 Mystic Festival 2023 Stocznia Gdańska - 07-10.06.2023 r.
Po bardzo dobrej, choć nie pozbawionej małych dram (Killing Joke!) zeszłorocznej edycji nie mogłem doczekać się powrotu na tereny gdańskiej stoczni. Tym bardziej, że skład Mystic Festival 2023 był... całkiem niezły (przynajmniej dla mnie): mnóstwo klasycznych kapel, kilka młodszych, ale zdobywających uznanie, a do tego interesujący headlinerzy z budzącym kontrowersje Ghost na czele. Oj, jak się wszelkiej maści trve metalowcy zesrali przez nich na Facebooku - coś pięknego. I jasne, można było bardziej zaszaleć (Gojira grała u nas ledwo parę miesięcy temu), no ale i tak: źle nie było. Pojawiło się oficjalne pole namiotowe, przez cały tydzień miało pięknie świecić słoneczko i nawet brak Exodus osłodził mi Bloodbath. W porównaniu do zeszłego roku mogło być więc tylko lepiej, nie? Nie?
07.06.2023 roku: Drown My Day, R.I.P., Undeath, Entropia, Defleshed, Stengah, Destroyer 666, Ne Obliviscaris, Phil Campbell and the Bastard Sons, Witchmaster, Horskh
Pierwszy dzień Mystic Festival pełnił rolę swoistej rozgrzewki. Do dyspozycji oddano nam trzy sceny, a więc Shrine Stage (klub B90), Sabbath Stage (klub Drizzly Grizzly) i usytuowaną na zewnątrz Desert Stage - odpuszczono więc tą parkową, na której w zeszłym roku podziwialiśmy chociażby Carcass czy Decapitated. Zespoły na warm-up jakby troszkę mniejszego kalibru w porównaniu do zeszłego roku, ale parę rodzynków na tym cieście było. Niestety największa gwiazda - Godflesh - na ostatniej prostej wypadła ze składu z uwagi na problemy z wizami, ale organizatorzy szybko znaleźli znakomite zastępstwo: Deströyer 666. Line-up trzeba było także zszywać przez zespoły z Ukrainy, które nie zostały wypuszczone z kraju - po raz kolejny więc 1914 mogłem podziwiać tylko na oficjalnych koszulkach.
 Całą imprezę rozdziewiczył krakowski Drown My Day na Shrine Stage ze swoim rozbudowanym, mocno połamanym deathcorem. Miejscami technicznie, innym razem bardziej nu-metalowo, a kiedy trzeba także i z odpowiednią dozą melodyjności. O ile jednak krzyki i growle Maćka robią robotę, tak jego czyste zaśpiewy czy melorecytacje już średnio mi podchodzą. Ogólnie jednak koncert jak najbardziej w porządku. R.I.P. na Desert Stage to już całkowita zmiana klimatu: zamiast nowoczesnej muzy - powrót do lat 80-tych, z Katem, Wilczym Pająkiem czy Stosem na czele. Liderem tego projektu jest Witold Argasiński z Truchła Strzygi, którego na żywo wspomagają koledzy innych undergroundowych kapel. No i nie będzie zaskoczeniem jeśli powiem, że to muza piekielnie archaiczna, ale jednocześnie mająca pewien urok. Tak jak Truchło Strzygi rok temu: niby nie powinno się mi podobać, a w sumie podoba.
Następnie powrót do B90, gdzie wygodnie rozłożony na leżaku oglądam amerykański Undeath. Jak sama nazwa wskazuje chłopaki grają... no, death. Solidny, choć nie sprawiający, że czacha dymi. Nóżką się potupało, główką poruszało, ale łba nie rozsadzili. Bardziej intrygująco wypadła polska Entropia. Post-rock/metal to już bardziej moje klimaty i wyglądający totalnie niemetalowo muzycy najpierw przykuli moją uwagę, a później potrafili ją utrzymać przez cały występ. Nagłośnienie może nie należało do wybitnych (wokale gubiły się w tle), ale za to same kompozycje intrygowały, głównie ciągnącymi się w nieskończoność motywami. Nie dla każdego? Z pewnością. Bardziej klasycznie było już na Defleshed. Tak jak mówi się, że Niemcy "umiejo w heavy metal", tak Szwedów nie trzeba uczyć śmierć-metalu - oni go wysysają z mlekiem matki, a po urodzeniu zamiast pierwszego krzyku lekarze słyszą pierwszy growl. Na scenie klimatyczne czaszki powbijane na pale, a z głośników solidna porcja mocnych dźwięków. Niby tylko trzech muzyków, a ścianę dźwięku postawili szybciej niż niejedna polska firma budowlana. Podobało mi się.
