Iron Maiden - Kraków



Iron Maiden, The Raven Age
Tauron Arena, Kraków - 13/14.06.2023 r.


Przy ogłoszeniu trasy "The Future Past" zespół Iron Maiden zapowiedział, iż setlistę oprze na dwóch albumach: "Senjutsu" i "Somewhere in Time". Fani dosyć szybko odnaleźli na grafice zapowiadającej te koncerty małą podpowiedź (5:5) i ruszyła fala spekulacji, czego możemy się spodziewać. Jeśli chodzi o najnowszą płytę, to pewniakami zdawały się być kompozycje "The Time Machine" i "Days of the Future Past", bo idealnie pasowały tematycznie. Wiadomo było też, że wskoczy któryś z "epików" Harrisa, bo to już święta tradycja. No i wstępnie można było wykluczyć trzy pierwsze utwory z płyty, gdyż zapowiedziano, że nie będą one brane pod uwagę.

Znacznie ciekawiej było spekulowane przy kompozycjach z płyty "Somewhere in Time". Do tej pory zespół eksploatował dwie z nich: "Wasted Years" (mocno) i "Heaven Can Wait" - i tym samym były one pewniakami. Kolejne trzy? No i tu zaczęły się schody. Iron Maiden słynie z tego, że na koncerty wybiera tylko utwory, które grali wcześniej na trasie promującej dany album. W latach 1986-87 grali jeszcze: "Caught Somewhere in Time", "Stranger in a Strange Land" i "Sea of Madness". Czyżby szykował się aż taki powrót w czasie? W głowie miałem jednak czerwoną lampkę, bo już kiedyś mieliśmy obiecane pięć numerów z płyty "The Number of the Beast" i nic z tego nie wyszło. Jednak przy założeniach i tematyce trasy taki "Caught Somewhere in Time" zdawał się być pewniakiem. W mojej głowie kiełkowała nawet myśl, że Iron Maiden być może pokusi się o rozpoczęcie koncertów w retro stylu: na intro z filmu "Blade Runner" + "CSIT"... ot, takie moje marzenie od lat. Na bootlegach z tamtej epoki brzmi to przecież fenomenalne. Tymczasem Nicko zaspojlerował numer "SIASL" wrzucając filmik jak go gra ze swoimi przyjaciółmi. Wtedy już też byłem pewien, że "CSIT" też będzie grany. I tym samym pozostał jeden wolny slot - o ile formuła 5:5 miała zostać zachowana. Szczerze? Na "piątkę" z płyty "SiT" nie liczyłem, ale tytułowy i "Stranger" w pełni mnie zadowalały. Do tego przecież "Wasted Years", który uwielbiam i "Heaven Can Wait", za którym nawet trochę się stęskniłem, bo dawno go nie było (ostatnio w 2008 roku). Po pierwszym koncercie trasy sensacyjnie okazało się, że piątym numerem (bo formuła została zachowana) jest... "Alexander the Great"!!! Ten numer urósł do poziomu miejskiej legendy, bo wielu fanów pragnęło go usłyszeć na żywo, ale zespół nic sobie z tego nie robił. Aż do 2023 roku. Przy tej setliście, z takimi numerami z płyty "Somewhere in Time" "wiedziałem", że muszę się na oba krakowskie koncerty wybrać. Przecież mówimy o moim ulubionym zespole, a ten album to ścisły top (razem z "Seventh Son…") ich dyskografii. W dodatku przez wiele lat niezbyt obficie korzystano z dobrodziejstw znajdujących się na tym krążku.

