Doogie White's White Noise Klub Muzyczny CSK, Lublin - 25.09.2024 r.
Lublin - miasto z tytułem Europejskiej Stolicy Kultury ugościło tym razem Doogie White'a - szkockiego, rockowego wokalistę. Najbardziej znanego z działalności w legendarnym zespole Rainbow Ritchiego Blackmore'a oraz Temple Of Rock Michaela Schenkera, ale także ze współpracy z wirtuozem gitary Yngwie'em Malmsteenem. Śpiewał również w wielu innych zespołach i projektach m.in. Praying Mantis, Tank, La Paz, Midnight Blue czy Alcatrazz.
Ten koncert był dla mnie nowością pod każdym względem. Gmach CSK poznałam wcześniej bywając na koncertach na Sali Operowej. Teraz odkryłam kolejny zakamarek CSK w postaci Klubu Muzycznego CSK mieszczącego się na niższym poziomie. Robi wrażenie. Od razu wpadła mi w oko scena, która była praktycznie niewiele ponad poziom podłogi, bez zabezpieczenia barierkami. Wnętrze klubu okazało się nieduże ale bardzo klimatyczne z nastrojowymi światłami i ścianami o surowej lecz ciekawej fakturze. Kolejną nowością była dla mnie trasa koncertowa projektu Doogie White's White Noise (Polish Chapter), która była stworzona specjalnie na wrześniowe koncerty. Obejmowała dziesięć polskich miast (w tym oczywiście Lublin) w składzie Doogie White (wokal), Bartosz "Bratek" Wójcik (gitara), Karol Wójcik (bas) i Kamil Bagiński (perkusja). Koncert miał zacząć się o 20:00 bez suportu, więc my na miejscu byliśmy około 30 minut przed czasem. Bo jak to z nami bywa: ja press, Paweł foto (galeria z koncertu). Przed klubem zgromadziła się dopiero garstka osób. Pan serwujący przed wejściem opaski na rękę przyjaźnie wpuścił nas do środka i w ten o to sposób znaleźliśmy się w środku sali o bardzo kameralnej atmosferze. Z łatwością rozpoznaliśmy znajome osoby z innych wspólnych muzycznych wydarzeń.
Niewielki poślizg i podczas fragmentu filmu "Czarnoksiężnik z Krainy OZ" z 1939 roku, z dialogiem aktorki Judy Garland do sceny "Not In Kansas Anymore" na scenę wkroczyli muzycy. Sam Doogie White na scenę wynurzył się spośród kilkudziesięcioosobowej publiczności i utworem "Kill the King" znanym z repertuaru Rainbow rozpoczął swój show. Doogie śpiewał swobodnie, energicznie i z typowym hardrockowym pazurem w głosie. Jego dynamiczne pełne gestykulacji sceniczne zachowanie potwierdziło, że człowiek jest młody duchem a jeszcze jak robi to co kocha, dodaje mu to tylko dodatkowego wdzięku. Ten wykonawca czuł się na scenie jak ryba w wodzie. Jego ciało było przeszywane przez każdy dźwięk, co można było zaobserwować w jego ruchach rąk, a nawet całego ciała. Świetnie integrował się z muzykami i publicznością. W momentach instrumentalnych, kiedy to pozostali muzycy dawali z siebie wszystko, znikał z centralnej części sceny. Jakby chciał doładować baterie do kolejnego utworu. Często pomiędzy utworami żartował z muzykami czy publicznością, co jest plusem takich klubowych, kameralnych koncertów. Wówczas fani mogą zbliżyć się do muzyków, porozmawiać z nimi, czy wymienić się gestami, uściskami dłoni i spojrzeniami, czy nawet wspólnie zaśpiewać. I tak też było tutaj, kiedy Doogie White poprosił do wspólnego odśpiewania refrenu "Don't Get Mad... Get Even" dwie panie z pierwszego rzędu. Wiadomo trema była tak ogromna i jeszcze z takim wokalistą, że panie były bardzo onieśmielone. Innym razem podczas utworu "Black Masquerade" do słów "Come now, come take my hand, then you'll understand" na kilka sekund uchwycił i przytrzymał dłoń innej kobiety. W taki sposób koncert nabierał takiej bliskości z artystą, który otwierał się na swoich fanów, zmniejszał dystans. I to był fakt z utworu na utwór. A widownia coraz bardziej się nakręcała. Częściej się poruszali w rytm muzyki i śpiewali. Momentami miałam wrażenie, że są tak blisko sceny, że zaraz na nią wkroczą.
Całość uzupełniali pozostali muzycy, którzy jako profesjonalny band odgrywali swoje kwestie wzorowo. Najbardziej aktywnym ruchowo instrumentalistą okazał się basista Karol Wójcik, który chwilami bardziej dynamicznie potrząsał swoimi długimi włosami i przybierał typowe dla muzyków rockowo-metalowych pozy. A jak to w rockowym zespole bywa, spośród instrumentalistów najwięcej do "powiedzenia" miał gitarzysta - tutaj Bratek. W skupieniu odgrywał partie solowe kierując na sobie uwagę publiczności. Nad rytmem w tle panował perkusista Kamil. Repertuar był dla mnie satysfakcjonujący, głównie przeplatały się covery Rainbow z coverami Temple Of Rock. Nie zabrakło wspomnianego wyżej coveru Alcatrazz "Don't Get Mad... Get Even" czy autorskiego utworu "The Machine" gitarzysty Bratka. I tak zbliżaliśmy się do końca koncertu. Bis też był nietypowy: Doogie żartując, że schodzą ze sceny ukrył się za kolumną by po chwili - zaskakując publiczność - powrócić na scenę z coverem Rainbow "Temple Of The King". Śpiewając, opuścił scenę i wkroczył pomiędzy publiczność zachęcając do wspólnego nucenia i śpiewania. Fani otoczyli Doogiego, rytmicznie klaskali i nucili znaną melodię, a White śpiewał i śpiewał, a orkiestra grała. Emocje sięgnęły zenitu i jak na Titanicu nikt nie zauważył, że to już koniec. Było bardzo i to bardzo sentymentalnie. Czas płynie szybko i jeszcze z tak dobrą nutą.
I jak głosi jedna z najsłynniejszych opowieści związanych z Titanikiem, że orkiestra grała do samego końca. Tak i Doogie White ze swoimi muzykami grali do samego końca dla swojej publiczności. W ten sposób okazali wielki szacunek swoim fanom. Myślę, że bez względu na ich liczbę dali z siebie tyle samo energii co przed kilkusetosobową publicznością.