 Wychodzę na Desert Stage a tam już prawdziwe tłumy. Stengah wcześniej nie znałem, ale widocznie swoich fanów w Polsce jednak mają. Usłyszałem niby metalcore, ale taki trochę matematyczny, zbliżający się miejscami bardziej ku Born of Osiris niż np. Bullet for My Valentine. Gra obu gitarzystów robiła wrażenie, ale ostatecznie nie jest to muza grzejąca moje czarne serduszko. Co innego Deströyer 666: ich bezkompromisowa twórczość w wersji na żywo to prawdziwa bomba. Muzycy dosłownie rozjebali B90. Nie było zmiłuj, nie było chwili do oddechu: konkretna metalowa młócka przez cały czas trwania show. Show, którego ozdobą był... cover. Warslut zapowiada w pewnym momencie hołd dla legendy polskiego metalu i po chwili słyszymy... riff "Metal i Piekło" Kata! Wielka niespodzianka i kapitalne wykonanie z łamanym językiem polskim w refrenie na czele. Następnego dnia wpadłem zresztą na muzyków i przyznali, że wcale nie mieli zbyt dużo czasu na ogarnięcie tego kawałka. Niby takie brutale na scenie, ale jednak bardzo mili ludzie.
Jeszcze lekko oszołomiony potężną dawką konkretnego, czarnego jak smoła thrash metalu wyszedłem, by rzucić okiem na australijski Ne Obliviscaris. I, o-mój-Boże, jakież tłumy pod Desert Stage! W tym momencie na terenie imprezy zjawiła się Adriana, dla której miałem pełnić rolę koncertowego mistrza Jedi i ładnych parę minut szukaliśmy miejsca, z którego byłoby cokolwiek widać. Serio, ludzi było tyle, że spokojnie zapełniliby teren przed Park Stage, co pokazało, że chyba warto jednak dać na dzień rozgrzewkowy tę jedną większą scenę. Jakoś udało nam się w pewnym momencie ogarnąć miejscówkę i mogliśmy przekonać się, o co tyle krzyku. Usłyszałem niezwykle rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, w których nie brakowało interesujących solówek czy popisów gry na... skrzypcach. Które zresztą ogarniał jeden z dwóch wokalistów. Nie powiem, robiło to wrażenie i budziło skojarzenia chociażby z Dream Theater. Kolejny zespół takich ambitnych kawałków już nie prezentował. Phil Campbell & The Bastard Sons postanowili zaprezentować set złożony wyłącznie z kawałków Motörhead. Było szybko, rock'and'rollowo, duszno (B90 pękał w szwach!), a charakterystycznej, lekko "niechlujnej" gry legendarnego gitarzysty mógłbym słuchać na okrągło. I tylko jednego elementu brakowało: głosu Lemmy'ego.
Na Witchmaster brakowało z kolei Inferno, co biorąc pod uwagę fakt, że na Mystic mieliśmy zobaczyć Behemotha było pewnym zaskoczeniem. No ale byli już za to ojcowie założyciele oraz Bastis, którego sceniczne zachowanie co najmniej intrygowało. Czy jednak Desert Stage było dobrym miejscem na tę bluźnierczą sztukę? Bo choć muzycznie bardzo mi się to podobało, to jednocześnie uważam, że na Shrine byłoby jeszcze bardziej klimatycznie. B90 przejął jednak Horskh, a więc przedstawiciel industrial metalu. Na początek trio "jebło basem synu" aż dech zaparło, ale później trochę zluzowali, stawiając chociażby na gitary. I choć za sprawą lidera grupy w głowie majaczyła nazwa Nine Inch Nails, to jednak muzycznie trzeba przyznać, że to jednak dwa inne światy: Reznor tworzy muzę wyrafinowaną, natomiast Horskh był prostszy, bardziej... wulgarny w stylu. I na żywo się to sprawdziło.
08.06.2023 roku: CF98, Orbit Culture, White Hills, Testament, Behemoth, Bloodbath, Ghost, Moonspell
Czwartek był dniem, w którym zatrzęsła się ziemia. Słoneczko pięknie świeciło, jakieś oszołomy wesoło sobie protestowały, bo "sataniści grajo" - niby zapowiadał się przyjemny dzień. Aż tu nagle przed wyjściem na teren festiwalu spada bomba atomowa: z obiegu wypada druga co do wielkości scena na Mystic Festival. Całkowicie zmienia się rozpiska: część zespołów ląduje na Main, inne wciska się do B90, reszty nie ogarniam, bo mózg mi się gotuje od próby ustalenia co i kiedy mam teraz zobaczyć. Jakoś przetrawiam fakt, że występy Behemoth i Bloodbath zaczęły się zazębiać i nagle w głowie pojawia się pytanie: jakim cudem w klubie zmieści się zawartość placu przed Park Stage? Wystarczyło sięgnąć pamięcią do zeszłorocznych koncertów Heilung i Mgły, by poznać odpowiedź: no nie zmieści się. Musiałem się więc pogodzić również z faktem, że czeka mnie niejeden sprint w ten upalny dzień od Main do Shrine. Bo na Desert były już takie roszady, że całkowicie odpuściłem tę część imprezy - po prostu nie wiedziałem już co tam gra. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że organizatorzy pewnie dwoili się i troili, by ratować sytuację, to nie da się ukryć, że była to potężna wpadka wizerunkowa, z której trzeba wyciągnąć wnioski. I niestety nie była to wpadka jedyna.
