 Wacken Open Air 2024 Wacken - 31.07-03.08.2024 r.
Wyjazd na Wacken Open Air 2024 zaplanowaliśmy sobie na poniedziałek. Impreza zaczyna się co prawda w środę, no ale postanowiliśmy podarować sobie "odrobinę relaksu" i spędzić wtorek na "nicnierobieniu". Podróż do Niemiec upływa nam w sielankowych nastrojach - ekipa sprawdzona (Michał i Igor), prognoza pogody wyborna (brak deszczu), więc humory dopisują. Tuż przed Hamburgiem dowiadujemy się, że punkt odbioru akredytacji ("Check-In") jest czynny w godzinach 6-21. W poprzednich latach zawsze był czynny 24h, więc automatycznie założyliśmy to samo. Problem jest taki, że nasza nawigacja pokazuje czas dojazdu 21:45. Mała konsternacja, no ale dzwonimy tam i przedstawiamy naszą sytuację. Dostajemy info, że mamy się nie stresować i spokojnie przyjechać, bo ktoś na nas poczeka i dostaniemy opaski bez problemu. Super wiadomość, bo jakoś nie uśmiecha się nam koczować w aucie do 6 rano. Na miejscu okazuje się, że rzeczywiście punkt jest zamknięty, światła wygaszone na parkingu... no ale pan ochroniarz opuszcza sznurkowy szlaban i informuje, że jesteśmy oczekiwani. Super! Szybciutko załatwiamy nasze formalności i podczas płacenia za parking jedna z dziewczyn tam pracujących (niechaj będzie nazwana Pani Helga) ze śmiechem i rozbawieniem stwierdza, że powinniśmy zapłacić ciut więcej, bo oni wszyscy (przy tym pokazuje nam te kilkanaście osób siedzących w grupce) na nas czekali. Cała ekipa w śmiech i kiwają głową z uznaniem dla swojej koleżanki... Cóż - niezła próba "zawstydzenia" nas, ale w tym momencie wjeżdżam ja, cały na bia... czarno i wyciągam z kieszeni ciasteczka, które zabrałem ze sobą z samochodu. Jakoś tak pomyślałem, że coś wezmę właśnie w takim celu. I trafione w punkt! Udało się pozytywnie zaskoczyć załogę Check-In i oczywiście sporo śmiechu przy tym było. A całkiem serio - to mega pozytywne słowa uznania za tak fajne załatwienie naszego gapiostwa. Po tych przygodach udajemy się na prasowe pole namiotowe i tutaj klasyka - piwo, namioty, piwo, kolejne piwo... i za jakiś czas nasze obozowisko osiąga poziom 100% rozłożenia. W trakcie dociera do nas Waldek, który dotarł na miejsce kilka godzin wcześniej i tym samym nasza paczka jest w komplecie. A skoro wtorek to "Dzień 0", więc możemy sobie pobiesiadować, co też się wydarzyło.
Po sielankowym wtorku nastała środa i to też czas, żeby zabrać się do porządnej roboty. Zaczynamy w samo południe koncertem naszego Crystal Viper. Kilka minut przed nim meldujemy się z Michałem pod sceną Faster (mniejsza główna) i nawet udaje nam się zakotwiczyć na barierce. Zespół dostał godzinkę na scenie, co przełożyło się na 11 numerów praktycznie z całej dyskografii. Były dwie kompozycje z najnowszej płyty "The Silver Key": "Fever of the Gods" (od tego zaczęli występ) i tytułowy. A ponadto obowiązkowe dla mnie "The Last Axeman", czy "Metal Nation". Na scenie oczywiście w roli głównej Marta Gabriel, która na scenie czuje się jak przysłowiowa "ryba w wodzie". Pełno energii i koncertowego szaleństwa. Zresztą reszta załogi też swoje dokładała i ten koncert oglądało się z dużą przyjemnością. Po heavy metalowych klimatach czas na lekką (tjaa...) zmianę, bo przed nami występ Butcher Babies. Co prawda to muzycznie zupełnie nie moja bajka, no ale postanawiam choć chwilę posłuchać. Skończyło się, że zostałem do końca. A o koncercie opowie Michał.
Koncert Amerykanów wpisał się w trend małej (hehe małej) Louder Stage, w myśl którego tego dnia rządziły nią panie. Pamiętałem, że zespół ma dwie wokalistki, jedną znaną głównie ze śpiewania oraz - za Wikipedią - "występów w filmach pornograficznych z gatunku softcore". Okazało się jednak, że Carla odeszła z zespołu i jedyną wokalistka, która zaprezentowała się na Wacken była urocza Heidi. Zespół zaprezentował nam solidną dawkę amerykańskiego metalu - momentami było thrashowo, deathowo, często zahaczało toto o różne core'y. Niemniej okraszone to było niezłym brzmieniem i świetną energią Heidi, która - czy już to pisałem? - była urocza. Pisząc urocza mam na myśli to, że pani wokalistka wygląda na niezłą ziomalkę! Założę się, że jako nastolatka była pierwszą która wspinała się na drzewa, rywalizowała z chłopakami na wielu polach i nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Ot dziewczyna z sąsiedztwa, z którą można się zakumplować i konie kraść. Ale, ale - przede wszystkim na koncercie zaprezentowała nam świetny wokal! Przechodzenie od czystego śpiewu w głęboki growl - naprawdę zacne doświadczenie! No i okazało się, że Heidi rzeczywiście jest ziomalką jak się patrzy. Wyobraźcie sobie, że w pewnym momencie zeszła do ludzi, wlazła w tłum i... kazała robić moshpit wokół siebie. Niezapomniany obrazek. Ochroniarze nieco się spocili ze stresu, ale publika pokazała klasę - nie było żadnych krzywych akcji, prób nachalnej interakcji itd. Ależ super sprawa! Koncert - zdecydowanie na plus. Chyba przytulę ucho do materiału Amerykanów!
 Totalnie rozwaleni poprzednim koncertem spokojnie oczekujemy na występ Girlschool. Szybka wymiana sprzętu, ostatni próby i ustawienia - proza oczekiwania przy barierce. Wreszcie wybija 15:15 i można zaczynać. Dziewczyny wyskakują na scenę, a Kim McAuliffe w połowie drogi do swojego statywu zawraca i schodzi ze sceny. Co? Po chwili wraca i niesie ze sobą... piwo które odstawia sobie przy perkusji. No tak, są rzeczy ważne i ważniejsze, prawda? To też pięknie pokazuje jak bardzo liderka kapeli jest wyluzowana. Zresztą podczas koncertu kilka razy to pokazywała. Na przykład podczas rozmowy z publicznością pomiędzy numerami, wyciągnęła chusteczkę i zaczęła w nią smarkać... Po czym stwierdziła, że w sumie nie powinna tego robić przy mikrofonie, bo nie wypada, po czym ze śmiechem kontynuowała swoją toaletę. Po tylu latach grania na pewne rzeczy ma się po prostu wywalone. A muzycznie? Bardzo fajne, staroszkolne (a jak!) granie. Aż pięć numerów z wydanego w 1981 roku albumu "Hit and Run" i trzy z debiutu "Demolition" z 1980. A był jeszcze tytułowy z albumu numer 3, czyli "Screaming Blue Murder" który jest starszy od debiutu o dwa lata. Takie oto były starocie! Z nowszych dziewczyny zagrały "It Is What It Is" z tegorocznej płyty "WTFortyfive?" i "Guilty as Sin". Girlschool lubi w covery i tu dostaliśmy dwie sztuki: "Race With the Devil" od The Gun i nieśmiertelny "Bomber" z wiadomą dedykacją dla wiadomo Kogo. Na scenie pełen luzik i sporo dobrej zabawy, a dziewczyny zero spiny i to był bardzo fajny koncert. Bez fajerwerków, wodotrysków i innych efektownych gadżetów. Zespół, muzyka i publika. Kilka godzin później spotykam zespół w ogródku prasowym i dobrze się składa, bo mam do podpisu wspólną fotkę z 2008 roku. Gitarzystka Jackie Chambers dopytuje czy to zdjęcie było zrobione też na Wacken i w którym roku. Szybka matematyka i ze śmichem stwierdza, że "16 lat minęło, a my wciąż tacy piękni". Pstrykamy kolejną fotkę i Jackie umawia się, że podpiszemy ją również po kolejnych 16 latach. No to umówieni!
Po tych trzech bardzo przyjemnych koncertach odbijamy w końcu od tej barierki i wracamy na pole namiotowe. Czas posilić się i za dwie godzinki wrócić na jedną z mniejszych scen, gdzie zagra hiszpański Hitten. Zespół powstał kilkanaście lat temu i na swoim koncie ma 5 studyjnych albumów, a muzycznie jest to klasyczne podejście do heavy metalu. Pod koniec maja grali koncert we Wrocławiu, ale jakoś nie udało mi się na nim być, więc teraz jest okazja nadrobić temat. Chłopaki dostali 45 minut i przyznam szczerze, że zrobili bardzo dobre wrażenie. Sporo energii, życia i dobrej muzy. Dyskografii totalnie nie znam, bo to pierwsze moje spotkanie z tym zespołem o którym dowiedziałem się przy okazji tego majowego koncertu. Ale na pewno bliżej zapoznam się z ich dokonaniami, bo to co usłyszałem na Wacken zrobiło dobre pierwsze wrażenie.
Kolejna pozycja w programie to Flogging Molly o którym opowie Michał.
