie kombinować i wystarczy stwierdzić, że to jest tak kultowy numer, że nic więcej nie trzeba dodawać. A na deser wjechał "Killed by Death" i tym rokendrolowym akcentem zakończył się występ Phila i jego Bękartów. Jakie wrażenia pozostały po tym koncercie? Szczerze - nic specjalnego. Wiadomo, że fajnie było zobaczyć na scenie po raz kolejny Phila, ale muzycznie to bardzo przeciętne granie. Tak właśnie na support i niekoniecznie na godzinkę grania. Autorskie numery bez większych emocji, covery całkiem ok i tutaj fajny odbiór przez publikę. Ale i no właśnie - skoro większa frajda jest z utworów innych wykonawców, to wnioski nasuwają się same. Gdzieś przy tym wszystkim brakuje "szczerości" i emocji w tym graniu. Wiadomo, że Phil to robi dla zabawy i swojej przyjemności, ale reszta zespołu trochę w tym wszystkim jest "zagubiona". Niestety, ale są tylko i wyłącznie dodatkiem do Bardzo Znanego Gitarzysty. I jeszcze wokalista Neil Starr, który wygląda jak z generatora rockowych muzyków. Takich wiecie: prosto z programu telewizyjnego dla laików. Nawet okularki przeciwsłoneczne były grane.

Niespełna godzinka z supportem w miarę szybo zleciała i zaczęło się oczekiwanie na gwiazdę wieczoru. Accept ledwo co widziałem na Wacken i tam troszkę marudzonko mi wjechało. W relacji napisałem: "widziałem ten zespół po raz siódmy i muszę przyznać, że pomału mam problem z tymi koncertami. Pomijam fakt, że tych oryginalnych muzyków zaczyna powoli brakować, ale większym problemem jest "odhaczanie" kolejnych klasyków. Żebyście mnie dobrze zrozumieli - uwielbiam te numery: "Restless and Wild", "London Leatherboys", "Breaker", "Princess of the Dawn", "Metal Heart", "Loser and Winners", "Starlight", "Flash Rockin' Man", "Fast as a Shark" itd. itp. Ale... na koncercie mam wrażenie, że zespół idzie od jednego klasyka do drugiego i z góry wiadomo co do koszyczka wpadnie". No i co? No właśnie... minęło ledwo trochę ponad trzy miesiące i ja już zatęskniłem za muzyką Accept graną na żywo. Fakt, który powtarzam przy każdej okazji, jest taki: Accept to zespół, na którym się wychowałem i te pierwsze płyty to dla mnie elementarz. Na tej muzyce się ukształtowałem i ona między innymi mnie zdefiniowała. Przy takich okazjach zawsze moje myśli wracają do pierwszego koncertu Accept jaki miałem okazję doświadczyć - Wacken 2005 i Udo na wokalu. Dla mnie to mega spełnienie marzeń i ciut ubolewam, że obecnie w zespole personalnie jest jak jest. A tu nie ma co się oszukiwać: jest Wolf, dalej jest Mark i są muzycy. Z drugiej strony trzeba się cieszyć z tego co jest, bo jak tego zabraknie to pozostanie ino żal. Dobra, Rozkminy na bok, bo na scenie gaśnie światło i zaczynamy heavy metalową ucztę.

