Megadeth, Kreator, Sacred Reich - Katowice



Triple Thrash Threat
Megadeth, Kreator, Sacred Reich
Spodek, Katowice - 23.07.2023 r.


23 lipca 2023 roku w katowickim Spodku zagrały trzy thrash metalowe formacje: Megadeth, Kreator i Sacred Reich. Bardzo fajny zestaw, więc bez najmniejszej zwłoki wybrałem się tego dnia na niezbyt odległą wycieczkę. Obowiązki przedkoncertowe zostały wypełnione wzorowo (było piwko, byli znajomi), a w samej hali melduję się na niespełna pół godzinki przed pierwszym koncertem. Na wejściu wpadam na Petera z zespołu Vader, który dosyć serdecznie mnie wyściskał (w sumie dawno się nie widzieliśmy!), a po chwili "strzelam" przytulasa z frontsajdowym Demonem i dostaje poprawkę od Astka. Bardzo miłe rozpoczęcie tej imprezy, prawda? No ale nie ma zbytnio czasu na pogaduchy, bo za niespełna 20 minut na scenę wkroczy Sacred Reich.

Szybki spacer na płytę, a tam - dzikie tłumy! Troszkę mnie to zmartwiło, bo spokojnie można było podejść do 7-8 rzędu. Jakoś niezbyt lubię oglądać koncerty z tego miejsca i rozkminiam co tu zrobić. Pierwsze rzędy nabite ludźmi, a ja nie jestem z tych, co to ryją na chama do przodu. No nic... późno przyszedłem, to teraz trzeba "cierpieć". Moje rozmyślania przerywa zapadająca w Spodku ciemność, a to oznacza, że czas zaczynać zabawę. Amerykanie zaczynają od promocji nowej płyty i cisną z numerem "Manifest Reality". Od razu zaskakuje mnie jak dobrze ten zespół brzmi. Spodziewałem się, że jako support przed bardziej uznanymi nazwami, będą grali na przysłowiowe "pół gwizdka". Nic z tego, bardzo fajny dźwięk i można spokojnie rozkoszować się muzyką serwowaną przez ten zespół. Z najnowszej płyty otrzymaliśmy w sumie cztery numery, które poszły na samym początku koncertu. Oprócz "Manifest Reality" poleciało "Divide & Conquer", "Killing Machine" i "Salvation". Rozdzielone zostały kompozycją "One Nation", która była grana jako numer dwa w secie. Od pierwszych dźwięków ze sceny na płycie Spodka rozpoczęły się nieliche tańce i tuż obok mnie rozkręciło się jedno pogo. Przez chwilę się przyglądam tej zabawie i podczas "One Nation" wpadam na pewien pomysł. Daje się porwać do tego szalonego tańca i wyskakuję od razu z niego lądując... w drugim rzędzie. Bardzo miły zbieg okoliczności, prawda? To miejsce jest wyborne, bo przede mną stoją dwie dziewczyny niższe ode mnie, więc widok na scenę mam idealny.

A tam Sacred Reich ciśnie ile fabryka dała. Zespół zachwycony przyjęciem przez polską publikę. Wokalista (i basista) Phil Rind zagaduję pomiędzy utworami i widać, że jest zachwycony tym, co się dzieje pod sceną. A z niej lecą kolejne klasyki, bo druga część seta to już uczta dla starych fanów: "Death Squad", "Who's to Blame", "Independent" (uwielbiam!), "The American Way" i kończymy obowiązkowym "Surf Nicaragua". 10 numerów zleciało jak z bicza strzelił. Widziałem Sacred Reich w październiku przed Sepulturą i tamten koncert był równie dobry. Co prawda w Spodku powtórzyli 8 numerów, ale potasowali kolejnością, że nawet się nie zorientowałem. A serio - kto by tam pamiętał... To była moja czwarta styczność z Sacred Reich (dwa razy wcześniej na Wacken) i muszę przyznać, że ten ich thrash metal na żywo bardzo mi pasuje. Liczę na kolejne spotkanie.