Był kiedyś - w sumie całkiem niedawno jeszcze - taki klub we Wrocławiu, do którego chodziło się zawsze na dobicie imprezowe i zostawało do 8, czasem 9 rano. To co było tam niezmienne, to playlista składająca się z powtarzających się numerów a wśród nich "Devil's Dance Floor" - niesamowicie dynamiczny numer do skakania, wspólnej zabawy, z irlandzkim folkowym sznytem. Klubem zaś było nieodżałowane Niebo. Niesiony tymi wspomnieniami postanowiłem na własne oczy i uszy sprawdzić jak ten celtycki punk sprawdzi się na żywo. No cóż - było energetycznie, było zabawowo, było irlandzko, akustycznie, folkowo, z wykopem etc. Kolejny koncert z cyklu "sympatyczny" - miło spędzony czas, ale zdecydowanie nie koncert życia - ot wypełniacz czasu. No dobra... na wspomnianym wcześniej klasyku nawet pokrzyczałem z muzykami i potupałem nóżką. Widząc, że Niemcy lubią tego typu klimaty i co roku na Wacken zapraszają co najmniej jedną gwiazdę mieszczącą się w kategorii "turbo-folk" - nietrudno zgadnąć, że tłum pod sceną nie tylko tupał i śpiewał ale po prostu szalał do upadłego zdzierając gardła!
Każdego roku śmiejemy się z ekipą, że na Wacken zapraszana jest tak zwana "sekcja geriatryczna". W skrócie - to artyści, którzy swoje lata już mają i często - niestety - odcinają kupony od dawnej sławy, albo zespoły będące którąś tam inkarnacją klasycznego składu. Tym razem awansem zaliczyłem do tej kategorii również niejaką Suzi Quatrro. Nazwisko które gdzieś, kiedyś obiło się o uszy. Stwierdziłem, że z ciekawości pójdę, posłucham i najwyżej po dwóch kawałkach przeniosę się pod inne sceny. Jakimż ja byłem ignorantem. Już od pierwszych nut pierwszego kawałka poczułem się raczej jak w dużym kasynie w Las Vegas, w którym prawdziwa gwiazda rocka daje popis swoich umiejętności, niźli jak na festiwalu metalowym. Stało się to zarówno dzięki charakterowi muzyki, sposobu jej wykonywania jak i dzięki paniom, które śpiewały w chórkach. Ich układy choreograficzne to temat na osobny opis - w skrócie tylko napiszę, że było zabawnie, było sympatycznie, było kiczowato. Ale do cholery - taki jest rock'n'roll. A babcia Suzi wyglądała tutaj na profesorkę starego, dobrego rock'n'rolla. Od początku energia, która zawstydziłaby niejednego młodszego artystę. Ogromny entuzjazm, dystans do siebie (74 lata na karku i machanie tyłkiem niczym kaczka kuprem i śmianie się z siebie - proszę bardzo!), a przy tym wszystkim naprawdę świetny kunszt muzyczny. To był po prostu świetny koncert ładnych, rockowych piosenek.
Oczywiście największy entuzjazm wywołało wykonanie największego hitu Artystki, czyli "Stumblin' In" - wtedy też do mnie dotarło "TO TA! SUZI QUATRO!!!". Nie mniejszy aplauz wzbudził odśpiewany chóralnie przez publiczność cover w postaci "Rockin' in the free world" Neila Younga. Osobiście podobał mi się moment koncertu, w którym Suzi zasiadła za pianinem, aby wykonać wzruszającą pieśń dedykowaną swoim rodzicom, którzy "z pewnością patrzą teraz z góry". Kurczę, było coś przejmującego w tym, że niemłoda już przecież babeczka ze świadomością przemijania o tym przemijaniu mówi, wyrażając jednocześnie wdzięczność - rodzicom, światu, fanom. Nieco znużyły momenty przedstawiania poszczególnych członków zespołu - swoją drogą fantastycznych muzyków! - które oczywiście wiązały się z odpowiednimi solówkami każdego z nich. Zwieńczyło to długaśne solo na basie głównej bohaterki tego wieczoru. Dla mnie nieco "przegadane", ale z drugiej strony - znowu, czyż to nie jest rock'n'roll? Jeśli będziecie mieli okazję - idźcie na koncert Suzi Quatroo. Poczujecie trochę "ameryki", sporo bluesa, szczyptę estradowego Vegas i tony pozytywnego rock'n'rolla! Polecam!
 Ja tymczasem korzystam z dobrodziejstw mniejszych scen i tutaj na mnie czeka koncert zespołu Portrait. Sytuacja podobna jak z Hitten - dyskografii nie znam, na koncercie wcześniej też nie widziałem. Z tym, że tutaj mówimy o zespole ciut starszym, który powstał w 2005 roku i w swoim dorobku ma też kilka albumów. Muzycznie klasycznie grany heavy metal, Szwecja i to już dużo mówi, prawda? Portrait bardziej mnie zaciekawił niż Hitten i na pewno zrobię jakiś podjazd do tego zespołu. Muzycy w pełnym gazie, sporo energii i dobrej zabawy. Standard, co nie? 45 minut które zespół miał do dyspozycji zostało bardzo dobrze wykorzystane i przyznam, że z poziomu barierki bardzo dobrze to odebrałem.
Po Szwedach szybka zmiana barierki na sąsiednią scenę, bo tutaj za kwadrans zagra formacja Evile. I to był mój kolejny debiut jeśli chodzi o sprawdzenie zespołu w scenicznym boju. Panie i Panowie - takiego wpierdzielu to ja się nie spodziewałem. Od pierwszej do ostatniej nutki była chłosta. Thrash metalowa chłosta. Zespół wyszedł na scenę i przez godzinę nie odpuścili ani na minutę. Zero wymuskanych dźwięków, zero przyjemnych melodyjek, a w zamian totalna thrashowa jazda bez trzymanki. Bez oglądania się na trendy, czy to co modne. Przulutowali aż miło. Cztery numery z debiutu "Enter the Grave", po dwa z "Five Serpent's Teeth" i "Hell Unleashed", a ponadto "Infected Nation", "Head of the Demon" i "The Unknown". Zresztą dobór utworów tak naprawdę nie robi różnicy, bo Evile na żywo to jakieś pierońskie diabły wcielone. Muzycy nieźle nakręceni i nie dają nam żyć, no ale przecież o to chodzi. W jednej z przerw pomiędzy numerami wokalista/gitarzysta Ol Drake zagaduje i mówi ze śmiechem, że nazywają się Evile i mogliśmy tego nie wiedzieć, bo gdzieś im zaginął backdrop z nazwą zespołu. Rzeczywiście za perkusistą była czarna ścianka, ale czy to komuś przeszkadzało? Zupełnie nie, bo ze sceny leciały same dobrocie. Muszę przyznać, że to był dla mnie jeden z lepszych koncertów tego festiwalu. I przy najbliższej okazji bardzo chętnie dam się wychłostać tej kapeli po raz kolejny.
I na tym zakończyły się emocje dnia pierwszego festiwalu. Można spokojnie udać się na obozowisko i tutaj powymieniać się wrażeniami i emocjami z tego dnia. Obowiązkowo przy czymś rozweselającym i krzepiącym. No ale przeginać nie możemy, bo kolejny dzień zaczynamy przed południem!
Czwartek zaczynamy bardzo wcześnie, bo już o godzinie 11:25 swój występ w ramach Wacken Metal Battle zaczyna nasza Aquila (swoją drogą pozdrowionka dla sympatycznej ekipy!!). Pora jak na festiwal dosyć okrutna, no ale nie było marudzenia. Wcześniejsze śniadanko, kawa, piwko i marsz pod scenę. A tam same dobrocie. Aquila miała do dyspozycji ledwo 20 minut (standard w tym temacie) i wykorzystała je w doskonały sposób. Brawurowo zagrany heavy metal, świetny retro image i pełna energia na scenie. Konferansjerka też pozytywna i koniec końców zespół zajął doskonałe drugie miejsce!! Brawo Chłopaki!! A swoją drogą to te drugie miejsce nas trochę "prześladuje", bo z takim wynikiem kończyły tutaj i Chainsaw i Corruption. Mam nadzieję, że doczekam kiedyś polskiego triumfu w Wacken Metal Battle.
Prosto z występu naszych rodaków udajemy się na koncert DIO Disciples o którym opowie Michał.
Posłuchać Joey'a Belladonę zawsze jest miło. Podobnie zobaczyć w akcji Simona Wrighta. I z takim właśnie myśleniem wybraliśmy się ekipą na koncert projektu powołanego przez wdowę po Mistrzu, w celu zachowania pamięci o tym niezwykłym Artyście. Liczyliśmy na luźny koncert w myśl zasady, że człowiek lubi te melodie, które już kiedyś słyszał. Oj jak bardzo się zawiedliśmy. Materiał odegrany bez ikry, nieco na siłę. Magii w tym nie było za grosz, a muzycy - pomimo dużego doświadczenia zabrzmieli dla mnie jak marny coverband. Dopełnieniem tego był fakt, że choćby "Holy Diver" czy "Heaven and Hell" zaśpiewany został przez Joey'a zapatrzonego co chwilę w tableta, na którym jak mniemam wyświetlał się tekst. Cholera - trzy czwarte publiki zna takie klasyki na wyrywki. Tutaj jednym tłumaczeniem dla mnie może być wiek wokalisty lub naprędce powołany skład. Zawiódł mnie ten występ do tego stopnia, że drugą jego połowę wysłuchałem ze sporej odległości chillując i oczekując na kolejne muzyczne dania tego festiwalowego dnia.