Nastał wreszcie dzień wyjazdu do Krakowa i tym samym przechodzimy do koncertowych wydarzeń, bo ciutkę się rozpisałem o moich oczekiwaniach i pragnieniach związanych z tymi koncertami... Supportu nie będę opisywał, bo to nie moja bajka. The Raven Age widziałem raz wcześniej jako support przed... Anthrax. Jeśli chodzi o ich muzykę, to jest mi zupełnie obojętna. Fajnie korzystali z dużej sceny i licznej publiki. Ale muzycznie to nie mój świat. Jak zawsze przed koncertem Iron Maiden mocno ograniczam sobie wiedzę na temat tego, co zobaczę na żywo, żeby nie psuć sobie tego "pierwszego wrażenia". Nie oglądam zdjęć i filmików z koncertów, a na setlistę rzucam tylko okiem i w dniu koncertu zazwyczaj nie pamiętam jej zbyt dokładnie. Ostatnie minuty oczekiwania w Krakowie to nieustannie rosnące napięcie. Gonitwa myśli, jak to wszystko zabrzmi, jak ja to odbiorę. Filmowe intro + "Caught Somewhere in Time" + "Stranger in a Strange Land" to przecież spełnienie moich marzeń. Czy zespół spełni moje oczekiwania? Czy...? Kolejne rozkminy przerywają mi pierwsze takty utworu "Doctor, Doctor", a emocje buzują pod korek. I wreszcie zaczyna się intro znane z filmu "Blade Runner", klimatyczne światła i to rosnące napięcie. Wreszcie intro z taśmy do utworu "CSIT" i muszę przyznać, że to napięcie zbudowane zostało w sposób niesamowity. Ciarki przelatują mi od czubka głowy do stóp i z powrotem. Wreszcie wybuch fajerwerków i muzycy wysypują się na scenę. I cisną z wiadomym numerem. Scena zostaje odsłonięta, a z tyłu znajduje się niesłuchanie klimatyczna płachta. Do tego na mini-telebimach po jej bokach widzimy padający deszcz, co wygląda po prostu niesamowicie. Opad szczęki i stoję jak wryty, totalnie rozwalony tym klimatem. Po chwili dołącza Dickinson w stylowych okularkach przeciwsłonecznych i zaczyna śpiewać: "If You had the time to lose". Dla mnie absolutna magia, a przy słowach "Time...is always on my side" miałem już łzy wzruszenia w oczach. Te ostatnie minuty, godziny, lata oczekiwania... Magia dzieje się przede mną, tuż na wyciągnięcie ręki. Stoję w 4-5 rzędzie na wprost Adriana i obserwuje go podczas solówki w utworze "Stranger in a Strange Land". To czysta przyjemność, patrzeć z jaką pasją i natchnieniem gra - coś pięknego. Dla mnie cały wieczór to pokaz mocy H. Dave i Janick (z całą sympatią), ale byli w głębokim cieniu.

Ten początek tego koncertu to było totalne spełnienie moich marzeń i chyba nawet przerosło moje oczekiwania. Ale to przecież nie był koniec atrakcji i mega przyjemności. Czary trwają w najlepsze, bo przecież jest on - "Alexander the Great"! "Ultrasem" tego utworu nigdy nie byłem, ale fragment instrumentalny to perła czystej wody. Usłyszeć to na żywo - klękajcie narody. Tu muszę pochwalić Iron Maiden, bo po raz pierwszy wyszli ze swojej strefy komfortu i sięgnęli po numer, którego nie grali na trasie promującej dany album. Brawo! Zgodnie z moim oczekiwaniem te pięć numerów "SiT" to było moje "michałki" z tych koncertów. Początek już opisałem, a sekwencja "Heaven Can Wait" plus "Alexander" to co prawda ciut mniejszy poziom rażenia, ale i tak ciary na tym drugim miałem przeogromne. Obok mnie blond dziewczę podczas mówionego intro ze wzruszenia aż się... popłakała... "Bidulka". Ostatnim bisem było "Wasted Years" i powiem Wam, że takie zakończenie koncertu to dla mnie absolutny absolut. Sprawdziło się wybornie już kiedyś i siadło na obecnej trasie idealnie. Dodatkowo uwielbiam ten numer, a solo Adriana to jedno z moich najukochańszych. Cud-miód-malina. Wreszcie-nareszcie płyta "Somewhere in Time" doczekała się odpowiedniego uhonorowania. "7 Syn" miał swój prime w latach 2016-17. A teraz nareszcie nadszedł czas (HA!) na "Somewhere in Time".

Ale nie samym "SiT" ten koncert przecież stał. Druga "piątka" numerów pochodziła z płyty "Senjutsu". Były wspomniane na wstępie dwa pewniaki. Była powtórka w postaci "The Writing on the Wall". A jeśli chodzi o harrisowe kolosy, to były dwa: "Death of the Celts" i "Hell on Earth". Ten drugi zresztą otrzymał zaszczyt otwierania bisów i jako jedyny w tym secie został dodatkowo podbity pirotechniką, co prawda ciutkę chaotyczną, ale zawsze. A jak wypadły pozostałe nowe utwory? Przyznaje się, że do płyty "Senjutsu" serca dużego nie mam. Ma ona swoje wady i nie cenię jej zbyt wysoko. Ale należy oddać "cesarzowi co cesarskie" i tutaj pochwalę właśnie "Hell on Earth". Ten numer sprawdził się na żywo i swoją robotę zrobił. Podobnie "Days of Future Past" - tutaj krótko, fajnie i na temat. "The Writing..." średnio przekonuje mnie na płycie, średnio mnie przekonał na koncercie w Warszawie, a w Krakowie o dziwo było ciut lepiej. Dalej nie zachwyca, ale jako oddech po tym zabójczym początku jak najbardziej. "The Time Machine" to niestety katastrofa na całego. Ten numer to zlepek przypadkowych tematów, które niezbyt do siebie pasują i totalnie mi ten kawałek nie siedzi od kiedy po raz pierwszy go usłyszałem. Taki mały koszmarek, czy też "utwór Frankensteina" posklejany z kawałków innych kompozycji. Natomiast "Celtowie" oczarowali, ale niestety nie muzycznie, lecz wizualnie. Pięknie klimatyczna płachta z tyłu sceny, spływające dymy z podwyższeń dookoła i nastrojowe światła. Szkoda, że muzycznie ten numer ciut nie dojeżdża.

