Mystic Festival 2024 Stocznia Gdańska - 05-08.06.2024 r.
Byłem na Mystic Festival, gdy jeszcze odbywał się w Katowicach, później byłem na przenosinach do Stoczni Gdańskiej, by następnie powrócić, by zobaczyć chociażby happening z okazji koncertu Behemoth w Boże Ciało. Headlinerzy tegorocznej edycji może i czterech liter nie urywali, ale za to w programie mogłem znaleźć tyle dobroci, że i tak szkoda by było odpuścić. Droga do Gdańska minęła bez żadnych problemów, następnie szybkie zameldowanie się w hostelu, połączone z zostawieniem gratów i już można było się zgłaszać po odbiór przepustki dla mediów. Fajnie, że w tym roku dziennikarzy wpuszczano bocznym wejściem - była to duża oszczędność czasu.
05.06 - Ingested, Villagers of Ionnina City, Kreator, Vio-lence, Body Count, Evil Invaders, Fear Factory, Ingested, Textures, Hellfuck, Sewer Dwellers
Pierwszy dzień tradycyjnie pełnił rolę swoistej rozgrzewki, skierowanej dla właścicieli czterodniowych wejściówek. Uprzedzając pytania: tak, scena w parku tym razem została wybudowana na czas, więc organizacyjnie wszystko grało i trąbiło. No może prawie, bo dwukrotne wymienienie nazwy Ingested to nie błąd z mojej strony - do tego jednak jeszcze wrócimy. Pierwszym zespołem który zobaczyłem był Sewer Dwellers, a więc zwycięzca konkursu "Road to Mystic". Jury się nie skompromitowało: poruszająca się po deathcore'owych krainach krakowska formacja ładnie gniotła, choć pod sceną było jeszcze nieco pustawo. Następnie spacerek na Shrine Stage (a więc klub B90) i zmiana klimatu. Pachnący siarką speed/thrash metal od Hellfuck. W składzie doświadczeni muzycy z Embrional i F.A.M., więc można się było spodziewać odpowiednio wysokiego poziomu. No i było ostro, bezkompromisowo oraz radośnie oldschoolowo. Textures na Park Stage to kolejna zmiana muzycznego klimatu: tym razem na coś bardziej technicznego i rozbudowanego. Holendrzy powrócili po "małej" przerwie i początkowo trochę brakowało mi w tym graniu życia. Na szczęście (!) w pewnym momencie mocno się rozpadało (na co oczywiście byłem przygotowany), a zespół widząc moknących, ale jednocześnie znakomicie bawiących się fanów coraz bardziej się nakręcał. Ostatecznie w butach woda chlupała, ale decyzji o zostaniu pod sceną nie żałowałem.
Zespół Ingested trafił do rozpiski w zastępstwie - i cóż za zastępstwo, co nie? Brytyjczycy pojawili się na Desert Stage, by spróbować roznieść tę najmniejszą festiwalową scenę. Chłopaki weszli, rąbnęli tym swoim ultra-brutalnym deathcore'em i tuż przed końcem pierwszego kawałka... coś konkretnie jebło. Jay Evans jeszcze próbował robić dobrą minę do złej gry. Nie tylko namówił fanów na crowdsurfing, ale nawet i stworzył ścianę śmierci - ciągle jednak bez jakiejkolwiek muzyki. Przerwa techniczna się przedłużała i szybko stało się dla mnie jasne, że występu Ingested nie da się uratować. Mocno rozczarowany udałem się więc na Fear Factory (dopiero później dowiedziałem się, że w wyniku awarii bez prądu zostało pół dzielnicy). Pierwsze zaskoczenie? Do składu powrócił już Tony Campos. Drugie? Milo Silvestro daje radę. Ciągle nie podoba mi się sposób, w jaki Dino rozstał się z Burtonem, no ale temu 37-letniemu "gówniarzowi" nie można odmówić głosu i charyzmy. Fajne brzmienie, dobra setlista - nie narzekałem. Po industrialu coś bardziej klasycznego, a więc składający hołd scenie speed/thrash lat 80. belgijski Evil Invaders. Zanim jednak wpadłem do B90, to uciąłem sobie małą pogawędkę z Jay'em Evansem i Andrew Virruetą którzy zdradzili, że na zakończenie dnia zrobią drugie podejście do przygotowanego seta. Super, że organizatorzy nie zostawili chłopaków na lodzie!