Odpalone intro i szybciutko zaczynamy od "The Reckoning". Nowa płyta "Humanoid" całkiem fajna, więc i ten numer dobrze wszedł na początek. Szybka poprawka kompozycją tytułową i zaczynam czuć, że to naprawdę będzie całkiem dobry wieczór. Tym bardziej, że Accept serwuje swojego klasyka w postaci "Restless and Wild". Huh... no ależ to jest numer. Petarda na maksa. Stojąc bliziutko sceny z dużą przyjemnością obserwuję jak Wolf z olbrzymią radością odgrywa ten numer. To jest niesłychane... przecież ten kawałek ma 40+ lat. A tu radość jakby coś nowego było grane. Zresztą taką miarkę można przyłożyć do każdego kolejnego utworu. Gitarzysta przeżywa każdy kolejny grany numer i co chwilę było widać uśmiech na jego twarzy. Typowy Wolf na koncercie. Podobnie było w "London Leatherboys" - uwielbiam! Po nim szybciutko wracamy do nowej płyty i dostaliśmy "tribute to" AC/DC, czyli numer "Straight Up Jack". Bardzo przyjemne granie i bardzo fajnie weszło na żywo. Podobnie jak "Midnight Mover" - piękny numer, który nie został zagrany na Wacken, więc dla mnie to była pierwsza zmiana w secie. Po nim kolejny sztos - "Breaker" - o matko, o losie, ależ to jest petarda! I ponownie muzycy nie dają chwili wytchnienia, bo już lecimy z "The Abyss". To numer z kapitalnej płyty "Blood of the Nations", którą zespół powrócił po dłuższej przerwie i z nowym głosem. To był rok 2010... szok, ileż to już latek przeleciało od tego czasu. Ten album wmurował mnie w glebę i do dzisiaj wielbię na równi z klasykami z lat 80. Tym bardziej każda kompozycja z niego robi mi "bardzo dobrze". Tak też było w tym przypadku.

Czasu na przetrawienie tych przyjemności nie było za dużo, bo Accept odpalił medley w składzie: "Demon's Night / Starlight / Losers and Winners / Flash Rockin' Man" - ojaciepierdzielę... każdy z tych numerów powitałbym z otwartymi ramionami w pełnym wykonie. W szczególności "Losers and Winners", do którego mam wielki sentyment. Po takiej dawce emocji i ciosów - czas na coś spokojniejszego i tutaj sprawdził się "Frankenstein" z najnowszej płyty. Tego kawałka też nie było na Wacken, więc miło było go usłyszeć. Kolejnym wyciszeniem byłą kompozycja "Shadow Soldiers" - niesamowicie klimatyczna i świetnie sprawdzająca się na żywo. Tan numer przyniósł chwilkę wytchnienia i refleksji, że ten koncert niesamowicie pędzi, niczym jakaś szalona kolejka górska. Człowiek miał wrażenie, że to impreza ledwo się rozpoczęła, a tu już pomału trzeba spodziewać się finału. Tym bardziej, że zespół nie robi jakichś większych przerw pomiędzy kompozycjami, a Mark niewiele się udziela jeśli chodzi o konferansjerkę. Przed kolejną pozycją w setliście zespół zachęca publikę do śpiewu i już wiadomo, że odpalą "Princess of the Dawn" - kolejny z serii obowiązkowych punktów tego koncertu. Ktoś sobie wyobraża inne rozwiązanie? No właśnie. Pięknie zagrany i pięknie pośpiewany przez wszystkich zgromadzonych w Klubie Studio. Ale to tylko "rozgrzewka" przed kolejnym sztosem. "Metal Heart" nie trzeba specjalnie przedstawiać. Wizytówka i stempelek jakości Accept. Z obowiązkowo wypasioną solówką Wolfa i śpiewem publiki. Dla mnie osobiście bardzo ważny numer (kurczę, to już ponad 14 lat Przyjacielu...) i jak zwykle łezka została uroniona.