Z Kreatorem natomiast to znamy się bardzo dobrze. No cóż - od 1997 roku widziałem ich na żywo trzynaście razy. I jak to Mille z ekipą - nie zawiedli. Mam do tego zespołu jakąś mega słabość, bo kolejne płyty mi podchodzą dobrze i bardzo dobrze, pomimo tego, że mocno poszli w melodie. Jakoś mi to nie przeszkadza, a koncertowo to jest po prostu kapitalna kapela. I po raz kolejny sprawiła mi dużo frajdy swoim występem. Dla całkowitej radości zabrakło 2-3 numerów w secie, ale wiadomo, że ciężko tak utrafić, żeby weszły wszystkie zachcianki. Rozpoczęli od "Run to the Hills" Maidenów (spokojnie!), puszczonych z taśmy, a następnie od intro "Sergio Corbucci Is Dead", które zgodnie z oczekiwaniami zapowiedziało numer "Hate Über Alles". Bardzo miłe mam wspomnienia z tym kawałkiem, bo miałem przyjemność statystować podczas kręcenia teledysku do tej kompozycji. Super dzień spędzony z zespołem i niezapomniane wrażenia. Co ciekawe zespół z najnowszej płyty zagrał tylko dwa numery, bo w secie znalazł się jeszcze tylko "Strongest of the Strong". Reszta czasu antenowego, to przekrój przez całą dyskografię. I to bardzo mocny, gdyż Kreator zaprezentował po jednym kawałku z dwunastu różnych wydawnictw (10 albumów, jedna EP'ka i split). Szok? Trochę tak. Fakt, od kiedy pamiętam zespół lubował się w graniu tytułowych numerów z kolejnych wydawnictw, ale aż takiej różnorodności nie przypominam sobie. Dla każdego coś dobrego, a dla oldschoolowców wpadły: "People of the Lie", "Flag of Hate", "Betrayer" i "Pleasure to Kill". Zacnie, prawda?

Kreator to doskonale naoliwiona maszyna koncertowa. Tym razem nie było pirotechniki, konfetti, czy puszczania wielkiej chmury dymu. Nie było też telebimów. Dosyć ascetyczna scena, na której mieliśmy wielką, dmuchaną maskotkę za bębnami i kilku wisielców (kukły na szafocie) rozstawionych po bokach. No i światła. GE-NIAL-NE światła!! Oj dawno nie otrzymałem takiej wizualnej uczty od Kreatora. Bardzo lubię jak ten aspekt show jest elegancko dopracowany i tak było w Spodku. To był bardzo dobry, energetyczny koncert. I już sobie ostrzę ząbki na kolejne nasze spotkanie podczas Wacken.



Megadeth po raz pierwszy widziałem na tym samym koncercie co Kreatora. Nawet miejsce było to samo - czyli Spodek. Mowa oczywiście o roku 1997 i klasycznym jeszcze składzie: Mustaine, Ellefson, Friedman i Menza (R.I.P.). I to były piękne czasy... W sumie to był mój dziewiąty raz z Megadeth, ale dopiero czwarty jako gwiazda wieczoru (wcześniej wspomniany '97, 2001 i 2008). Pozostałe koncerty to albo support, albo występ w ramach festiwalu. Nie powiem - zatęskniłem troszkę za tym zespołem grającym pełny set.

Megadeth w Katowicach rozpoczęło z "grubej rury", bo od kompozycji "Hangar 18" z doskonałej płyty "Rust in Peace". Ten album miał największą reprezentacje, gdyż usłyszeliśmy z niego 3 kompozycje. "Dystopia" miała dwóch przedstawicieli, a pozostałe utwory były dobrane na zasadzie "każdy numer z innej płyty". W sumie na 16 pozycji w secie zespół zaprezentował 11 swoich wydawnictw. Bardzo fajnie i przekrojowo. Co ciekawe ostatnia płyta ("The Sick, the Dying... and the Dead!") nie byłą specjalnie promowana, co lekko mnie zaskoczyło. Najwyraźniej Dave definitywnie postawił na przekrój swojej dyskografii.

"Hangar 18" to solidny strzał na początek koncertu. Troszkę w ostatnich latach mocno eksploatowany jako "opener", ale ja zawsze powtarzam, że jak zaczynać to z przytupem. I Mega to oczywiście zrobiło, bo od razu poprawili "Wake Up Dead". Moc! Jednak niezbyt wiele czasu było na delektowanie się tymi frykasami, bo już lecimy z "In My Darkest Hour". To jeden z moich ulubionych numerów tego zespołu. Troszkę zaskoczyli mnie, bo rozpoczęli bez intra, ale radość przeogromna i wielka przyjemność ponownie usłyszeć go na żywo. Przed koncertem nie sprawdzałem tegorocznych setlist grających zespołów, więc miałem pełną niespodziankę. Początek kolejnego utworu przyniósł ciut inne emocje. "Dread and the Fugitive Mind" przeniosło moje myśli do 2001 roku i warszawskiego koncertu w Stodole. Tam rozpoczęli koncert od tej kompozycji, bo to była trasa promująca album "The World Needs a Hero". To były czasy... Megadeth zagrał wtedy grubo ponad dwadzieścia utworów. Stare dzieje.