Żeby było śmiesznie Evil Invaders też zaliczył mały falstart, ponieważ najpierw nie działała im jedna gitara, a następnie wysiadła... druga. Szybko jednak chochlikom urwano łby i mogliśmy wesoło bawić przy pędzących na złamanie karku, okraszonych szaleńczymi wokalizami kompozycjach. I cudownej balladzie "In Deepest Black" - ach, jak ja uwielbiam ten numer! Body Count w parku to muzycznie nie moje klimaty, no ale dla wartości historycznej zameldowałem się jednak przy barierkach. Zanim tam jednak dotarłem, to zdążyłem jeszcze zamienić parę zdań z Dzwonkiem z Frontside, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam! A na Body Count było... w porządku. Znów się rozpadało, co fanom zbytnio nie przeszkadzało, a i zespół był pozytywnie nakręcony. Vincent Price, Ernie C czy Juan Garcia (tak, ten z Agent Steel) nie potrafili ustać w miejscu. Delikatnie rozczarował mnie jednak Ice-T, który był dość... oszczędny. Wiecie natomiast kto się nie oszczędzał? Sean Killian z Vio-lence. Facet był w takim gazie, że w pewnym momencie zeskoczył ze sceny by śpiewać wśród licznie zgromadzonej publiczności. W B90 nie było chwili na odpoczynek: to był od początku do końca szalony, niebiorący jeńców thrash. Na ostatnim numerze pojawił się w składzie nawet sam Robb Flynn co totalnie umknęło mojej uwadze, gdyż akurat zacząłem powolną ewakuację na Kreator. Cóż zrobić?
Kreator headalinerem, więc i oprawa robiła wrażenie. Ładna grafika w tle, wielka maskotka grupy za tronem Ventora, a do tego pirotechnika taka, że można było kiełbaski smażyć. Zespół w dobrej formie, a szczególnie perkusista którego gra robiła niemałe wrażenie. Ogólnie było przyjemnie, choć mi zabrakło większej ilości starszych kompozycji. Kreator postawił na młodszy, bardziej melodyjny repertuar i choć słuchało się tego przyjemnie, to zabrakło mi nieco większej ilości agresji. Villagers of Ioannina City w B90 uderzał już w zupełnie inne klimaty: to w końcu hipnotyzujący post-rock/metal. Parę razy złapałem się na tym, że słuchałem zespołu zamkniętymi oczami, dając się w pełni ponieść tym dźwiękom. Bardzo fajny koncert. Grecy oryginalnie w mojej rozpisce powinni zamykać ten dzień, no ale organizatorzy dali "drugą szansę" Ingested. Panowie zameldowali się na Sabbath Stage witani przez sporą ilość fanów - miło, że udało się w takim krótkim czasie rozpuścić odpowiednią informację. Brytyjczycy byli głodni krwi i nie zawiedli: jak zaczęli grać ten swój brutalny death metal, ocierający się miejscami (ach, te kwiki!) o grind, to aż się ściany trzęsły. Może i nie jest to muza której słucham, ale na żywo fajnie waliło po potylicy. Warto było się zameldować w Drizzly Grizzly.