Weszliśmy w taki moment koncertu, że nie było chwili wytchnienia i przetrawienia czegokolwiek. Accept postanowił nas przeczołgać po całości i odpalił kolejną petardę w postaci "Teutonic Terror". Matko i córko... ależ ten numer żre! Od pierwszego odsłuchu jestem zachwycony i nic się w tym układzie nie zmienia. "TT" po prostu gniecie i mieli po całości. Refreny elegancko odśpiewane i szaleństwo sięga zenitu... "so we drive... through the night, with the howling wind at our backs..." - no sztos po prostu! Piękny numer i piękne wykonanie. Litości? Nie ma mowy. To nie jest opcją w tym momencie i zespół odpala "Pandemic". Wspaniale przedłużony częścią instrumentalną i muzycy mają swoją chwilę szaleństwa. Mark lekko wycofany, tylko dośpiewuje "Pandemic" od czasu do czasu. Na przodach sceny natomiast zabawa trwa w najlepsze. Podejrzewam, że to mogłoby trwać o wiele dłużej, bo Wolf i Spółka wyśmienicie się przy tym bawili. No ale nie można ciągnąć tego w nieskończoność. Efektowny finał i muzycy schodzą ze sceny? Co? Jak, gdzie i kiedy? Jaki koniec? Ależ to zleciało... No i znowu Accept nie daje nam chwili wytchnienia. Nie minęła minuta i wrócili na bisy. Ta szalona przejażdżka wydaje się nie mieć końca. Mark wnosi na scenę dmuchanego... rekina (nie pytajcie) i wiadomo od czego zaczną. "Fast as a Shark" wlatuje na pełnej, a rekin leci w publikę. Zespół na scenie morduje wszystkich przed nią. Ależ to jest moc i energia! Podziwiam w szczególności wokalistę, bo przecież Tornillo ma już "7" z przodu, a na scenie daje czadu niczym młodzieniaszek. SZACUN! Rekin zrobił kilka rundek pośród publiczności, z dwoma przystankami na scenie i na koniec utworu stoi w pionie trzymany przez jednego z fanów. Zwróciłem na to uwagę, bo to rozbawiło (nie pytajcie) mocno Marka, który akurat na scenie był na wprost mnie. Wraz z zakończeniem tego numeru rekin wraca na scenę i techniczny kończy jego występ odnosząc go zza kulisy. A tymczasem Accept bez większej zwłoki (Tygrysie? Pozdrawiam kto zna!) zaaplikował nam kolejną dawkę teutońskiego heavy metalu. Tym razem w postaci "Balls to the Wall". No nie może odbyć się koncert tego zespołu bez tego numeru. Prawda? Co tu dużo mówić... Bo w sumie nie ma co: przenumer i tyle w tym temacie. Ostatni punkt programu to dosyć lajtowy i przyjemny do pośpiewania "I'm a Rebel" (wiecie, że to cover?). Bardzo fajne zakończenie i podsumowanie tego koncertu.

Muzycy żegnają się z nami, burza oklasków, ukłony ze sceny i po chwili to wszystko zostaje ledwo wspomnieniem. Oj... ciężko to było sobie na szybko przetrawić i poukładać. Ten koncert przeleciał szybko... jak wiecie co. Accept w doskonałej formie koncertowej. Mają chłopaki moc i ogień. Zagrali godzinę i czterdzieści minut. I to było granie na pełnym gazie, bez jakichkolwiek przestojów i przeciągania. Przerwy zredukowane do minimum pomiędzy numerami, przed bisami to zejście bardzo umowne. A w setliście cios gonił cios. Zresztą, dla mnie Accept co by nie zagrał to w najgorszym przypadku będzie "dobrze+". Bo to zespół z tych, co właśnie na żywo sprawdzają się wyśmienicie, ewentualnie bardzo dobrze, a czasami zdarzy się "zaledwie" dobry koncert. Tym razem definitywnie było bardzo dobrze i cieszę się, że pomimo lekkiego "zjazdu" na Wacken nie odpuściłem tej sztuki w Krakowie, bo ominęła by mnie fajna, wróć!, bardzo fajna zabawa. Po koncercie jest chwila na spotkanie ze znajomymi przeróżnymi, niestety czasu za wiele nie miałem, bo trzeba było cisnąć na dworzec. Tam autobus i w drogę do Wrocławia. Na drugi dzień trzeba iść do roboty, no ale to już detal. Powiem Wam, że przez cały kolejny dzień w głowie kręcił mi się refren: "I'm a rebel - rebel - don't you just know it". I przyznam się, że czekam niecierpliwie na kolejny koncert Accept. A co!






Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 05.12.2024 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!