Po tym koncercie mam aż trzy godziny wolnego, więc wykorzystuję to na zakupy, obiad i na 16:15 melduję się pod główną sceną, gdzie swoją "40" świętuje Rage. Trochę to skomplikowane z tą rocznicą, bo nie do końca wiem jak to policzono, no ale to niezbyt istotne. Zespół zagrał bardzo przekrojowy set, bo dostaliśmy numery z 10 płyt. Dwa numery z najnowszej "Afterlifelines" ("Cold Desire" i "Under A Black Crown") których totalnie nie znałem. Ponadto garść obowiązkowych klasyków: "End of All Days" (super mi siadł), "Higher than the Sky", "Great Old Ones" (bardzo lubię), czy "Black in Mind" (sztos!). Nie mogło również zabraknąć "Don't Fear the Winter", czy "Straight to Hell". Zespół w całkiem dobrej formie jedynie lekkie marudzenie mogę mieć w temacie wokali, no ale Peavey nigdy wybitny w tym temacie nie był. Poza tym fajnie energetycznie na scenie, kilka moich "szlagierów" wpadło, więc ogólnie pozytywne wrażenie pozostało. To był mój 10 raz z Rage, więc ja też swój jubileusz miałem.
 Prosto z koncertu Rage udałem się pod scenę Faster, bo tam swój występ rozpoczyna zespół Mr.Big, który żegna się z publicznością. Zespołu na co dzień nie słucham, no ale taka okazja to grzech nie skorzystać. Pod sceną bardzo familijna i spokojna atmosfera, a na scenie zespół w totalnym luzie serwuje swoje numery. Ja oczywiście czekam na dwa "hiciory" które kojarzę jeszcze z czasów MTV (tak, tam kiedyś leciała fajna muzyka) i spokojnie obserwuję zespól na scenie. Wokalista Eric Martin już troszkę nie dowozi wokalnie, no ale to bez znaczenia. Drugiej takiej okazji już nie będę miał. Wreszcie doczekałem się "To Be With You" i jak się okazało nie tylko ja czekałem na ten numer. Publika w roli głównej i zrobiło się bardzo przyjemnie. Zespół od razu poprawił moim nr 2 ("Wild World") i jestem ukontentowany. A jeszcze wcześniej poleciał "My Kinda Woman", który też był mi znany. Po zaliczeniu swoich "pozycji obowiązkowych" robię wymarsz pod jedną z głównych scen, bo tutaj za chwilkę kolejne przyjemności.
W oczekiwaniu na koncert KK's Priest zastanawiam się czym zostanę uraczony. Coverami Judas Priest - to oczywiste. Ale skoro na wokalu jest Ripper Owens, to mam cichą nadzieję na jakiś numer z czasów "Jugalator". Bardzo lubię ten album, dodatkowo mam kapitalne wspomnienia z koncertu w Spodku z 1997 roku. Judasi wtedy byli bez Halforda, ale Ripper elegancko dał radę. Zresztą to był mój pierwszy raz z Priest, a takie koncerty zawsze dobrze się pamięta. Co jeszcze - no wiadomo, że utwory z płyt KK's Priest. W tym temacie to mam 50% wiedzę, bo znam tylko album "The Sinner Rides Again". Tej pierwszej "Sermons of the Sinner" nie poznałem jeszcze. Tak jak pisałem w recenzji - to granie mi w 100% odpowiada i nie mam z tym problemu, że to "kalka" Judas Priest. Przecież o to właśnie chodzi. KK całe życie grał w tym zespole i jak wiadomo w ciągu sekundy zdecydowałby się do niego wrócić. No ale to się nie dzieje, więc nagrywa i koncertowo prezentuje swoją muzykę. Moje rozkminy i rozmyślania przerywa początek koncertu, którym było przydługie intro z dosyć tandetnymi animacjami i sporym wprowadzeniem. Mało to mnie interesowało, bo wolę konkret, czyli muzykę. A tu zaczynamy od "Hellfire Thunderbolt" z efektywna pirotechniką w refrenach. Całkiem fajny numer i zachęta do zapoznania się z debiutem. Ale numer dwa i trzy ("Strike of the Viper" i "One More Shat at Glory") dają jeszcze więcej czadu. No ładnie się rozkręcamy, nie ma co. Ale to tylko przystawka do łakoci które wjechały później. Ripper zagaja "What's My Name?" i już wiadomo, że polecimy z "The Ripper"! No i elegnacko. Ale tego się akurat spodziewałem. Podobnie jak w sekcji bisowej "Breaking the Law", "Diamonds & Rust", czy "The Green Manalishi (with Two Prong Crown)". Z zaskoczeń na pewno "Sinner", który poleciał na sam koniec i było to pierwsze wykonanie tego kawałka przez KK's Priest. A co jeszcze z zaskoczeń - niewątpliwie "Night Crawler" - oj to mi zrobiło dobrze. A jeszcze lepiej dopieścił mnie "Hell Patrol" - cudo i klasa! No i dostałem swojego "cukierka" w postaci "Burn in Hell"!! Oj jak mi się gęba ucieszyła jak ten numer wleciał, to nie mam pytań. Były jeszcze zagrane "Reap the Whirlwind" z dwójeczki i "Raise Your Fists" plus tytułowy z jedyneczki.
To był dla mnie bardzo dobry koncert. KK ostatnio widziałem na scenie w 2005 roku (koncert w Wilnie), bo z tego co pamiętam to na Wacken Open Air 2011 grał już Ritchie, więc już trochę czasu upłynęło. A na scenie wszystko się zgadzało. Gitarzysta w swojej bardzo dobrej formie, choć początek koncertu troszkę w tyle sceny. Na szczęście później się z lekka "ośmielił" i paradował na froncie. Ripper - tutaj wokalnie całkiem nieźle, ale forma nie była idealna. Troszkę jakby pary w tym śpiewie brakowało, co nie oznacza braku mocy. Widziałem tego wokalistę i z Judas Priest, z Iced Earth i również na solowym koncercie z coverami. I chłop ma petardę w głosie. No ale może to już upływ czasu i troszkę zużycie instrumentu wjechało? Ale stop, bez marudzenia i dzielenia włosa na czworo - bardzo dobry koncert i 3-4 sztosy weszły. Wolałbym osobiście, żeby tych "kotletów" z dyskografii Priest nie było, a w zamian jakieś mniej ograne numery. Z drugiej strony rozumiem, że trzeba dopieścić fanów takim "Breaking the Law".
Dwie godzinki z małym okładem przerwy i na sąsiedniej scenie swoje show zaczyna Accept. Weterani heavy metalu mają w moim serduszku swój kącik i tutaj od lat nic się nie zmienia. Pierwsze płyty do dla mnie elementarz muzyki której słucham, a koncert na Wacken 2005 z Udo na wokalu był "przyczyną" dla której pojechałem na ten festiwal. No i tak się jakoś stało, że od tego czasu rok w rok tam jestem. Ale nie o tym przecież mowa, ino o koncercie Accept. Widziałem ten zespół po raz siódmy i muszę przyznać, że pomału mam problem z tymi koncertami. Pomijam fakt, że tych oryginalnych muzyków zaczyna powoli brakować, ale większym problemem jest "odhaczanie" kolejnych klasyków. Żebyście mnie dobrze zrozumieli - uwielbiam te numery: "Restless and Wild", "London Leatherboys", "Breaker", "Princess of the Dawn", "Metal Heart", "Loser and Winners", "Starlight", "Flash Rockin' Man", "Fast as a Shark" itd. itp. Ale... na koncercie mam wrażenie, że zespół idzie od jednego klasyka do drugiego i z góry wiadomo co do koszyczka wpadnie. Nie wiem, może marudzonko wjechało za bardzo, ale brakuje mi jakiegoś spontanicznego zaskoczenia jeśli chodzi o formułę koncertów Accept. Brakuje tych mniej ogranych numerów, co prawda był "The Abyss", no ale to kropelka. No ale co Pan zrobisz? Koncertowo to się broni, ludzie doskonale się bawią i chyba to jest najważniejsze. Trochę męczyło mocno wywalone do przodu basy i momentami to nie było przyjemne. A sam zespół w super formie i miło było patrzeć jak się bawią na scenie. Ostatni numer to był oczywiście "Balls to the Wall" i tutaj gościnnie wyskoczył Ripper Owens, który hmm... no wyglądał na bardzo "zmęczonego" - "if you know what I mean" hehe. W skrócie i bez oceniania - przez te dwie godzinki od zakończenia swojej roboty na sąsiedniej scenie - wokalista nieźle "urzędował" na backstage. Ale coś tam dośpiewał i trochę humoru wniósł, bo przed numerem dopytywał czy aby na pewno nie jest spóźniony. Fajna akcja z tym dodatkowym smaczkiem. Koncert mimo swojej przewidywalności na plus.
 Kwadrans później kolejna moja podróż sentymentalna, bo na scenie obok melduje się formacja Scorpions. Cóż nie ukrywam, że do tego zespołu mam olbrzymi sentyment i sporo razem przeszliśmy. Olbrzymi staż, mnóstwo nagranych płyt, że o wieku muzyków już nie wspomnę - to wszystko robi ogromne wrażenie. Niestety mocno zasmucił mnie stan fizyczny Klausa Maine. O ile jeszcze dwa lata temu w Tauron Arenie wyglądało to całkiem dobrze, to teraz już niezbyt. Wokalista był zupełnie bez energii i momentami wydawał się ciut jakby zagubiony. Nawet niezbyt wiele do publiki gadał, a jak już przemówił to mocno zmęczonym głosem i z jakby dużym wysiłkiem. O dziwo - śpiew był bardzo dobry i tutaj oczywiście pojawia się temat czy to się odbywało "na czysto", czy też jakieś "podpórki" wokalne były. Ja śmiem przypuszczać, że jednak opcja numer dwa, ale co ja tam się znam. Zresztą i tak to było dla mnie nieistotne, bo temu zespołowi akurat wybaczam nawet takie "czary-mary". Nie ma sensu się zadręczać takimi rozkminami i lepiej skupić się na koncertowej zabawie. I tak też postanowiłem zrobić. Sam koncert bardzo fajny, miły i przyjemny. Ten sam zestaw jak w Tauronie, te same akcje i atrakcje. Muzycy w fajnej formie i na dużym stężeniu energii. Z wielką przyjemnością patrzyłem na gitarzystów (Schenker i Jabs) jak dają czadu. Pan Perkusista to oczywiście gra w swojej lidze, a jakby ktoś zapomniał to przypominam - Mikkey Dee. Dziękuję. Dobranoc.