06.06 - Zeal & Ardor, Machine Head, Biohazard, Bruce Dickinson, Sodom, Thy Art Is Murder, Kadavar, Blackgold, Cage Fight, Gutalax, Ampacity
Drugiego dnia przed główną bramą melduję się nieco wcześniej i od razu wpadam na Tony'ego Camposa z Fear Factory. Szybkie dwa zdania, wspólna fotka i można uderzać na Ampacity. Przegapiłem w moim rodzinnym mieście, odhaczyłem na Mystic. Klimatyczny post-rock/metal sprawdził się w roli rozgrzewki, no ale widać było, że ludzie odliczali minuty do Gutalax. Czeska formacja to taki żart, którego do końca nie rozumiem: muzycznie biedne to strasznie, ale jeśli chodzi o zabawę - apokalipsa. Był wielki młyn i morze śmieci. W stronę zespołu leciały przeróżne rzeczy: od dziesiątek rolek papieru toaletowego, przez piłki plażowe, kończąc na nadmuchiwanych pączkach i dinozaurach. Nawet kosz na śmieci zaliczył crowdsurfing. Po Gutalax spacerek do B90 i brytyjski Cage Fight, a więc klimaty bardziej core'owe, z drobniutką Rachel Aspe na wokalu. Całkiem nieźle, głównie dzięki właśnie charyzmatycznej frontwoman. BlackGold na głównej scenie totalnie nie moje klimaty. Trochę hardcore, (miejscami aż za) dużo rapu - ja podziękowałem i odpuściłem końcówkę by udać na Kadavar. Zakorzeniona w latach 70. muza była w porządku, choć mi zabrakło większej ilości ognia. Po tym zespole truchcik pod Main Stage, podczas którego wpadłem na... Bobby'ego Hambela z Biohazard. Znów: wspólna fotka i można dalej się bawić.
Wielkim fanem Thy Art Is Murder nigdy nie byłem, więc wyrzucenie CJ-a ze składu skwitowałem wzruszeniem ramion. Byłem jednak ciekaw tego jak wypadnie nowy wokalista. I Tyler Miller sprawdził się bardzo dobrze. W ogóle australijscy deathcore'owcy ładnie gnietli i aż szkoda, że dostali zaledwie 45 minut. Nieco więcej dostała legendarna formacja Sodom. Niemcy nie tracili czasu na uprzejmości, pozwalając mówić samej muzyce. I był to przekaz pełen gniewu - praktycznie same klasyki. Kapitalny Angelripper, Blackfire na piątym biegu - thrashowy koncert festiwalu. Szybka ewakuacja pod główną scenę, by zobaczyć w wersji solo samego Bruce'a Dickinsona. Wydarzenie takie, że w okolicach barierek dało się nawet wypatrzyć chłopaków z Nocnego Kochanka. Po krótkiej wymianie poglądów z Arturem i Arkadiuszem z głośników leci intro i cofamy się do przeszłości. Wiadomo, jako że nowy album, to i było parę świeżych kawałków (fajny "Afterglow of Ragnarok"), no ale wszyscy rozpływali się jednak przy starszych hitach. "Chemical Wedding", "Accident of Birth", "The Alchemist", "The Tower" - marzenie się spełniło. A wykonanie "Tears of the Dragon" takie, że aż łzy napływały do oczu - coś pięknego. Co prawda nie rozumiem dodania średniego "Faith" i wyrzucenia "Navigate the Seas of the Sun", ale i tak Bruce w wersji solo jak najbardziej na plus. A pamiętać trzeba, że ledwo parę dni wcześniej z uwagi na chorobę odwołał występ w Bukareszcie.
Dickinsona przeżywałem, legendę hardcore'u w postaci Biohazard obserwowałem już na spokojnie, bo znów: nie moje klimaty. Trzeba jednak oddać muzykom, że ładnie dali do pieca - kondycji może im pozazdrościć niejedna młodsza kapela. Cały czas coś się działo, a młyn pod sceną od początku do końca. Niestety jakaś zorganizowana grupa wykorzystała zabawę do podwędzenia kilku portfeli, więc pamiętajcie by podczas takich imprez bardziej chować pieniądze i dokumenty. Po ekipie z Nowego Jorku - kapela z Oakland. Byłem zaskoczony faktem, że to Machine Head pełnił rolę headlinera (w końcu jak już grywał w Polsce, to bardziej w klubach), no ale niech im będzie. Potężne brzmienie, bardzo przyjemna oprawa (światła, ognie i klimatyczne wizualizacje), ale muzycznie... Cóż, jak chłopaki cisnęli to było bardziej niż przyjemnie. Gorzej, że w setliście znalazło się sporo nowszych, bardziej "emocjonalnych" kawałków - i gryzło mi się mocno z tym agresywnym image'em. Momenty więc były, ale też i niekiedy brakowało tego drugiego, nokautującego ciosu. Dzień zamykał Zeal & Ardor na Park Stage. Nie miałem żadnych oczekiwań i... zostałem zdmuchnięty. Była to fascynująca mieszanka metalu, soulu, bluesa i wszystkiego, co akurat wpadło muzykom do głowy. Pięknie również uzupełniało się trzech wokalistów. Dla mnie największe odkrycie Mystic Festival.