Po znalezieniu mojej Padawanki przed startem koncertów postanowiliśmy rzucić okiem na wystawę towarzyszącą Mystic Festival, a więc pokaz prac Michela Langevina. Jest to oczywiście perkusista Voivod i autor okładek ich wydawnictw, którego prosty, futurystyczny, nieco dziecinny styl artystyczny jest nie do podrobienia. Prac mieliśmy sporo i pochodziły one z różnych okresów działalności jego kapeli, ale to jednak nie one skradły naszą uwagę. Niespodziewanie do piwnicy obok B90 trafiły bowiem także fenomenalne prace Sylwii Makris. Głównie podziwialiśmy wydruki na płótnie zdjęć zdobiących albumy Behemoth (z "ILYAYD"), choć pojawił się także niezwykły portret Kinga Diamonda. I gdy tak wymieniałem poglądy na temat tych dzieł z festiwalową towarzyszką, to podeszła do nas... sama ich autorka. Porozmawialiśmy o współpracy z Nergalem i sposobie tworzenia takich stylizowanych na obrazy olejne wydruków, ale też i pośmialiśmy się z anegdot związanych z innymi sesjami (w tym ze słynnych "Samurajów"). Cudowna artystka, którą zresztą można było później spotkać na festiwalowej ziemi również i w następnych dniach.
 Muzycznie natomiast rozpoczęliśmy od polskiego akcentu: dzień na Desert otworzył CF98 ze swoją wizją punk rocka. Melodyjnego, przebojowego, "amerykańskiego", w stylu chociażby Blink-182. Mi zawsze bliżej było do KSU, Dezertera czy młodszej Pidżamy Porno, więc obserwowałem krakowian z ciekawością (bo lubię poznawać wcześniej nieznane mi zespoły), ale też i bez większej ekscytacji. Następnie kilka kroków w bok i już jesteśmy w Świątyni, by sprawdzić Orbit Culture. Pamiętacie co pisałem o Szwedach? Ta zasada również i tutaj miała zastosowanie, bo choć kwartet z Eksjö prezentował death w bardziej przystępnej dla ucha formie, mocno przypominającej In Flames z tej środkowej fazy działalności, to jednak to granie było... w porządku. Na tych szybszych, przebojowych numerach nóżką się potupało, ale brewka intrygująco podnosiła się jednak wtedy, gdy grupa szła bardziej w te klasyczne rejony. Po Orbit Culture szybki rzut oka na stanowiska z merchem i już czekamy na otwarcie Main Stage, na której zagrać miał Lord of the Lost...
No i tak sobie czekamy, i czekamy... Słońce pali nam mordy, tłum gęstnieje, wody ni ma, człowiek na granicy udaru, ale czeka dalej. I dopiero po 45 (!) minutach okazało się z filmiku na zespołowym koncie na Telegramie (!), że chłopaki nie wystąpią, ponieważ również i ze sceną główną było coś nie tak. I ja rozumiem, że organizatorzy pewnie rzucili wszystkie ręce na pokład, by próbować uratować to show, no ale chyba jednak lepszym rozwiązaniem było po prostu dać znać, że "na razie" lepiej iść na jakiś inny występ. A tak straciliśmy całą godzinę na stanie w pełnym słońcu - kolejna sytuacja, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Mocno zdegustowani poszliśmy na Desert Stage, by zobaczyć... cóż, cokolwiek. Trafiło na White Hills: amerykański duet łączący rock z psychodelią. To proste, klimatyczne, ale także i wciągające granie. Zwłaszcza perkusja Ego Sensation robiła robotę - artystka swoją minimalistyczną grą przypominała mi pracę Meg White w The White Stripes. Dopiero później skojarzyłem, że White Hills to ta dająca czadu kapela z "Tylko kochankowie przeżyją" Jima Jarmuscha.