Jeśli chodzi o grane numery to oczywiście petardy takie jak: ""Blackout" (ależ to jest korba na żywo!), "Big City Nights" (gościnnie Doro!), "The Zoo", "Make it Real" czy piękny "Coast to Coast". Był oczywiście "obowiązkowe" ballady "Wind of Change" i cudownie mnie wzruszający "Send Me An Angel". Oj działo się działo. Jak dla mnie to piękne sprawy. A ponadto przecież były fajne rzeczy jak "Tease Me Please Me", "Bad Boys Running Wild", czy "Gas in the Tank". No i oczywiście sekcja bisowa w postaci "Still Loving You" i "Rock You Lika A Hurricane" - klasa. Ponadto piękne solo gitarowe Matthiasa "Delicate Dance" i szalona zabawa perkusisty w "New Vision". Co to jest za solo na perkusji, to ja nie mam pytań. Jak zwykle marudzę na te toporne nawalanki na dwie stopy i obijanie wszystkich bębnów w jak najszybszym tempie, tak tutaj chylę czoła. Całość jest odpowiednio zaaranżowanym teatrzykiem z obowiązkowym "Scorpions Jackpot" na telebimie (z przyjemnym wspomnieniem Lemmy'ego) i krótko mówiąc robi robotę. Na pewno nie ma nudy. To był bardzo fajny koncert i mam nadzieję, że nie ostatni jaki widziałem.
I to był ostatni akcent drugiego dnia festiwalu, który trwał dla mnie od 11:25 do północy. Kurde, niezła dniówka! Powrót na pole prasowe, tutaj klasycznie wymiana wrażeń, dzielenie się emocjami przy odpowiednich trunkach, no ale to standard i oczywista oczywistość. Dzień trzeci będzie najluźniejszy i rano można pospać, bo pierwszy koncert dopiero o 14-tej. Lubię to!
Piątek to był dla mnie najluźniejszy dzień festiwalu - niewiele ciekawego dla mnie się działo. Pierwszy koncert który sobie upatrzyłem to było Alcatrazz o godzinie 14:00. Wielkim (a nawet małym) fanem nie jestem, no ale skoro na scenie gra zespół z którym w latach 80. płyty nagrywali Yngwie J.Malmsteen i Stevie Vai, to warto go zobaczyć. Muzycznie to oczywiście klasyka klasyki i tutaj zaskoczenia nie było. Zespól dostał 45 minut i bardzo fajnie je wykorzystał. Aż cztery numery poszły z debiutu ("Hiroshima mon amour", "Jet to Jet", "Too Young to Die, Too Drunk to Live" i obowiązkowy "Island in the Sun") i to w zasadzie zrobiło ten koncert. Z dwójeczki jeszcze wleciał "God Blessed Video". Zespół zaprezentował też dwa numery z ostatniej swojej płyty ("Take No Prisoners" z 2023 roku): "Little Viper" i teledyskowy "Bring on the Rawk". Ogólnie koncert bez większej historii, ale cieszę się, że udało mi się odhaczyć kolejny zespól którego wcześniej nie widziałem.
Po tym koncercie mam aż... 4 godziny nic nie robienia. Tak jak wcześniej wspomniałem - mega leniwy ten dzień jest. Pożytkuję ten czas na jakieś drobne zakupy, obiad i ogólne nic nie robienie. Dopiero o 19-tej kolejny koncert (Gene Simmons) o którym opowie Michał.
Ehhh... jeszcze nie widziałem i raczej już nie zobaczę KISS na żywo. Kiedyś zasłuchiwałem się w materiale zespołu, potem mi przeszło a dziś... hmmm... A dziś chciałbym zobaczyć ich raczej z sentymentu i ciekawości niż z powodów muzycznych. Na szczęście organizatorzy WOA wpadli w tym roku na pomysł zaproszenia ojca założyciela w osobie Gene'a Simmonsa. Wiedziałem, że poza swoimi rzeczami basista zagra z pewnością klasyki swojego macierzystego zespołu. Nie mogłem sobie tego odmówić. W sumie na 15 kawałków, aż 13 było coverami - chociaż nie wszystkie coverami KISS. Rozpoczęli od "Deuce" - fajny start, potem dowalili "War Machine" czy autorskie "Are You Ready". Koncert rozpędzał się swoim tempem i był raczej sympatycznym zjawiskiem niźli super rockową ucztą. Ciekawym (i odważnym w dzisiejszych czasach!) ruchem, było zaproszenie na scenę "niemieckich dzieci" w celu odbycia krótkich pogawędek oraz odśpiewania wspólnie jednego z utworów. Oczywiście Gene - jak to Gene - nie byłby sobą, gdyby nie zakrył "niby humorystycznie" loga na koszulce jednej z dziewczynek. Loga, które nie było - bynajmniej - logiem jego kapeli. Koncert był poprawny, momentami więcej gadania niż grania. Mimo to czas zleciał szybko i ani się obejrzałem a już śpiewałem razem z tłumem, że chciałbym "rock'n'roll all night and party every day". Ok - panie Gienku, jeśli jeszcze zagracie z kolegami w makijażach i z tym całym cyrkiem (wiem, wiem, była już trasa pożegnalna) to może i się jednak na Was wybiorę?
 Gene ciutkę przynudzał, więc urywam się z tego występu i wędruję pod mniejszą scenę, bo tam gra Primal Fear. Dawno chłopaków nie widziałem, bo nasze ostatnie spotkanie miało miejsce w 2016 podczas festiwalu w Goleniowie. Tam też przeprowadzaliśmy wywiad z mega sympatycznym Tomem Naumannem, a swoje dokazywali i Matt Sinner i Ralf Scheepers. Na ich występ wbiłem gdzieś w okolicach połowy seta i od razu pomaszerowałem mocno do przodu. Na spokojnie w 4 rządku się odmeldowałem i mogłem chwilkę się pobawić przy klasykach niemieckiego heavy metalu. Ostatnio z tym zespołem studyjnie mam zaległości i nie znam (o zgrozo!) dwóch ostatnich płyt. No i od razu mogłem jeden numer poznać, bo Primal Fear zagrał "Another Hero" z albumu "Code Red". To numer otwierający to wydawnictwo, więc wiadomo, że jest konkret. Szybka poprawka "Nuclear Fire" i już czuje się jak w domu. Na scenie pełna petarda i ogień. Zespół gra przy słońcu które jest już nisko nad ziemią i wszystko jest oświetlone złotą poświatą. Wygląda to lekko abstrakcyjnie, bo jesteśmy jednak przyzwyczajeni do widoku scenicznych świateł, a tutaj jest... jesienne złoto. Tymczasem przeskakujemy do 2018 roku i płyty "Apocalypse" z której leci "King of Madness". No taki średni ten numer, ale zespół nie zwraca na to uwagi i szybko odpala "The End is Near". I tutaj żarty się kończą. Ależ to jest petarda, a podkręcona na żywo - palce lizać. W pewnym momencie Tom spogląda na mnie ze sceny, przypatruje się chwilę i chyba coś mu zaczyna świtać. Po chwili uśmiech i serdeczne pomachanie ręką w moją stronę. Ale to fajne i miłe było. Ciekawe, czy sobie przypomniał naszą pogawędkę w Goleniowie, czy po prostu skojarzył, że ta gęba jest mu znana. Rozkminy za długiej nie mam, bo Ralf ogłasza: "Metal is....?", na co czujna publika jest przygotowana: "FOREVER!!!". I lecimy z tym klasykiem Primal Fear. Refreny na pełnej i sporo dobrej zabawy. A na zakończenie elegancko wszedł "Final Embrace" i tym samym mój 8 raz z Primal Fear dobiegł końca. Kurczę - miałem wpaść tylko na 2-3 utwory, ale "melanż mnie poniósł" i jestem mocno spóźniony (30 minut!!) na Blind Guardian. Ale nie żałuję. Tym bardziej jak się teraz okazało, że z zespołu odszedł m.in. Tom (po raz trzeci!) - to fajnie było go zobaczyć po raz ostatni (mam nadzieję, że chwilowo) w Primal Fear. No nic, pędzę pod główną sceną, bo Blind Guardian!
Blindów widziałem we wrześniu 2023 roku we Wrocławiu, więc aż tak bardzo tego początku koncertu nie żałowałem. Tym bardziej, że to jest ta sama trasa i szkielet setlisty jest ten sam. Rotuje kilka numerów, ale większość pozycji jest taka sama. No i tutaj jeśli chodzi o zmiany to udało się załapać na numery których nie było we Wrocławiu: "Bright Eyes" (mega lubię!), "Lost in the Twilight Hall". Oczywiście największa korba była przy "Majesty", "Valhalla", czy "Mirror, Mirror". Nie mogło zabraknąć wspólnego odśpiewania "The Bard's Song - in the Forest" - oczywista oczywistość. Na scenie klasyka również - Hansi w genialnej formie, Marcus ze swoimi charakterystycznie śpiewanymi chórkami i znany wszystkim ruch sceniczny. Muszę podkreślić kapitalne brzmienie zespołu, bo ostatnio na Wacken nie było z tym za dobrze. No ale tutaj był sztosik pierwszej wody. Cóż więcej - no chyba nic. To był kolejny fajny i bardzo poprawny koncert Blind Guardian. Na pewno lepiej bym go odebrał słuchając od początku i gdybym nie był na "tym samym" koncercie we Wrocławiu.