07.06 - Furia, Megadeth, Accept, Paradise Lost, Mysticum, Life of Agony, Crowbar, Insomnium, Mānbryne, Blood Command, Rascal
Trzeciego dnia wygodnie rozkładam się przed Desert Stage, by rozpocząć muzyczne doznania speed metalem warszawskiego Rascal. To było szybkie, melodyjne i konkretne otwarcie - polecam. Na Park Stage przywitała nas norweska ekipa z Blood Command, która zaprezentowała granie mocno osadzone w punk rocku. I mimo że wokalistka dwoiła się i troiła, to mnie to w ogóle nie ruszyło. Ruszył mnie za to wyjątkowo statyczny Mānbryne w B90. Black metal którego 3/4 składu to muzycy Blaze of Perdition? Biorę w ciemno! Chłopaki mało ruchliwi, Paweł Marzec siedzący cały czas "za biurkiem", ale muza taka, że aż smoła ściekała z głośników. Niby nic się nie działo, ale trudno było od tego wszystkiego oczy oderwać. Main Stage otworzyli tego dnia mistrzowie klimatycznego grania z Insomnium i chyba dostali jednak za mało minut. Było ładnie, melodyjnie, odpowiednio depresyjnie, ale jednocześnie brakło czasu, by głębiej zanurzyć się w te nuty. Crowbar grał w tym samym czasie co Vltimas - ja uznałem, że wolę zobaczyć legendę sludge metalu. Czy żałuję? Trochę tak, bo jakoś Kirk Windstein i spółka nie byli w stanie mnie porwać. Chyba jednak wolę Down. Life of Agony to kolejna z tych ekip, które były dla mnie bardziej do odhaczenia. Doceniam wkład, szanuję, ale nie słucham i koncert tego nie zmieni. Widziałem jednak, że dla wielu była to nie lada gratka. Nawet osoby związane z organizacją festu przekradły się przez barierki, by zobaczyć Minę Caputo i jej ekipę. Po niej szerokim łukiem ominąłem Leprous, by zobaczyć w akcji pionierów industrial black metalu.
Występ norweskiego Mysticum był dość intensywny: to opętańcza, prowadzona przez startujący w kosmos automat perkusyjny muza. Na dłuższą metę nużąca (dobrze więc, że tylko 60 minut!), ale jednocześnie na tyle odróżniająca się od pozostałych gwiazd Mystic Festival, że na swój sposób odświeżająca. Paradise Lost był dość mocno hype'owany (głównie przez setlistę wybraną przez samych fanów), ale niestety był to jeden z tych koncertów podczas którego po prostu wszystko poszło nie tak. Start mocno się opóźnił, przez co straciliśmy dwa numery. A i tak widać było, że to Eady dosłownie zagonił resztę, gestykulując przy tym jakby chciał powiedzieć, że "jakoś trzeba przez to przebrnąć". I tak np. przez pierwsze dwa kawałki nie było w ogóle klawiszy i partii elektroniki. Zafrapowany Nick w pewnym momencie podszedł do jednego urządzeń, przekręcił jedną z gałek i... wszystko zaczęło działać. Aż ręce załamał. Niestety problemów z mikrofonem jego ręce już nie wyleczyły. Przez cały występ wokal przerywał, przez co trudno było się skupić (a i prawdopodobnie z odsłuchem działy się też dziwne rzeczy). A szkoda, bo lubię tą środkową część dyskografii Brytyjczyków, a to właśnie na niej głównie się skupili. Rozczarowanie festiwalu? Na pewno.