Następnie pora na mięcho, a więc Testament. Scenę główną udało się postawić, ale chyba na ślinę, bo grafika zespołu nieco zasłonięta, a nagłośnienie... dyskusyjne. Plac jednak pękał w szwach, a grupa cisnęła jak przykazano w Testamencie - Nowym i Starym, bo w setliście nie brakło zarówno klasyków, jak i kompozycji z nowszych wydawnictw. Miłą niespodzianką była obecność Skolnicka, który miał odpuścić część europejskiej trasy - widocznie stan zdrowia jego matki na tyle się poprawił, że muzyk mógł ze spokojną głową wyruszyć krzewić thrash. I zaprawdę powiadam Wam: thrash był to najwyższej próby. Cóż za forma zespołu, który przecież ciśnie od wczesnych lat 80-tych! Po Amerykanach tłumy u wyjścia były takie, że nie było sensu iść na nic innego - i tak stracilibyśmy pół występu. Dlatego niespieszny obiad, rzut okiem na kolejne stanowiska z merchem i zaczynamy zabawę z Behemothem. Jak ktoś spodziewał się skandalu z uwagi na to, że koncert odbywał się w Boże Ciało, to czekało go rozczarowanie: żadnego darcia Biblii czy deptania obrazków nie było. Było za to przemyślane w najdrobniejszym szczególe show. Behemoth udowodnił, że nie znalazł się w światowej czołówce przez przypadek: pirotechnika, zachowanie muzyków - wszystko pieczołowicie wyreżyserowane, by wyglądało jak najbardziej imponująco. Muzycznie też klasa: parę klasyków, ale też i trochę nowości ze znakomitym "Versvs Christvs" na czele.
 Niestety końcówkę koncertu musieliśmy odpuścić, ponieważ po zmianie grafiku występ zazębiał się z Bloodbath. Migiem więc do B90, a tam... dzikie tłumy. No ale w końcu to zespół, który miał grać na Main. Super-grupa dostarczyła nam solidną porcją klasycznego, przyprószonego siwizną, nie silącego się na żadne innowacje death metalu. Niestety nie było Jonasa Renkse w składzie, ale za to na perkę powrócił Axenrot (ex-Opeth). Nie żebym mógł to potwierdzić, bo ludzi tyle, że z mojego miejsca garowego akurat nie było widać, a ruszyć się za bardzo nie dało. Moja uwaga skupiona była więc niemal głównie na Starym Nicku - i growle wokalisty Paradise Lost były bardzo dobre. Jasne, nie jest to ani Åkerfeldt, ani Tägtgren, ale jego obecny głos znakomicie pasuje do tej grobowej muzy. Po weteranach metalu przyszedł czas na młodych gniewnych, a więc stosunkowo świeży, ale szalenie popularny Ghost.
Ach, jakiż był kwik przed festiwalem "prawdziwych metali", że "gunwo", że "pop", że "to nie metal"... No i co? No i właśnie gówno: szwedzka formacja zgromadziła morze ludzi. A jeśli miałbym określić jednym słowem występ Forge'a i spółki, to musiałbym użyć słowa: perfekcyjny. Pod względem oprawy (scena niczym wnętrze katedry, morze konfetti) czy zachowania na scenie (przezabawne gadki, czy wymiana uprzejmości z ghulami) nie można się było do niczego przyczepić. Wszystko miało sens i pięknie wpisywało się w mitologię zespołu - łącznie z przekomicznym cemeo Papy Nihila, który został na chwilę ożywiony, by zagrać szaloną solówkę na saksofonie. Miazga. Czy raczej "Miasma" - bo to podczas tego kawałka takie rzeczy. Muzycznie też było znakomicie. Jasne, w dwóch pierwszych numerach wokal Tobiasa był trochę pod instrumentami, a i zabrakło kilku moich faworytów (smuteczek za brak "If You Have Ghosts"), no ale "Faith", "Ritual", "Mary on a Cross", "Mummy Dust" (jakieś to ciężkie i klimatyczne na żywo), "Square Hammer" - grupa ma tyle hitów na koncie, że było z czego wybierać, by usatysfakcjonować fanów. I raczej nikt z nich nie wyszedł zawiedziony.
 Po Ghost jeszcze lekko oszołomiony lecę na złamanie karku do B90, by zamknąć dzień razem z Moonspell. A warto było się spieszyć, gdyż B90 przeżywało takie oblężenie, że kilka minut później przestano wpuszczać ludzi. Początek niemrawy, bo kawałek z "Hermitage", ale szybko Fernando zdradził, że czeka nas urodzinowy set, na który składać się będą numery z różnych okresów działalności. I rzeczywiście: były i żelazne klasyki, jak i utwory dawno niesłyszane, jak chociażby niedostępne na żadnej koncertówce "Soulsick". Do tego m.in. "Finisterra", "The Southern Deathstyle", "Nocturna", "Breathe", brak usypiającej mnie "Vampirii" - normalnie miód na me uszy! Był tylko jeden problem: umierający Ribeiro. Frontman był tego dnia chory i nie był to jakiś katar: ledwo trzymał się na nogach, a te bardziej wymagające partie wykrzykiwał na siedząco. Ze dwa razy tak się zawiesił pomiędzy poszczególnymi kawałkami, że reszta zespołu była na krawędzi przerwania show. Co ciekawe, gdyby się zamknęło oczy, to mało kto by usłyszał, że coś jest nie tak - nawet półżywy Ribeiro ma bowiem głos jak dzwon. Jasne, osobiście wyłapałem pójście na skróty, czy odpuszczenie dwóch najbardziej wymagających wersów "Finisterry", no ale ja jestem psycho-fanem. Reszta mogła czuć (po zachowaniu), że coś jest nie tak, ale już nie słyszeć. I choć Fernando przepraszał za "słabszą dyspozycję", to ode mnie wielkie brawa dla niego za doprowadzenie koncertu do końca. Nawet jeśli prawdopodobnie ucięto po drodze parę numerów. Inna sprawa, że moim zdaniem powinien tego dnia leżeć w łóżku, a nie lecieć do Polski, no ale po takiej ilości wpadek podczas pierwszego dnia festiwalu brak Moonspell wywołałby pewnie zamieszki.