 I w zasadzie na tym się moje piątkowe przygody zakończyły. Kornem nie byłem zainteresowany (raz widziałem i mi wystarczy), a dopiero jest kwadrans po 22 - to postanawiam jeszcze coś zobaczyć. Akurat na małej scenie za chwilę zagra formacja Unleash the Archers. Kapelka którą mi Michał polecił, coś tam w drodze do Wacken nawet słuchaliśmy. No to mówię sprawdzam! Poszedłem "na chwilkę" zostałem do końca. To była dosyć miło spędzona godzinka z power metalem opartym na damskim wokalu. Niby oczywista muza, ale nawet przyjemnie mi się tego słuchało. Nie było to jakieś odkrywcze granie i nie zostałem olśniony potęgą tego zespołu, ale przecież nie zawsze o to chodzi, prawda? Była okazja posłuchać, to skorzystałem. I spoko. Tymczasem Michał szalał na koncercie Korn, a później jeszcze zaliczył Watain.
Ucieszyłem się na ten koncert bardzo mocno! Wszak Korn to jeden z pierwszych ciężkich zespołów, który docierał do mojej, wczesno-nastoletniej świadomości lata temu. Załapałem się na rozkwit sceny nu-metalowej i śmiem twierdzić, że akurat Johnatan z kolegami są jednymi z nielicznych, którzy do dzisiaj bronią się ze swoją twórczością. Przed koncertem dało się zauważyć i poczuć wyraźne zagęszczenie ludzi pod sceną. Zająłem strategiczne miejsce w pobliżu barierek, skąd miałem dobry ogląd sytuacji. Okazało się, że to co ucieszyło - już za chwilę stało się przekleństwem. Swojego miejsca pożałowałem już przy drugim na liście "Here to Stay". Zaczęło się szaleństwo, jakiego jeszcze wśród tej publiczności nie widziałem. Chyba nawet po raz pierwszy poczułem się niebezpiecznie na Wacken. Publika falowała zgniatając się nawzajem, ludzie płynący górą pojawiali się co parę sekund nie dając szans na uchylenie się przed butami czy łokciami. Nie było to fajne doświadczenie. Ale na szczęście muzyka rekompensowała wszystkie niedogodności. Już za chwilę, ubrany w zielony, świecący dres Adidasa Davies, zaśpiewał utwór o tym samym tytule. A ja stwierdziłem, że zamiast skupiać się na lubianych kawałkach - walczę o przetrwanie. Zacząłem się wycofywać. Nieco żałowałem potem, ale jednak natężenie tłumu z przodu było po prostu nie do wytrzymania. Cholera - nawet na Slayerze nie doświadczyłem takiego wariactwa! Co ciekawe z przodu przeszkadzał też... bas! Przesterowany i brzmiący na granicy bólu. Z odległości pięknie się wybijał na przód, jednak stojąc bliżej - zabierał pole wszystkim innym instrumentom.
Ciekawym zabiegiem było wplecenie w "Coming Undone" - doskonale znanego wszystkim klasyka zespołu Queen, czy też posiłkowanie się nutami z "One" wiadomo kogo w "Shoots and Ladders". Pod koniec koncertu mogli wykazać się też techniczni. Przez całe show, siłą rzeczą jako bębniarz, skupiałem się na obserwowaniu pracy Ray'a Luziera, który jest wybitnym muzykiem. Grał dość siłowo, mocno, co doprowadziło do pęknięcie jednego z talerzy pod koniec występu. Perkusista ostentacyjnie wygiął pękniętą blachę w dłoniach i już za chwilę na statywie zagościł nowy crash dostarczony przez technika. Wszystko trwało może z minutę. Ot - niecodzienna sytuacja! Osobne słowa warto poświęcić produkcji. Zespół zaprezentował się już na początku występu za barierą, stworzoną z półprzezroczystego ekrany ledowego. Ekran ten to się podnosił, to znów opuszczał na niektóre kawałki - wówczas wyświetlano na nim grafiki i wizualizacje. Ciekawy zabieg! Oczywiście z rzeczy które muszą wydarzyć się na koncercie grupy, nie zabrakło i tym razem krótkiego solo na dudach w wykonaniu wokalisty. Fajnie było to usłyszeć na żywo. Cholera. No i na festiwalu metalowym, na którym jednak prym wiodą klasyczne odmiany tego gatunku, najlepszy koncert dał zespól nu-metalowy. Chociaż... czy Korn to wciąż nu metal? Chyba nie. To po prostu kawał dobrej, przemyślanej muzy, potrafiącej zabrać słuchacza w ciekawe rejony. Wiem jedno - chcę jeszcze Korna zobaczyć na żywo - może w mniejszym tłumie - ale z pewnością to się wydarzy! (Gosia - obiecuję!).
 Postanowiłem, że dam upust mojej fascynacji black metalem i postaram się zobaczyć podczas tegorocznego Wacken największe - byłe i obecne - "gwiazdy" tego gatunku. Na pierwszy ogień poszło kultowe w wielu kręgach Watain. Cóż to był za koncert. Gdy zbliżałem się do sceny, wrażenie już z oddali robiła na mnie scenografia - odwrócone krzyże, płonące elementy sceny, duże metalowe logo wiszące nad nią, a to wszystko skąpane w czerwonym świetle. Panowie stworzyli nam kawałek piekła na Louder Stage. Zapowiadało się ciekawie. Muzycy dostojnie wkroczyli na scenę dzierżąc płonące pochodnie w dłoniach. Rozpoczął się rytuał a ja... powstrzymywałem śmiech. Jejku jakie to wszystko było przaśne i naiwnie teatralne. Owszem - muzycznie był to niezły rozpierdol - riffy płonęły siarką, zza perkusyjnych blastów lała się smoła, a miny strojone przez muzyków (basista!) nie dawały pola do dyskusji, kto jest tu największym złym skurwielem na festiwalu. Tyle, że ja mam z takimi zespołami duuuuży problem. Jeśli robią sobie jaja i bawią się konwencją - super! Niezły trolling. Jeśli to jednak na serio to... ojej... Wartym odnotowania było zachowanie wokalisty, który postanowił w bardzo odpowiedzialny sposób pozbyć się wciąż płonących pochodni, rzucając je wprost w tłum. Wytrzymałem pół koncertu i - zacząłem zwijać się w stronę pola namiotowego. Jak lubię czarny metal, tak ten koncert był dla mnie zwyczajnie nudny. Możliwe, że swoje zrobiło też zmęczenie po intensywnym dniu. Tak czy inaczej - chętnie zobaczę ten zespół raz jeszcze, może w klubie, aby wyrobić sobie do końca zdanie.
Czwarty i ostatni dzień festiwalu zaczynamy "śniadaniem" z Tankard. Thrash metalowcy tak oficjalnie nazwali swój występ na tegorocznym Wacken. A dlaczego? No dlatego, że początek koncertu nastąpił o godzinie 11:30. Niehumanitarna godzina, ale kto mówił, że będzie lekko? O występie Tankard opowie Michał
Koncert klasyków niemieckiego piwnego thrashu o 11 przed południem? Dlaczego nie? Pamiętam występ Niemców w scenie namiotowej festiwalu sprzed paru lat. Ojej - to był ogień, szaleństwo i świetna zabawa w jednym. Miałem trochę obaw, jak wypadną na dużej - jakby nie patrzeć - głównej scenie Wacken. Wszak to tylko czterech kolesi i czysty thrash. Pierwsze co rzuciło się w oczy to mało ludzi pod sceną. Będąc parę minut przed rozpoczęciem koncertu, bez trudu dopchałem się po barierki. To tylko pokazuje, że jednak thrash metal nie jest raczej ulubiony gatunkiem wackenskiej publiczności. Wczesna godzina też z pewnością zrobiła swoje - ludzie odsypiali szaleństwa poprzedniej nocy i wypacali w namiotach alkohol przyjęty w ilościach znacznych. Panowie rozpoczęli i... no i zagrali koncert, który absolutnie nie porwał. Ot - zrobili swoje, bawili się świetnie ale jakoś nie potrafili zarazić mnie tą energią. Wydaje mi się, że w ich przypadku to co świetnie sprawdzi się w małych klubach lub scenach, gdzie pot skrapla się z sufitu a granica między sceną a moshpitem zostaje zatarta, niekoniecznie sprawdza się na dużej, festiwalowej scenie.
Po śniadaniu z Tankard od razu przechodzę na sąsiednią scenę, bo tutaj swoją "50" będą świętowali weterani z Raven. A jak najlepiej świętować takie ładne rocznice? Jakimś ciekawym setem na przykład. I tak postanowił zrobić i ten zespół. 3 numery z debiutu: "Rock Until You Drop" "Hell Patrol", "Inquisitor" i tytułowy. Ten drugi to niezła perełka, bo dosłownie "raz na rok". Ale to nie wszystkie atrakcje, bo z płyty numer dwa, czyli "Wiped Out" poleciały "Chian Saw" i "Faster Than the Speed of Light". A do koszyczka wpadł również "Break the Chain" z kolejnego albumu w kolejności ("All for One"). Połowa seta (6/12) to stareńkie starocie. No ale był też i nowości z dyskografii Raven. Ten zespół niedawno przecież wypuścił nowy album "All Hell's Breaking Loose" i z niego zaprezentował trzy kompozycje. Tego albumu akurat jeszcze nie znam, ale po tym co usłyszałem na żywo - bankowo się z nim zaprzyjaźnię. Na scenie bracia Gallagher w swojej specyficznej manierze. John przemieszczający się po całej scenie i dosyć otwarty na konferansjerkę. Mark natomiast wciąż "jarający" się swoimi nietuzinkowym zagrywkami na gitarze. Wiadomo, że to jest prosta muzyka na jedną gitarę, ale Panowie potrafią tak przyłożyć, że zupełnie tej drugiej nie brakuje. Panowie są już 60+, a na scenie bawią się jak młode byczki. Bardzo fajnie było ich ponownie zobaczyć i tą symboliczną "50" przeżyć razem.