Już po podaniu oficjalnej rozpiski pisałem, że szaleństwem jest wrzucać Accept na Park Stage i miałem rację: takich tłumów jeszcze tam chyba nie było. Ostrzyłem sobie ząbki na ten koncert i jak chłopaki wyszli, to ożeż kurwa jego mać. Zespół był w niesamowitym gazie: ogień buchał wręcz ze sceny, a duet Tornillo/Hoffmann co chwilę dolewał benzyny. Świetne brzmienie, genialna forma, świetna setlista (no, może tylko "Straigh Up Jack" zamieniłbym na np. "Ubreakable"). Nawet członkowie Crowbar bawili się z boku sceny jak dzieci udając, że grają poszczególne riffy. Koncert festiwalu? Chyba tak! Odpoczynku jednak nie było, no bo trzeba było biec na Megadeth! Morze ludzi, ale dzięki odrobinie ekwilibrystyki melduję się dość blisko sceny. Rudy i spółka nie zawiedli, choć wiadomo: zawsze coś w setliście mogli zmienić (mnie np. znużył stary, ale nijaki "Angry Again"). No i miejscami można było bardziej wytłuścić solówki Mäntysaariego - w takim "Tornado of Souls" jego popis znalazł się pod innymi instrumentami. Setlista jednak dobra, LoMenzo odpowiednio nakręcony, a MegaDave muzycznie i wokalnie bez zarzutu, choć pod względem fizycznym wyglądał jednak dość... krucho. Niektórzy narzekali na jego brak interakcji z publiką, no ale akurat z wylewności na scenie nie słynie - można było jednak zauważyć jak uśmiecha się pod nosem słysząc krzyczących fanów. Na pewno więc z wizyty w Polsce był zadowolony. Furia też narzekać nie mogła, a dobrą frekwencję nagrodziła znakomitym spektaklem. Niby dużo na tej scenie się nie działo, ale trudno było odejść od barierek. Jest w tych chłopakach coś fascynującego i złowieszczego zarazem, pięknego i odpychającego. No i te teksty Nihila!
08.06 - Bring Me the Horizon, Satyricon, Asphyx, Dark Funeral, Kerry King, Lord of the Lost, Until I Wake, The Last Decade, Ghøstkid, .wavs
Ostatni dzień zaczynam słodkim lenistwem na prezentującym spokojną, nieco grunge'ową muzę .wavs. Krakowskiej kapeli słuchałem sobie bowiem rozłożony na leżaku w strefie chilloutu przed Desert Stage. W końcu trzeba było jednak ruszyć cztery litery i wziąć się do roboty - no bo na scenie "parkowej" projekt byłego muzyka Electric Callboy. I trzeba przyznać, że Ghøstkid dał radę. Zespół fajnie się prezentował, Sushiego rozsadzała energia, a i muzycznie było (jak na metalcore) całkiem w porządku - to była odpowiednia mieszanka melodii i agresji. Następnie ewakuacja na Sabbath Stage, by zobaczyć pierwszy w historii koncert The Last Decade a więc projektu, w którym znajdziemy muzyków związanych z m.in. Nosferatu czy The Mission. Muzyka? Już po wyglądzie wiadomo było, że gothic rock. I jest w tym graniu potencjał, choć jednocześnie słychać wyraźnie, że to dopiero pierwsze wspólne kroki tych artystów. Niektóre kawałki bowiem odpowiednio przebojowe, ale też i były takie nad którymi należałoby nieco dłużej posiedzieć. Na Park Stage kolejna porcja core'owych dźwięków w postaci Until I Wake. I znów: miłe, wpadające w ucho numery, których słuchałem sobie wygodnie rozłożony pod jednym z drzewek. Na żywo chłopacy krzywdy mi nie zrobili, ale płyt raczej słuchać nie będę.
Można powiedzieć, że rok czekałem na występ Lord of the Lost - w końcu na ostatniej edycji muzycy byli, ale nie zagrali, bo nie przygotowano na czas Main Stage. Teraz przyszli odebrać co swoje. Całkowicie pominęli najnowszy krążek z coverami i skupili się na mocnych, przebojowych, w pełni autorskich kompozycjach. Wszyscy w pełnym gazie, łącznie z Chrisem, który nawet jeden z kawałków zaśpiewał w tłumie będącym stabilizowanym przez fana. Bardzo dobry koncert! Spod sceny się nie ruszam, bo wkrótce pojawić się ma Kerry Fucking King. Gitarzysta Slayer zrobił to czego się po nim spodziewałem. Czyli po prostu walnął muzą przypominającą nowsze dokonania legendy thrash metalu, dodatkowo uzupełniając setlistę kilkoma coverami. Wiadomo, że musiał być "Raining Blood", ale mi osobiście serduszko skradł "God Hates Us All". Osegueda przez całe show darł się niczym młody Araya, a do tego w składzie chociażby bezbłędny Phil Demmel (ex-Machine Head) czy Paul Bostaph (też były muzyk Slayer). Chyba nie ma osoby, który wyszłaby z tego koncertu nieusatysfakcjonowana. Narzekać nie mogli też fani black metalu na kultowym Dark Funeral. Tak, początek był może nieco niemrawy i lekko cringe'owy (ach, ten Helmjarmadr z peleryną ukradzioną Draculi), ale im dalej w las tym robiło się bardziej mrocznie i klimatycznie. A że zespół szykuje się do premiery odświeżonej wersji swojego pierwszego materiału, to i nie zabrakło kawałków będących fundamentem tej najczarniejszej ze sztuk. Super.