09.06.2023 roku: Izzy and the Black Trees, In Twilight's Embrace, Imminence, Soen, Lost Society, Dismember, Grave, The Hellacopters, Electric Wizard, Danzig, Watain
Nie zgadniecie! Na drugi trzeci dzień udało się rozłożyć Park Stage! Zanim jednak przeszliśmy do drugiej co do wielkości sceny, to na Desert pierwszych gości witał zespół Izzy and the Black Trees. Ciekawy wybór na metalowy fest, gdyż to muza bardziej alternatywna, w której znajdziemy elementy różnych odmian rocka. Muzycznie średnio do mnie to przemawiało, no ale nie można lubić wszystkiego, co nie? Po In Twilight's Embrace na Park Stage spodziewałem się z kolei solidnego łomotu i chłopacy nie zawiedli. Konkretny black metalowy wpierdziel w pełnym słońcu. Od muzyków łupiących tak, że aż z nich corpse-paint spływał. Niby "tylko" zastępstwo, a jednak jeden z fajniejszych koncertów. A Cyprian Łakomy jako frontman fenomenalny: niby zbyt wiele nie robi, a jakoś nie można oczu oderwać. Szwedzki Imminence na Głównej już zdecydowanie słabiej, no ale metalcore ani mnie nie ziębi, ani nie grzeje. Niby były ładne melodie, niezgorsze solóweczki (również na skrzypcach), a i dało się zauważyć fanów wykrzykujących każdy tekst, ale mnie to specjalnie nie ruszyło. No i basy ustawiono zdecydowanie za mocno - im bliżej sceny, tym bardziej uszy stawały się zbędne.

Parę minut po zakończeniu koncertu już rozkładamy się wygodnie w "Parku" by odpływać w melancholijnych dźwiękach Soen (to już drugi zespół z byłym pałkerem Opeth!). I mamy takie śliczne, klimatyczne, ambitne granie, a za płotem banda idiotów macha jakimiś chrystusowymi flagami, bo niby sataniści grają. Nawet Joel - frontman grupy - nie mógł się powstrzymać od skomentowania tego. Oprócz smutku było więc trochę śmiechu, ale bez przesady: szybko wróciliśmy do krainy rozpaczy, by całość zakończyć przepięknym "Lotus". Na Main kompletna zmiana klimatu. Wikipedia twierdziła, że Lost Society gra thrash, ale to już dawno i nieprawda. Finowie zdradzili ten gatunek (czego wielu nie może im wybaczyć) i na ostatnim albumie poszli do łóżka z metalcorem. I można płakać, można wyklinać, ale też i trzeba przyznać, że grupa na żywo wypada znakomicie. Wielkie brawa należą się przede wszystkim Samy'emu Elbannie, który nie tylko jest prawdziwym scenicznym zwierzęciem, ale także znakomitym wokalistą i gitarzystą - jego solówki robiły piorunujące wrażenie. Na Park Stage lądujemy w pierwszym rzędzie, bo oto Legenda. Oto Death Metal. Oto Dismember w swoim najsilniejszym składzie. I, o matko, jakież to było dobre. Banda headbangujących 50-latków nawet na chwilę nie zwalniała, co chwilę wyciągając z rękawa jakiegoś żelaznego klasyka, jakiś numer będący podstawą śpiewnika fana growli. Kurde, nawet członkowie innych grup (dało się zobaczyć chociażby muzyków Watain) ustawili się z boku sceny, by oglądać ten występ. Jego zajebistości nie dane nam jednak było długo kontemplować, gdyż po zakończeniu trzeba było biec na inną legendę sztuki spuszczania łomotu: Grave. W składzie której mogliśmy zobaczyć byłego członka Dismember: basistę Tobiasa Cristianssona. "Grób" to jednak przede wszystkim Ola na gitarze/wokalu i miło zakomunikować, że 52-letni muzyk okazał się być w znakomitej formie. Mimo wszystko jednak długo nie mogłem się wkręcić w ten występ - chyba dlatego, że "konkurencja" okazała się zbyt silna.