 Prosto z Raven szybki spacerek pod mniejszą scenę, bo tam za chwilę zaliczę kolejny debiut. Tym razem mowa o niemieckim Exumer. Ostrzyłem sobie ciutkę ząbki na ten koncert, bo to kolejna thrash metalowa kapela, która nie bawi się zbytnio w melodyjki, a stawia bardziej na ciężar i grzmoty. No i "żem dostał to com chciał". Pięknie przylutowali i nie było jakiegoś rozdrabniania się. Exumer to świetna koncertowa maszyna i tylko szkoda, że dostali ledwo 45 minut czasu antenowego. Ale wykorzystali go idealnie. Była moc, była energia i był soczysty wpierdziel ze sceny. Nikt tutaj się nie oszczędzał i chłosta wjechała na całego. Trzy numery z debiutu, trzy z bardzo lubianego przeze mnie "Fire & Damnation" i trzy sztuki z "The Raging Tides", oraz "Hostile Defiance". Muzycy na scenie w ciągłym ogniu i jakby podpięci do wysokiego napięcia. Ty były intensywne trzy kwadranse na barierce i takich koncertów życzę sobie jak najwięcej.
No właśnie - jest takie przysłowie "uważaj czego sobie życzysz", kwadrans później melduję się na sąsiedniej barierce, dobija do mnie Michał i otrzymujemy przepiękny wpierdziel od Hirax! Oddaję głos Michałowi.
Od jakiegoś czasu dzielę swój muzyczny gust i czas z jednej strony między klasyków gatunku, z drugiej zaś między kapele mniej znane, podziemne - zarówno te młode jak i mające już swoje lata na karku. Hirax zdaje się łączyć obie te kategorie. Wstyd powiedzieć ale przed tym koncertem wiedziałem tyle, że wokalista jest czarnoskóry a muzycy cisną klasyczny thrash metal. O moja ignorancjo... Udało mi się zająć miejsce przy barierkach i był to wspaniały wybór. Panowie przyjebali tak, że laczki mi spadły z wrażenia. Nie było brania jeńców - tylko kąsające riffy, blastujące bębny i opętańczy śpiew "diablo negro" jak ochrzcili wokalistę południowoamerykańscy fani stojący obok mnie. Oczywiście między utworami było trochę pogadanek o historii zespołu, przedstawianie muzyków oraz docenianie publiki za wspieranie undergroundowych zespołów. Fajnie, że było to szczere aż do bólu. Zresztą, ciekawostka - pod koniec koncertu wokalista powiedział, że lecą zaraz zobaczyć swoich ziomków z Testamentu, którzy rzeczywiście niebawem zaczynali koncert na głównej scenie. W międzyczasie Katon parę razy zszedł do fosy zbić piątki z fanami, stanąć na barierce i ogólnie dać się oddać szaleństwu w czystej postaci. Uwielbiam takie koncerty, po których boli mnie kark - tak, tak... wspominam często czasy posiadania opierzenia i macham łbem jak opętany. Jest to dla mnie największy wyznacznik udanego koncertu. Hirax zdecydowanie taki dał - jeden z koncertów tegorocznego Wacken? Zdecydowanie! Ach, po koncercie zostałem na małych scenach, na głównej rzeczywiście cisnął Testament. Gdy skończyli udałem się pod główną scenę. Podczas spaceru wypatrzyłem gitarzystę Hirax wracającego spod barierki po koncercie swoich ziomków. Podszedłem, podziękowałem za super występ i... usłyszałem mega szczere "thank you for suport", zbiliśmy piątki i wymieniliśmy kilka zdań. Ależ miło! Hirax - pozostaje w serduszku na długo!
Po wpierdzielu od Hirax Michał uderza na kolejny koncert którym jest The Black Dahlia Murder. Ja wykorzystuje jedyne wolne 45 minut tego dnia i zmywam się na pole namiotowe coś zjeść konkretnego, bo do końca dnia grafik mocno napięty. A tymczasem Michał o koncercie The Black Dahlia Murder.
Na koncert trafiłem nieco przypadkiem w oczekiwaniu na Brutusa. Stwierdziłem, że dam szansę Amerykanom i ich wersji melodic death metalu. W sumie to bardziej kojarzyłem historię będącą podstawą ich nazwy niż samych muzyków czy ich sztukę. Ale przecież po to też są festiwale aby odkryć coś nowego prawda? Koncert mnie okrutnie wynudził. Najciekawsze jego momenty to te, gdy muzycy zapominali o słowie "melodic" i łoili po prostu ciężkie deathowe riffy przy akompaniamencie blastujących bębnów. Z tymi blastami to w ogóle Zeus, Odyn, Bóg czy inny koleś co wysyła nam deszcz, miał niezła zabawę. Podczas występu zaczęło padać i mam nieodparte wrażenie, że deszcz zwiększał intensywność wprost proporcjonalnie do gęstości i szybkości blastów serwowanych nam przez pałkera. Paradne! Ach! I jeszcze jedno - podczas któregoś z utworów na scenę wparował człowiek przebrany za goryla i... rzucał w stronę publiki banany. Zwykle nie rozumiałem niemieckiego poczucia humoru, jednak tym razem to amerykanie wygrali w kategorii nieśmiesznych, niezrozumiałych i bezsensownych żartów.
Na polu namiotowym łapie mnie spory deszcz i ze śmiechem jem obiad pod daszkiem nie przejmując się ulewą obok mnie. Po chwili coś zaczyna grzmieć i błyskać na horyzoncie. Hmm... no nic, chwilkę się spóźnię na Sebastiana Bacha. Poczekam jak sytuacja się rozwinie, bo pamiętam kilka lat temu była szybka ewakuacja z terenu festiwalu, bo jakaś wielka burza miała iść. Koniec końców nie dotarła i festiwal ruszył z małą obsuwką. Tutaj rozeszło się po kościach i po jakimś kwadransie zbieram się na autobus wożący nas na teren festiwalu. A tutaj zabawa na całego, choć ludzi pod sceną jak kot napłakał. Cóż... ulewa rozgoniła sporo towarzystwa. A na scenie Sebastian Bach w koncercie "Skid Row & Others". Nie ukrywam, że mam wielki sentyment do dwóch pierwszych płyt tego zespołu "Skid Row" i "Slave to the Grind" dosyć często kręcą się w moim odtwarzaczu. Widziałem ich na żywo też na Wacken (w 2014), a teraz dostałem "brakujące ogniwo" za mikrofonem. Panowie, dawać już ten reunion i trasę (może i koncert na WOA?), a nie takie podchody robicie. Sebastian na scenie to świetny showman - sporo scenicznego luzu i dobrej zabawy. Zupełnie ten padający deszcz nie zrobił na nim wrażenia i pomimo sporego przemoczenia bawił się świetnie. A wraz z nim i ja pomimo tego, że nie doświadczyłem całego koncertu. Był oczywiście numery Skid Row, bo zagrane zostało zanim przybyłem "Slave to the Grind", "18 and Life", "Here I Am", "Big Guns" i "Sweet Little Sister". A już z moją obecnością poleciały "Piece of Me", "Monkey Business" (czad!), "I Remember You" (piękny) i brawurowo wykonany na koniec "Youth Gone Wild" - cud-miód i orzeszki. Piękna sprawa. Ponadto usłyszałem cover PainmuseuM ("American Metalhead" i dwa utwory Bacha z ostatniej płyty ("Child Within The Man"): "Everybody Bleeds" i "(Hold On) To the Dream". Fajny to był koncert i miło było zobaczyć i usłyszeć Sebastiana Bacha w utworach Skid Row. Dobra, dawać już teraz komplet SR & SB!
Kwadrans przerwy, sąsiednia scena i zapraszamy na koncert Testament. Tych widziałem już kilkanaście razy i no cóż... słabych koncertów nie stwierdzam. To już jest ten poziom z którego chyba nie sposób zejść niżej. Przy takiej ekipie muzyków w składzie (Skolnick, Peterson, DiGiorgio) nie sposób zagrać słabo. Wiadoma sprawa. Kwestia setlisty i tego co zespół przygotuje. Bo forma jest wiadomo i tak samo było tym razem. Duet Skolnick & Peterson błyszczał ze swoimi riffami i solówkami. Steve majestatycznie jak to ma w zwyczaju, a kierownikował Chuck Billy. Zero zaskoczenia i po kilku koncertach człowiek zna to na pamięć. Cała nadzieja w secie, że tutaj czymś zaskoczą. No i kurła zaskoczyli. Zaskoczyli pieruńsko, bo postanowiono nie grać nowych utworów. Zupełnie nie dostaliśmy nic z nowych płyt. Z tych mniej nowych... też nic nie wpadło. Przełom wieków, coś tam można by wybrać... ale nie. Lata 90-te? Zapomnijcie! Tak, tak... nic z tego. No to na czym stanęło? Wybór okazał się bardzo prosty: gramy tylko materiał z dwóch pierwszych płyt. Dziękuję, dobranoc. Serio, 75 minut czasu scenicznego i 15 numerów. Plus solo na bębnach. Z prostej matematyki (9+9) wynika, że z rowerka spadły 3 kompozycje. Z "NWO" zabrakło "Hypnosis" i "Musical Death (A Dirge)" - czyli instrumentali, a z "The Legacy" wycięto "Burnt Offerings". Można? Można! Na scenie jak zwykle ogień i konkretna zabawa. Bardzo fajnie było usłyszeć te stareńkie płyty w prawie całych wykonaniach. Jak dla mnie setlista baaardzo na plus. Do tego bardzo fajne brzmienie (mam nadzieję, że to już będzie standard), bez zbyt mocno wywalonej stopy. Mega zadowolony jestem z tej sztuki.