W B90 duchota, ludzi tłum i Asphyx. Legenda europejskiego death metalu nie zawiodła i bez litości miażdżyła kości przybyłym. Van Drunen był w dobrej formie wokalnej, a i zaskoczył znajomością ostatnich wydarzeń w Polsce. W końcu jeden z numerów zadedykował żołnierzowi zamordowanemu przez imigranta na granicy z Białorusią - co zostało przyjęte długą i głośną owacją. Końcówka to szybka ewakuacja na Park Stage, no bo w końcu powracający z niebytu Satyricon! I ach, co to był za ślub! Żadnej wydumanej oprawy - tu pierwsze skrzypce grała sama muzyka. Wongraven dawał radę i widać było, że wiele radości daje mu ponowne hasanie po scenie. Dużo dynamiki do koncertu wnosił również Frank Bello z Anthrax który wspomógł zespół na basie. Były klasyki black metalu, były te nowsze, bardziej black'n'rollowe kawałki - był po prostu ogień. Finał Mystic Festival 2024 to z kolei Bring Me the Horizon, a więc gwiazda młodszego pokolenia. Zrzędliwym boomerem jeszcze nie jestem, więc z ciekawości poszedłem zobaczyć, o co ten cały szum w komentarzach. Wiadomo, nie jest to muza dla mnie, ale tłumy na Main niesamowite, a i sami ludzie świetnie się bawili. Ciekawe, że wszyscy znali na pamięć teksty - i nie ważne, czy mieli na sobie koszulkę BMTH czy Metalliki. Fajne było to, że gorąco przyjmowano każdy z numerów: nawet te najnowsze propozycje witane były burzą oklasków, a później chóralnie odśpiewywane. Nieziemska była oprawa całego show: niemal każdemu z kawałków towarzyszyły specjalnie przygotowane wizualizacje (kreatywnie wykorzystano także telebimy), a do tego mieliśmy ognie, lasery i taką ilość świateł, że obok sceny musiano chyba postawić prywatną elektrownię. Było parę żenujących fragmentów, jak np. zaproszenie fanki, która mimo zapewnień nie znała tekstu utworu, czy widok ludzi przytulających się do wokalisty, gdy ten udał się w tłum - no ale to w sumie nie wina samej grupy, tylko jej dziwnej fanbazy. Sam koncert zrobił na mnie duże wrażenie, choć raczej dalej Bring Me the Horizon na co dzień słuchać nie będę. Doceniam jednak czas spędzony nad przygotowaniem tego niezwykłego spektaklu.
W planach była niby jeszcze Chelsea Wolfe na Park Stage, ale na ostatnim numerze headlinera niebo tak się otworzyło, że uliczki zaczęły przypominać małe potoki. Nie było sensu stać w tej ścianie wody na Park Stage, bo człowiek nawet nie byłby się w stanie skupić na samej muzyce. Dlatego uznałem więc, że lepiej spróbować dopłynąć wpław do hostelu. I to w strugach deszczu zakończył się dla mnie Mystic Festival 2024. Edycja bardzo udana, z wieloma znakomitymi występami: Accept, Bruce Dickinson, Satyricon, Sodom, BMTH, Zeal & Ardor - to koncerty, które będzie się długo wspominać. Teraz tylko czekać na pierwsze ogłoszenia związane z przyszłoroczną edycją. Ja organizatorom ufam!