 Mało Wam legend death metalu? To na Main Stage szalał z kolei Nicke Andersson (perkusista Entombed), choć z tym swoim bardziej przebojowym projektem. Byłem zaskoczony frekwencją na The Hellacopters, gdyż o ile zdawałem sobie sprawę z tego, że w innych krajach zespół ma status kultowego, to jednak w Polsce jakoś nigdy się o nim nie mówiło. A tu ludzi sporo i to jeszcze takich znających każdy kawałek. Nicke znakomicie śpiewał i grał na gitarze (prawdziwy człowiek-orkiestra, co nie?), Dregen na drugim wiośle latał jakby wciągnął kilogram koksu, poszczególne kawałki szybko wpadały w ucho - bardzo przyjemny występ. Aż szkoda, że jego początek zazębiał się z Grave. Zazębiać się także miał Electric Wizard z Carpathian Forest i choć w planach miałem wyskoczyć pod koniec na tę drugą kapelę, to ostatecznie temat odpuściłem. Dlaczego? Bo brytyjscy mistrzowie doom/stoner metalu gnietli tak, że nogi odmówiły posłuszeństwa i postanowiły zostać. To ciężkie, powolne granie wciągało niczym bagno - nawet szef ochrony kiwał głową w rytm muzyki uważnie obserwując przy tym publiczność. No i nie można nie wspomnieć o wizualizacjach, w których psychodelię wymieszano z... soft-porno. Ma to sens.
Po kapitalnym Electric Wizard czekamy na headlinera, którym został Elvis Presley metalu: Glenn Danzig. Wokalista zbliża się już do 70-tki, niejeden raz miał już kończyć karierę, dlatego obniżyłem wobec niego poprzeczkę wymagań. No i Glenn ani nie zachwycił, ani też koncertu nie położył - był po prostu w porządku. Miejscami (zwłaszcza na początku) wyraźnie fałszował, ale też i potrafił złapać za serduszko tą swoją charakterystyczną barwą oraz "agresywnym" zachowaniem na scenie. No i setlistą, na którą składały się same klasyki: od całego "Danzig" przez wybrane kawałki z płyt do "Danzig: 4p". Oprawa ascetyczna, telebimy nie wiadomo dlaczego wyłączone, ale ogólnie miło spędziło się czas - zwłaszcza że muzyk nakręcał się z każdym kolejnym kawałkiem. I może chciałoby się parę numerów więcej (ech, gdzie mój ukochany "Devil's Plaything"?), a i po cichu liczyłem na coś z bardzo dobrego "Deth Red Sabaoth", no ale obiektywnie patrząc: lepszej setlisty Danzig nie miał od lat, a i forma lepsza niż na niejednym nagraniu z sieci. Koncertowej formy nie można też odmówić Watain. Wiedziałem, że ekipa potrafi niejedną rzecz odjebać, a mimo to udało im się mnie zaskoczyć. Oto scena z wielkim ołtarzem z kości, na którą wychodzi frontman zapalając klimatyczne świeczniki. Pochyla się z płonącą pochodnią w stronę publiki i... sru: nagle ciska nią w fanów! W pierwszym rzędzie na koncercie Watain nikt nie może czuć się bezpiecznie, bo później Erik chlusnął także krwią. Prawdziwą i z uwagi na warunki: okrutnie śmierdzącą (tutaj brawa dla ochrony, która z kamienną twarzą ścierała sobie z twarzy juchę). O "zwykłym" przypalaniu się już nie będą wspominał, bo przy wspomnianych wybrykach to niewinne igraszki. Dorzućcie jeszcze do tego szaleństwa fantastyczną, bezkompromisową muzę i kapitalny zespół (fenomenalny Alvaro Lillo na basie), a dostaniecie jeden z najlepszych występów całego festu.
 10.06.2023 roku: Mag, Muut, Pupil Slicer, Vended, Wolfheart, Bury Tomorrow, Alcest, Voivod, Dark Angel, Meshuggah, Gojira, Unleashed, Perturbator
Ostatni dzień Mystic Festival po raz kolejny rozpoczęliśmy od wizyty na Desert Stage, którą zaczarował Mag. Trochę stonera, nieco sludge metalu, szczypta doomowych rytmów, a to wszystko okraszone tekstami mocno inspirowanymi opowiadaniami Lovecrafta. Spoko. Muut na Park Stage również ciężko zaszufladkować: zespół miesza ze sobą przeróżne podgatunki, tworząc jednak muzę nieco bardziej przebojową w porównaniu do Maga. Mnie jednak specjalnie nie zachwyciła, dlatego koncert oglądałem rozłożony wygodnie na trawie, a pod koniec niespiesznym krokiem udałem się do B90 by zobaczyć Pupil Slicer. Internety twierdziły, że będzie grind, a tu muza garściami czerpiąca... z czego tylko się da. Każdy z muzyków jakby wyrwany z kapeli grającej co innego (i do tego rozwrzeszczana, pozbawiona kompleksów liderka), a z głośników połamane kawałki, w których można było wyczuć woń rocka, metalu, grindu i wszystkiego co pomiędzy. Dla mnie za dużo było jednak sprzecznych bodźców i ostatecznie Pupil Slicer okazał się być tworem całkowicie niezjadliwym.