I tym samym pozostało nam jeszcze pięć numerów w secie. Pozwólcie, że "The Trooper", "Fear of the Dark" i "Iron Maiden" nie będę opisywał, bo każdy wie, co się podczas nich dzieje. "Can I Play With Madness" - ten numer mocno do tego zestawu mi nie pasuje. Mam wrażenie, że zespół chciał mieć w tym miejscu koncertu coś przebojowego i padło na ten sprawdzony utwór. "The Prisoner"- bajka i kurczę też za tym kawałkiem ciutkę zatęskniłem. Co prawda tutaj rozstanie było krótsze, bo ostatnio grany był w 2014 roku. Ale ta kompozycja zbyt często do koncertowego seta Iron Maiden nie trafia. No właśnie... Już chwaliłem zespół za wyjście ze swojej strefy komfortu i sięgnięcie po mało grane numery. To oczywiście musiało się odbyć kosztem innych kompozycji. I tutaj o dziwo odstawiono na boczny tor utwory, które do tej pory "zawsze musiały być", czyli "The Number of the Beast", "Hallowed by Thy Name", "2 Minutes to Midnight", "Run to the Hills" i tym podobne koncertowe "kotlety". Nie zrozumcie mnie źle, ja te numery bardzo lubię, no ale Iron Maiden ma tyle kapitalnych kompozycji, że zawsze "irytowało" mnie to ich ograniczenie. Teraz o dziwo wreszcie popuścili troszkę lejce i od razu powiało świeżością. Tylko pytanie dlaczego żeby usłyszeć taki "Caught Somewhere in Time" musiałem czekać 28 moich koncertowych lat? Dlaczego do cholery? (hehe). A serio to chwała i wielka ulga, że zespół wreszcie zdecydował się na takie zmiany w swoim podejściu.

A będąc już przy zmianach, to nie sposób zauważyć, że wizualnie też zespół podszedł ciut inaczej do koncertów na tej trasie. Skromniejszy (ale nie mniej efektowny) wystrój sceny, kapitalne old-schoolowe światła i brak wszelkiego rodzaju "dmuchańców" i przebieranek Dickinsona. Nawet podczas "The Trooper" obyło się bez machania brytyjską flagą. Można? Można! Dzięki temu Bruce miał więcej czasu dla siebie i nie musiał gonić co numer po inne wdzianko. Zespół też jakby bardziej skupiony na graniu, a i ja mogłem bardziej na muzyce się skupić, bez rozpraszania się kolejną dmuchaną kukłą. Jak to mój znajomy stwierdził: "Iron Maiden trochę wyciągnęło piórko z dupy jeśli chodzi o ten cały teatrzyk" (pozdro Igor). Coś w tym jest... Oczywiście wiele osób narzekać może, że nie usłyszało swojego ulubionego "Numbera", czy "HBTN" i ja to rozumiem. Ale moja perspektywa jest inna. Na Maiden jeżdżę od 1995 roku i w tym czasie nie byłem (jak dobrze pamiętam) na dwóch trasach... I cieszę się na te wszystkie zmiany. Piszę tę relację i w moim odtwarzaczu zapętlony mam CD "Somewhere in Time", który leci już nawet nie wiem który raz. Mam przeogromną ochotę włączyć sobie jakieś nagranie z tej trasy... ale tego nie zrobię. Dlaczego? Bo jeszcze przede mną jeden koncert na tej trasie (mam nadzieję!) i chcę zatęsknić za tymi wszystkimi wrażeniami i odczuciami. Niech narośnie ten niedosyt i skonsumuję go na tym koncercie. Wspominam to wszystko czego doświadczyłem w Krakowie i czekam na to co mnie jeszcze czeka... Hmm... brzmi znajomo? Przecież to jest idealna kropka - "przyszła przeszłość". Dziękuje, nie mam więcej pytań.

"Caught Somewhere in Time":


"Stranger in a Strange Land":


"The Prisoner":


"Heaven Can Wait":


"The Trooper":


"Alexander the Great":


"Fear of the Dark":


"Wasted Years":




Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 02.07.2023 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!