 Ale proszę państwa, nie ma czasu na fetowanie old school setu od Testament, bo trzeba się szybciutko zebrać na kolejny thrash metalowy łomot. Już pod koniec występu amerykanów robię lekko taktyczny odwrót i pomału zmierzam pod te mniejsze sceny, bo mam tylko kwadrans na przejście sporego kawałka, a jeszcze mam chytry plan wbicia na barierkę kolejnej sztuki. A tutaj po raz kolejny na tym festiwalu mój debiut. Tym razem dostanę po dupie od Vio-lence. Tak, tak... ja już to czułem podskórnie, że ten zespół na żywo dojedzie do poziomu Evile, Exumer i Hirax. O lala... i oczywiście, że tak było. Udało mi się zająć ostatnie wolne miejsce przy barierce (ufff...) i mogłem spokojnie oczekiwać startu tego koncertu. Dosłownie chwilkę po tym odpalono intro "O Fortuna..." i poszedł pierwszy strzał w postaci "Eternal Nightmare"! O ludu! Ależ to żarło! Vio-lence również otrzymali 45 minut i wykorzystali każdą z nich idealnie. Tu nie było chwili na wytchnienie, tu nie było momentu oddechu, czy jakiejś przerwy. 3 kwadranse wpierdzielu na najwyższych obrotach. Szaleństwo od pierwszego kawałka, Szalony Sean Killian który odwiedził wszystkich przy barierce. Właził w każde możliwe miejsce i śpiewał praktycznie wśród fanów. Odwiedził i mnie, co udało mi się złapać na fotce. Niestety miał mikrofon na kablu i on sięgał dosłownie do barierki. A i tak po drodze techniczny musiał go trzymać napiętego nad głową. A Szalony Sean zupełnie nie zwracał na to uwagi. Wymyślił sobie, że położy się na ludziach, którzy trzymali go nad głowami. A, że kabla brakowało, to nogi wystawały poza barierkę od strony sceny i tam jeden z ochroniarzy trzymał je w poziomie. No czegoś takiego to ja nie widziałem jeszcze. Piękna sprawa! Nie gorzej było jeśli chodzi o setlistę, bo finalnie z debiutu wleciało aż 5 kompozycji! Był zagrane jeszcze: "Serial Killer", "Calling in the Coroner", "Phobophobia" i "Kill in Command". Piękna sprawa, prawda? Do tego dokładamy 2 sztuki z dwójeczki: "Officer Nice" i "World in a World". Był także "Upon Their Cross" z EP'ki "Let the World Burn" wydanej w 2024 roku. Przekoncert. Dla pięknego podsumowania dodam, że wpadły mi dwie kosteczki od basisty Christiana Olde Waldersa, a Szalony Sean dwie minuty po zakończeniu sztuki przyszedł na barierkę, żeby z każdym przybić piątkę. Można było sobie pogadać, czy strzelić wspólną fotkę. Piękna sprawa.
Jestem totalnie rozwalony po tych koncertach i zdecydowanie muszę ochłonąć i poukładać to wszystko w mojej głowie. Po prostu siadam z piwem i sączę w pewnej odległości od sceny. A przy okazji na spokojnie słucham sobie jak pięknie gra Uli Jon Roth. Trwa to dłuższą chwilkę, no ale rozpędziłem się całkiem mocno z relacją, a w tym czasie Michał też nie próżnował:
Często powtarzam, że festiwale są również po to, aby spełniać swoje koncertowe marzenia. A może przede wszystkim po to? Często są to marzenia o zobaczeniu na żywo gwiazd gatunku, na których koncert czekało się czasem całe życie (ach mój pierwszy Slayer na świętej ziemi). A czasem... a czasem są to koncerty na małych scenach na które czekasz w ulewie, jako jedyna osoba pod barierką od godziny. Czujesz że jest Ci zimno, a jednak chcesz nie tylko posłuchać muzyki ale i zobaczyć emocje muzyków, ich sposób gry, zachowanie sceniczne. Tak było właśnie z koncertem Brutus. Lekko zmoczony po średniej sztuce Black Dalhia Murder okupowałem barierkę. Czy było warto? Cytując 2137 księgę żółtego papaja "JESZCZE JAK!". Rozpoczęli od swojego największego hitu czyli "War". Matkoboskowackeńsko! Jaki ten kawałek jest genialny. Jak pięknie zyskał na mocy w wersji na żywo! Generalnie tym co zaskoczyło mnie baaaardzo pozytywnie, to jaką pani i panowie postawili ścianę dźwięku. Bas świdrował wnętrzności, gitara kąsała aż miło a bębny... kto nie znał zespołu mógł być zaskoczony, że Stefani - perkusistka - pełni w zespole również role wokalistki i robi to absolutnie wspaniale. Muzycy zaserwowali nam swoja wersję muzyki, która chyba najprościej określić mianem post-hardcore'u. Chociaż zdecydowanie wymykają się szufladkom. Ok, przyznaję - momentami słychać, że ogrywają podobne schematy typu "wolna zwrotka - refren z pierdolnięciem - most - wyciszenie", ale robią to z pomysłem i klasą. Koncert minął mi za szybko! Cieszą te drobne interakcje - łapanie wzroku muzyków, zbijane na odległość "piąteczki" czy inne "żółwiki" - to zawsze miła sprawa dla fanów. Dla mnie był to jeden z koncertów festiwalu. Teraz chciałbym zespół zobaczyć w nieco mniejszym klubie, na zdecydowanie dłuższym koncercie. Kto wie może niebawem się to uda?
A po Brutusie szybka zmiana sceny, bo tam już Behemoth czeka. Naszych rodaków na wackenskiej scenie widziałem po raz trzeci lub czwarty. Cieszy, że każdy z tych koncertów to były występy na dużej scenie. Szkoda, że panowie nie dostali jeszcze szansy zagrania po zmroku, gdy ich bogata i przemyślana produkcja ukazałaby pełnię swoich możliwości. Ciężko mi napisać coś nowego o występie Polaków. Przyzwyczaili mnie do wysokiego poziomu swoich show. Pewne jego elementy są przewidywalne, powtarzalne - a jednak wciąż robią wrażenie. Wiemy czego się spodziewać a jednak - czekamy z fascynacją. Tym razem do tego wszystkiego chłopaki zagrali bardzo... hmmm... muzyczny koncert. Nie wiem jak to wyrazić, ale dobór utworów i ich wykonanie nie sprawiało wrażenia metalowej napierdalanki, ale przemyślanego muzycznie dzieła. Już dawno Nergal i spółka nie zrobili na mnie aż tak dobrego wrażenia. Wiadomo - zawsze było bardzo dobrze, ale tym razem było jeszcze lepiej. Nie potrafię znaleźć i nazwać tego pierwiastka, który mnie zachwycił, który zrobił różnicę. Niemniej jednak po raz kolejny poczułem dumę oglądając występ Behemotha na wackenskiei holy ground.
Tyle Michał, a tymczasem ja końcówkę UJR słucham już z pod barierki na scenie obok, bo tutaj za chwilę kolejne emocje wjadą. Tymczasem muzyka docierająca do moich uszu jest bardzo przyjemna i taka uspokajająca. Uli to swego rodzaju szaman gitary i te dźwięki mają w sobie jakąś taką "magię". Chętnie bym się wybrał na taki koncert do małego klubu i podelektował się tym graniem w takim intymniejszym miejscu. Szkoda jedynie, że wokalista tak nie do końca się sprawdził. No ale ciężko było mu się sprawdzić w repertuarze... Scorpions. No tak, Uli pocisnął 10 coverów, w tym 9 tego zespołu. Oczywiście mowa o latach 1973-1978 i albumach "Fly to the Rainbow", "In Trace", "Virgin Killer" i "Taken by Force". Bardzo fajnie było tego doświadczyć i posłucha tak starych numerów w nowszej oprawie.
 Kwadrans przerwy i zaczynamy kolejną zabawą w łomot i konkretny wpierdziel. Flotsam and Jetsam, które zapowiedziało "old school set". No powiem Wam, że ten rok obfitował w takie wspominki, ale oczywiście ani przez moment nie zamierzam na to narzekać. Wręcz przeciwnie. No dobrze, a co konkretnie przygotowała załoga F&J? Dostali godzinkę i przez godzinkę nie wyszli poza album numer dwa w swojej dyskografii. Dziękuję, pozamiatane. Miał być old school set i taki był. Zaczynamy "Hammerhead" z debiutu i już wiem, że będzie bardzo dobrze. Ależ to jest sztos i jak to żre na żywo. To nie jest moje pierwsze spotkanie z tym zespołem (a dokładnie 5), ale porwali mnie od pierwszego do ostatniego numeru. No ale co się dziwić jak z debiutu poszły jeszcze: "She Took an Axe", "Desecrator" (miazga) i oczywiście na koniec PRZEGENIALNY "Doomsday for the Deceiver". O losie! Miazga absolutna przecież. A z albumu "No Place for Disgrace" wleciały: "I Live You Die", "Dreams of Death" i oczywiście tytułowy. Oba tytułowe oczywiście kończyły seta i tylko smutek, że ledwo siedem kawałków upchali. No ale za to jakich! Ten zespół mógłby młócić i półtorej godziny, a i tak byłoby mi mało. Wspaniały koncert i mam nadzieję na kolejne spotkanie z Flotsam and Jetsam. No oby, bo z tymi koncertami jakoś tak ciężko - niby świetna muza, a tak bardzo mało są znani. Szkoda trochę.
W tym czasie na głównej scenie gra Amon Amarth o którym opowie Michał, a ja szybko pędzę na najmniejszą ze scen, bo tam już gra (zaczęli równo z końcem koncertu F&J) Primordial.