Na grający na Main Stage zespół Vended trafiłem całkowicie przez przypadek, bo... źle spojrzałem w rozpiskę. Szybkie wygooglowanie tematu i już wiem, że to kapela "slipknotowych" dzieciaków. Młodego Taylora łatwo było rozpoznać, bo to po prostu skóra zdjęta z ojca: wygląd, mimika, a i głos jakby z czasów sprzed wydania albumu "Iowa". Młodego Crahana nie mogłem namierzyć, więc go olałem i skupiłem się na startującym w kosmos perkusiście - cóż ten gówniarz wyczyniał na bębnach to głowa mała! Oczywiście na końcu okazało się, że to właśnie młody "Clown" - obiektywnie więc mogę powiedzieć, że dzieciak ma talent niesamowity. Vended to grupa z potencjałem - na razie jeszcze trochę za bardzo przypomina Slipknot, ale może z tego wyjść coś wielkiego. W przypadku Wolfheart już o żadnych pomyłkach mowy być nie mogło: wiedziałem co, gdzie, jak i po co (w końcu robiłem wywiad z Tuomasem) grają. Pogoda niezbyt pasująca do mroźnych, epickich klimatów (słońce opalało muzykom twarze), no ale cóż zrobić? Lider w okularach przeciwsłonecznych, Lauri co chwila schładzający się wodą, Vagelis prężący muskuły - i jakoś zleciało. W porządku, choć bez większych zaskoczeń.
Po Szwedach truchcikiem na Main, by odhaczyć Bury Tomorrow, a więc kolejną kapelę nurtu metalcore. Chyba wszystkie formacje prezentujące w Gdańsku taką muzę założyły się o to, kto będzie miał mocniejsze basy, bo znów: im bliżej sceny, tym bardziej słuchało się tego wszystkiego płucami. Ogólnie jednak było nieźle: dynamiczni muzycy, wpadające w ucho melodie, chwytliwe refreny - do gatunku jednak mnie nie przekonają. W tym momencie przyszło mi się pożegnać z Adrianą, która musiała zacząć szykować do powrotu ze swojego pierwszego większego festu. Zadowolona z wizyty w Trójmieście zapowiedziała powrót w przyszłym roku, ja z kolei zaliczyłem powrót na Park Stage gdzie rozkładał się Alcest. Ludzi sporo, ale bez większych problemów udało mi się zająć miejsce w pierwszym rzędzie, by chociaż przez chwilę chłonąć klimatyczne dźwięki Francuzów. Czyste wokale Neige'a niestety gubiły się pod warstwą instrumentów (co innego jego wrzaski), ale muzycznie było wyjątkowo smakowicie. Niestety całego ciastka nie dane mi było zjeść, ponieważ w B90 swoje 40-lecie świętowała grupa Voivod. Dzikie tłumy gorąco powitały Kanadyjską legendę, którą odwdzięczyła się znakomitym występem. Zespół w wybornej formie, a szczególnie Snake (przezabawny z niego frontman) oraz Away na perkusji - ten facet to prawdziwa bestia! Pochwalić też trzeba setlistę, w której nie zabrakło wycieczek w różne historyczne okresy Voivod - w tym erę z Forrestem.
 Jako że legenda (pokracznego, ale jednak) thrash metalu zazębiała się z inną legendą thrash metalu, to znów czekał mnie bieg pod scenę główną. Tam bowiem jedyna w swoim rodzaju okazja do zobaczenia Dark Angel. Skład niemal klasyczny, ponieważ zabrakło tylko zmarłego niedawno Jima Durkina. Na drugim wiośle pojawiła się więc Laura Christine - przyjaciółka grupy i prywatnie żona Gene'a Hoglana, którą sam gitarzysta wybrał na swoją następczynię. I trzeba przyznać, że swoją grą składa mu ona piękny hołd. Setlista złożona z samych klasyków, banda doświadczonych muzyków wyciskająca siódme poty, fantastycznie bawiący się na scenie Ron Rinehart (choć próby zmierzenia się z najwyższymi partiami mógł sobie podarować) - ogólnie, to najlepszy thrashowy występ na tym festiwalu. A wiecie jaki był najlepszy koncert całego Mystic Festival? Meshuggah. "To jakiś znany zespół" - pyta się mnie ochroniarz widząc morze ludzi pod Park Stage. "Chłopie, zaraz zobaczysz co tu się będzie działo" - ostrzegłem. I Szwedzi jak jebli, to nie było później czego zbierać. Nieustanne pogo wzbijało tumany kurzu, które potrafiło przysłonić scenę, pracownicy służb porządkowych co chwilę łapali fanów uprawiających crowd-surfing, a i w kilku sytuacjach trzeba było uruchomić również i służby medyczne. Jak przeżyłem w pierwszym rzędzie, to nie wiem, ale ucieczki i tak nie było. Zresztą, nie żebym chciał się ewakuować: grupa gniotła niemiłosiernie, udowadniając, że nie trzeba żadnych tańców-wywijańców czy nie wiadomo jak wydumanej scenografii, by dać świetne show. Wystarczy grać niestandardową muzę, dobrze ją nagłośnić i... mieć groźnie wyglądającego Fredrika Kidmana na froncie. Tyle albo aż tyle.