No ale wracamy do Spodka, bo czas na ciąg dalszy wycieczki po dyskografii. Tym razem składanka "Hidden Treasures" i utwór "Angry Again". Następnie szybka poprawka "Sweating Bullets". Dwa ciut spokojniejsze utwory, a w tym drugim publika bierze refreny. Ten spokojniejszy nastrój nie znika, bo czas na dwie nowsze kompozycje "Conquer or Die!" i "Dystopia" z przedostatniej płyty. Te najnowsze dokonania Megadeth wielkiego rumieńca na mojej twarzy nie wywołują, więc ciut spokojniej mogę przyjrzeć się scenie i muzykom. Przez cały koncert mamy wyświetlane wizualizacja na wielkich telebimach za sceną i po bokach bębnów. I to tyle jeśli chodzi o sceniczne show. Światła dosyć skromne, bardzo naturalne, zero pirotechniki i innych fajerwerków. I to w zasadzie wszystko co mam do przekazania w tym temacie. Muzycy za to w pełnym gazie. Kiko - Szef! I to jeśli chodzi o granie, jak i o "życie" na scenie. Dave - wiadomo - Szef Wszystkich Szefów! Początkowo trochę jakby wycofany i przygaszony, ale z każdym numerem nabierał energii i życia. Widać było, że ten koncert i ta publika mocno go "budują". Pod koniec okazało się nawet, że jest gadułą i umie w konferansjerkę. James LoMenzo też sporo się przemieszczał i kilka razy odwiedził moją stronę. Dave i Kiko co chwilę byli na wyciągnięcie ręki.



Wstęp do kolejnego utworu i już wiem, że to będzie "Trust". Bardzo fajny wybór, bo jeśli chodzi o album "Cryptic Writings" i jednym numerze do wyboru to wybrałbym właśnie ten, lub jeden z dwójki "She-Wolf" i "FFF". No ale to nie ja seta układam, więc i tak biorę to co dajo. A dajo bardzo dobrze, bo czas na mój ukochany "Tornado of Souls"! Mega wielbię ten numer (od lat to mój dzwonek w telefonie) , a solo w nim to jedno z dwóch ulubionych "ever" (drugie pochodzi z "Wasted Years” Iron Maiden). Ależ sporo frajdy mi sprawiła mi ta kompozycja odegrana w Spodku. Po takim tornadzie emocji musi nastąpić moment wyciszenia i dokładnie to zapowiada akustyczna gitara, która pojawiła się na scenie. Czas powiedzieć "A Tout le Monde". Tutaj nie było zmiłuj i publika ciśnie wszystko na maksa. Muzycy na scenie z wielkimi uśmiechami na twarzach przyjmują taki obrót sprawy. Po tej balladzie Dave się rozgadał i złapał sporo luzu. Pytał nas o nową płytę, czy ją lubimy i przyznał, że też ją lubi. No i z tej okazji zagrali rodzynka z albumu "The Sick, the Dying... and the Dead!", którym był numer "We'll Be Back". Przyjemny kawałek i dosyć szybko przeleciał, a Megadeth detonuje właśnie bombę na koniec zasadniczej części seta: "Symphony of Destruction" i "Peace Sells". O Matko! O Bosko! Ależ to był wpierdziel! Tak jak rozpoczęli od trzęsienia ziemi, tak zakończyli w ten sam sposób. Klasa!

Na pierwszy bis wjechał "stareńki" "Mechanix", a przed drugim zastanawiałem się, czy po raz kolejny Megadeth tego wieczora sprawi mi mega przyjemność. Oczywiście miałem na myśli utwór "Holy Wars". No i proszę Państwa - tak się stało. Przylutowali na koniec tym numerem. Dla mnie to piękna klamra, bo koncert z 1997 roku zaczynali od tej kompozycji. Oczywiście w żaden sposób nie zamykam mojej koncertowej znajomości z tym zespołem. Mało tego - za chwilę zobaczę ich ponownie na Wacken. A no właśnie... taka "nieuczesana" myśl mi wpadła do głowy w tej chwili. Na tym festiwalu zagra też Marty Friedman i jakże pięknie byłoby zobaczyć jeszcze raz tego gitarzystę z Megadeth na scenie. A jak już mam taki prywatny koncert życzeń, to oczywiści poproszę o solóweczkę w "Tornado of Souls", a co!

"Holy Wars" zakończyło ten bardzo dobry koncert. Muzycy żegnają się z nami przez dłuższą chwilę, gadżety lądują w publice (moje łapki puste) i opuszczają scenę. Megadeth w doskonałej formie, bez dwóch zdań! Mały minusik może się pojawić przy wokalach, no ale bez przesady. Było naturalnie i satysfakcjonująco. Nie ma co się czepiać na siłę. Ogólnie był to kapitalny wieczór w Spodku. Trzy thrash metalowe kapele i trzy różne spojrzenia na ten gatunek. Mnóstwo świetnej muzy wykonanej na najwyższym poziomie. Bardzo dobry dźwięk (oczywiście mówię o miejscu gdzie ja stałem), zespoły w wybornej formie i żywo reagująca i bardzo liczna publika. Było rewelacyjnie. Sacred Reich, Kreator, Megadeth - DZIĘKUJĘ!








Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 31.07.2023 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!