Który to już raz dane mi było zobaczyć Szewdów na świętej wackeńskiej ziemi? Wydaje mi się, że podczas mojej kilkunastoletniej przygody z tym festiwalem, Amonów widziałem po raz czwarty lub piąty. I cholera mam problem z tym koncertem. Tym razem zmęczenie, głód i chęć szybkiego przemieszczenia się pod inną scenę zaraz po zakończeniu gigu - zrobiły swoje. Koncert oglądałem więc z oddali, zajadając pizzę i dając odpocząć nogom po kilku dniach intensywnych koncertów. Mam wrażenie, że koncerty tej grupy to od jakiegoś czasu powtarzanie tych samych schematów - wizualnych i co gorsza muzycznych. Ok, pierwszy czy drugi raz robiło to na mnie wrażenie. Jednak kolejny koncert, gdzie wiem jaka zabawa z publiką będzie miała za chwilę miejsce, gdzie z dokładnością co do sekundy wiesz kiedy uderzy młotek Thora... ehhhh... nuda panie! Nuda! Nie zmienia to faktu, że metalowi wikingowie zagrali solidny koncert - tutaj nie ma lipy. Chyba mogę powiedzieć, że poniekąd byłem świadkiem jak zespół wyrósł na dużą gwiazdę współczesnego metalu, która - szczególnie w Niemczech - ma nieprzebrane rzesze fanów. A jednak mam wrażenie, że to kolejna kapela w której zamiast muzyków, pierwsze skrzypce (yyy gitary?!) zaczyna grać reżyser. Szkoda. Jedno się nie zmienia - widać, że Johan Hegg wciąż czerpie autentyczną radość z tego co robi! Koncertu wysłuchałem w całości, pośpiewałem pod nosem o tym aby Odyn prowadził mój statek czy innym zmierzchu grzmotobogów. Niemniej czy coś ten koncert zmienił w moim życiu? Niekoniecznie. A szkoda. Mam cichą nadzieję, że Szwedzi jeszcze kiedyś mnie zaskoczą.
 A ja tymczasem wbijam pod barierkę na wspomniany wcześniej Primordial. Docieram akurat na końcówkę kompozycji "How it Ends" i jest to idealny tajming, bo Alan zapowiada, że "opowie pewną historię...". No to wiadomo, że wleci teraz "To Hell or the Hangman". No i pięknie, bo bardzo lubię ten numer. Ludzi malutko, więc praktycznie zaliczam barierkę i z bliska (mała scena, wąska fosa) obserwuję co tam się dzieje. Żebym nie był stratny numeru z najnowszej płyty (bo tytułowy mi uciekł), to dostaję "Victory Has 1000 Fathers, Defeat Is an Orphan". Przy poprzedniku - ciut blado wypadł. No ale wracamy do ciekawszych rzeczy i jedziemy z "The Coffin Ships" z wydanej w 2005 roku płyty "The Gathering Wilderness". Na scenie dosyć spokojnie, jedynie wokalista miota się niczym opętany, no ale ten człowiek tak ma, że śpiewa całym sobą. Bardzo dobrze to się ogląda i muszę przyznać, że kolejny raz na żywo Primoridal robi mi dobrą robotę. No i Alan zapowiada ostatni numer w ich setliście. Hmm... w tym momencie dociera do mnie, że to też mój ostatni akcent tegorocznego Wacken Open Air. Troszkę smuteczek, ale na pożegnanie dostaję "Empire Falls" i to jest bardzo dobre zakończenie. Kolejny bardzo fajny koncert na małej scenie.
Mogę jeszcze wskoczyć na końcówkę występu Mayhem, ale już po prostu mi się nie chce. Primordial to był 10 koncert czwartego dnia festiwalu i zmęczonko trochę daje już znać o sobie. A po drugie mam tyle emocji w głowie po tych wieczornych koncertach, że mówię pas. Ale o koncercie opowie Michał.
Spóźniłem się na ten koncert, ponieważ czekałem pod dużą sceną na ogłoszenie przyszłorocznych gwiazd. W ten sposób, pod Louder Stage dotarłem gdy rozpoczynali trzecią w setliście "Chimerę". Ciekawy był zabieg z wyświetlaniem grafik i zdjęć nawiązujących to do czasów kiedy powstawały poszczególne nagrania, to do okładek płyt. O ile opisywany wcześniej Watain postawił na przaśny blackowy cyrk, w którym szatan wyskakuje niemal z lodówki, jednak ma formę odpustowej atrakcji, o tyle na koncercie Norwegów dało się odczuć prawdziwą grozę. Panowie zaprezentowali dość przekrojowy materiał - wszak sam koncert odbywał się z okazji 40 lecia na scenie. To był mój trzeci Mayhem w życiu i chyba najlepszy. Dałem się zabrać w tę podróż przez chore dźwięki, złe miejsca i nieodgadnione zakamarki umysłów muzyków. I było to dobr.. .yyy... ZŁE! Wspomniane wcześniej wizualizacje skupiły się w odpowiednich momentach koncertu na osobach tragicznie zmarłych muzyków - zarówno Dead jak i Euronymus dostali swoje "laurki". Trochę megalomanią natomiast zalatywały teksty, podkreślające wkład grupy w stworzenie gatunku. Razi mnie takie uświadamianie ludziom, że jest się kimś ważnym. Kto ma wiedzieć - ten wie, kto to uznaje - ten uzna, a reszty - i tak nie przekonacie chłopaki - co najwyżej zrazicie swoim napompowanym ego. Od początku koncertu zastanawiało mnie po co z boku sceny stoi mniejszy zestaw perkusyjny. Przecież Hellhammer nie przesiądzie się nagle zza swojego - imponującego zresztą - instrumentu, do takiego malutkiego zestawu. "Co oni szykują?" - myślałem. Zagadka rozwiązała się na koniec koncertu, gdy do zespołu dołączyli... oryginalni muzycy - Manheim i Messiah, którzy współtworzyli zespół w początkowej fazie jego działalności. Wokalista o posturze i wyglądzie niezłego rozrabiaki oraz perkusista przypominający księgowego byli fajną ciekawostką dla wiernych fanów. Ciekawym zabiegiem była też wymiana instrumentów na te z epoki! Czy miałem okazję widzieć Necrobutchera grającego na basie, którego używał na kultowym koncercie w Lipsku? Być może.
Jeśli chodzi o muzykę - grupa nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Po polskim koncercie na SDL słyszałem głosy krytykujące gitarzystów. Mam wrażenie, że na Wacken wszystko się zgadzało. Włącznie z wokalem - Atilla tego wieczoru był w dobrej dyspozycji - tak wokalnej jak i psychicznej (przytulaskom z Messiahem nie było końca). Zakończyli seta odgrywając "Pure Fucking Armagedon" a ja poczułem, jakby właśnie nad polami wacken przetoczył się muzyczny armagedon. To był świetny a zarazem mój ostatni koncert tegorocznego WOA - po tym nie było już nic.
I tak wyglądało naszymi oczami i uszami Wacken Open Air 2024. Była to moja 18 (!) wizyta na tej imprezie. Pogoda dała popalić, bo tym razem przygrzało równo. Pojawiła się jedna (JEDNA!) ulewa i tyle jeśli chodzi o deszcz. Ale to dobrze, bo lepiej się grzać, niż moknąć i brodzić w błocie. Czy to był świetny festiwal? No nie do końca, ale też nie powiem, że było słabo. Fakt - jak dla mnie headlinerzy "tacy se", ale z drugiej strony co wyciągnąłem z mniejszych scen, to gęba do teraz się cieszy. Kapitalne koncerty Evile, Hirax, Vio-lence, Flotsam and Jetsam, Testament, KK's Priest, Exumer. Bardzo dobrze wypadły Accept, Primal Fear, Blind Guardian, Scorpions (tak, sentyment), a do tego kilka innych gdzie bawiłem się dobrze. Zresztą co tu dużo wymieniać - zaliczyłem 28 koncertów w 4 dni. Czyli jakoś biednie nie było, prawda? Ach, ogłoszono już pierwsze zespoły i już widzę, że jak zawitam tam z rok, to będzie powtórka z tej edycji - więcej małych scen, bo pierwsze duże nazwy mnie nie zachwycają: Papa Roach, Machine Head, Saltatio Mortis, czy Gojira. Ale nie ma problemu, bo w tym roku też nie widziałem Korna, czy Amon Amarth - który swoją drogą bardzo lubię, no ale ile można? Za to zerkam niżej na plakat i już widzę Exhorder, Obituary, Angel Witch, Tarja & Marko Hietala, czy Destruction. A to tylko ułamek ogłoszonych kapel, więc jeszcze sporo dobroci na pewno dojdzie. No i jak znam życie to zaś wpadnie 20+ koncertów do zobaczenia i będzie co tam robić. A po drugie - to bardzo fajny wyjazd towarzysko i co człowiek tam się pośmieje, to głowa mała. A to też jest zawsze miło spędzony czas. Super ludzie, dobra muzyka, piwko i totalny relaks. Cóż chcieć więcej? No właśnie!
Niedziela ranek to szybkie śniadanko, zwijanie obozowiska, kawa, wspólna fota na koniec (ot taka nasza tradycja) i ruszamy w drogę. Tradycyjnie startujemy jeszcze przed południem i na wieczór meldujemy się we Wrocławiu. Podróż bez większych przygód i tym samym - a dokładnie tymi słowami które teraz do Was piszę - definitywnie zamykam temat Wacken Open Air 2024. Do zobaczenia za rok! I tradycyjnie: "blask lub deszcz!" - a co, niech raz będzie po naszemu!
Współautor relacji: Michał Szczypek
zdjęcia: WOA Festival GmbH
|