Jeszcze oszołomiony ląduję przed Main Stage, by już bez spiny obserwować Gojirę. Byłem na wybitnym koncercie na Pol'and'Rock i chyba podświadomie życzyłem sobie powtórki, bo początkowo w ogóle nie mogłem się wkręcić w setlistę. Dopiero gdy oczyściłem głowę ze wspomnień z 2018 roku, to zacząłem się dobrze bawić. Wrażenie robiła oprawa, ponieważ wizualizacje wyświetlano nie tylko na telebimach, ale również na całej powierzchni sceny. Do tego konfetti, pirotechnika, serpentyny przysłaniające drzewa (no i gdzie ta ekologia?!) - był budżet! I choć gdzieś tam pojawiły się drobne potknięcia ("Stranded"!), to zespół działa jak dobrze naoliwiony mechanizm. Mechanizm, który nie boi się dodawać kolejnych przekładni, bowiem prócz ulubionych kawałków dostaliśmy sporą porcję nowości: był chociażby świetny "The Chant", "Amazonia" prowadzona przez przywodzący na myśl Sepulturę riff, czy też odegrany do puszczonego w tle teledysku "Another World". Po Francuzach pora na klasyczny śmierć-metal. W B90 niby legenda gatunku, ale klub tym razem jakiegoś większego oblężenia nie przeżywał. Unleashed zagrało w zmienionym składzie, ponieważ Anders miał wypadek na motocyklu - za gary wskoczył awaryjnie Jonas Tyskhagen. Było trochę problemów technicznych (szczególnie jedna z gitar potrafiła się "gubić"), ale Johnny i spółka byli zadowoleni z powrotu do Polski. Ja spodziewałem się jednak większego ognia. Niby były klasyki, niby byli solidni reprezentanci nowszych krążków ("The Hunt for White Christ"!), ale jakoś zabrakło... ognia. Ognia nie było też na kończącym cały festiwal Perturbator - tam były za to lasery. Dużo laserów. I dużo tańczących metali. Taki był płacz, że "Ghost-nie-metal", a na "techno" (bo wiadomo, że to jednak mieszanka różnych gatunków, nie?) jakoś wszyscy przyszli, wszyscy dobrze się bawili i nikt nie umarł.
 Występem Perturbator zakończył się Mystic Festival 2023. W ciągu czterech dni zobaczyłem łącznie 44 zespoły, przebijając tym samym zeszłoroczny wynik. Działo się tu tyle, że w ciągu całej imprezy do namiotu prasowego zawitałem... raz i to dosłownie na 10 minut - z czystej ciekawości (nie szukajcie więc mnie na oficjalnej fotce - byłem pod sceną na Dark Angel). Do tego kilka spotkań z gwiazdami, no i możliwość uczestniczenia w niejednej dramie. Bo tak, pod względem organizacyjnym były przepotężne wpadki, z których należy wyciągnąć odpowiednie wnioski. Bo wielu osobom przysłaniają one rozwój wydarzenia: przecież pojawiły się telebimy, bardziej rozbudowana (choć podobno delikatnie przeludniona) loża VIP, mieliśmy panele dyskusyjne, a także nie jedną, a aż dwie wystawy. Mystic Festival rośnie w siłę i wierzę, że przyszłoroczna edycja będzie już tylko lepsza.
P.S. Ja wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale nie piję ani piwa, ani kawy, ani energetyków - bardzo bym prosił o jakieś stanowisko z napojami (jak w zeszłym roku). Bo barmanki patrzyły na mnie jak na wariata, gdy pytałem o zwykłą colę. Poratowały mnie przemiłe panie z obsługi, które z tego miejsca bardzo serdecznie pozdrawiam!
Zapraszamy również na nasz kanał YouTube, gdzie znajdziecie sporo nagrań z Mystic Festival, jak i innych koncertów. Zapraszamy pod ten link.
|