Wacken Open Air 2006


Wyjazd do Wacken zaplanowaliśmy sobie tak samo jak rok wcześniej. Spotkanie w Pile i wyjazd późnym popołudniem. Tym razem pojechaliśmy w 4 osobowym składzie: Ania, Krzysiek, Czaro i ja. Po zeszłorocznej podróży a'la Hitchcock w tym roku byliśmy bardziej "wyluzowani". Heh, była pewna presja, bo niespełna dwa tygodnie wcześniej, podczas podróży na Masters of Rock w Czechach... popsuł nam się samochód. Tam dojechaliśmy i wróciliśmy dzięki uprzejmości znajomych. Tym razem jednak wszystko odbyło się bez najmniejszych komplikacji. Dojechaliśmy bez najmniejszych kłopotów i przygód.

Na miejscu zameldowaliśmy się nad ranem około 6.30. Kilkanaście godzin podróży minęło dosyć szybko. Sprawnie załatwiamy formalności z akredytacjami i meldujemy się na zupełnie pustym polu namiotowym. Rozbijamy się blisko wyjścia na teren festiwalu, jemy posiłek i czas zasłużony odpoczynek. Pogoda dosyć niewyraźna, pochmurno, ale nie padało. Pobudka po kilku godzinach i już zaczynamy odczuwać atmosferę festiwalu. Zaroiło się od namiotów, a z różnych stron dobiega przeróżna muzyka.

Wyruszamy na teren festiwalu, zapoznajemy się ze zmianami organizacyjnymi, odwiedzamy stoiska handlowe i wciąż zerkamy na sceny. Party Stage jeszcze w trakcie budowy, a raczej wykończenia. Tymczasem na True Metal Stage pojawił się pierwszy zespół. Była to kapela Faster Inferno z którą wystąpił Tyson Schenker. Ogólnie nic specjalnego, więc nawet nie podeszliśmy pod scenę. Kolejne dwie kapele (Victory i Michael Schenker Group) też szału nie zrobiły. W trakcie tych koncertów miała miejsce konferencja prasowa gwiazdy wieczoru, czyli zespołu Scorpions. Udaliśmy się do namiotu prasowego, ale konferencja zbyt ciekawa nie była. Zaczepiliśmy basistę zespołu Pawła Mąciwodę, który ucieszył się słysząc rodaków. Punktualnie o godzinie 21:45 miał rozpocząć się występ Skorpionów. Niestety było jakieś większe opóźnienie i gwiazda czwartkowej nocy pojawiła się sporo po tym czasie. Jak na wackenowskie standardy to spore zaskoczenie. Sam koncert to już była duża klasa. Ponad dwugodzinny show, ubarwiony zaproszonymi gośćmi (m.in. Hermann Rarabell, Uli Jon Roth, Michael Schenker). Na scenie sporo ruchu, muzycy robią pozytywne zamieszanie. Oczywiście najwięcej "szaleje" Klaus Meine. Przyznaje, że byłem pod wielkim wrażeniem, tego co ten facet wyprawia. Wszędzie go pełno, ciągle coś musi robić. A to gra na tamburynie, a to biega ze statywem od mikrofonu, a to wyrzuca w publikę pałeczki od perkusji (poleciała ich chyba ze setka). Przez cały występ coś się dzieje i nie ma czasu na nudę. Specjalnie nie jestem wielkim fanem muzyki Scorpions, ale ten występ oglądało mi się przyjemnie. Staliśmy przy barierce, więc widoki mieliśmy przednie. Przed bisami na scenie pojawił się wielki, mechaniczny i metalowy skorpion. Przyznaję, że wyglądało to dosyć efektownie. Moim "michałkiem" z tego występu był utwór "Holiday", który to bardzo, ale to bardzo lubię. "Let Me Take You Far Away You'd Like a Holiday" - i wszystko jasne. Natomiast lekko zadziwił mnie brak hitowego "Wind of Change". Ogólnie występ oceniam na duży plus. Krzysiek na ten temat ma inne zdanie - "Oj tak, duży plus to stanowczo za mało!, inna sprawa, że jestem maniakiem Scorpions i od lat chciałem ich zobaczyć. Marzenie wreszcie się spełniło, dostałem to co chciałem czyli zestaw największych hitów zespołu, masę wspaniałych gości, do tego "Still Loving You" przy którym pojawiło się kilka tysięcy zapalniczek - tego widoku nie zapomnę do końca życia. Takie chwile można przeżyć tylko na Wacken i... tylko ze Scorpions"

Koncert zakończył się grubo po północy, ale jakoś specjalnie zmęczeni nie byliśmy. Po podróży pospaliśmy, humory dopisywały, więc była lekka imprezka, która skończyła się heavy metalowymi kalamburami na zaparowanych szybach samochodu. Ogólnie kupa śmiechu i relaksu.

Drugiego dnia W:O:A budzę się dosyć wcześnie (oczywiście jak na porę o której poszliśmy spać) i momentalnie na mojej twarzy pojawia się wielki uśmiech. Nie, nie... nie obudziłem się w raju ;) natomiast słońce grzeje dosyć nieźle, a niebo całkowicie błękitne. Świetnie, więc pogoda dopisała. Towarzystwo też powoli się budzi, oczywiście oprócz Krzyśka, któremu tradycyjnie nic nie przeszkadza. Wsadzić chłopa do pieca, rozpalić ogień... no może to by pomogło i raczyłby otworzyć oko. A serio to respect z tym spaniem...

Pierwszą kapelą drugiego dnia, która wzbudza moje zainteresowanie jest Wintersun. Jednak furory nie zrobili i dosyć szybko opuszczam okolice True Metal Stage. Zresztą koncert o godzinie 12-tej to nie jest coś wymyślnego. Kolejną kapela na którą mam "ciśnienie" to jest zespół Nevermore. Tutaj to już nie ma zmiłuj, maszerujemy pod barierkę i dosyć szybko ją zdobywamy. Na scenie ostatnie przygotowania, pojawiają się kamery, czyli będzie nagrywane DVD. No to super, będzie się działo. Punktualnie o 16.15 na scenie pojawiają się muzycy z Seatlle. Powiem szczerze, że występ tej amerykańskiej formacji mnie lekko rozczarował. Wszystko było "pięknie i ładnie", tylko setlista nie utrafiła w moje oczekiwania. Za dużo było "wolnych" utworów (m.in. "The River Dragon Has Come", "Final Product", "Inside Four Walls", "I, Voyager"), do tego doszedł jeszcze długaśny "This Godless Endeavor". Oczywiście nie są to jakieś fatalne utwory, jednak na żywo wolałbym usłyszeć więcej killerów. I tak naprawdę ostatni "Born" pozamiatał dokładnie. Podczas całego występu Nevermore trwał "head diving", czyli ludzie "pływali" od końca publiki, do samej sceny. Zresztą to stały punkt koncertów na Wacken. Podczas zapowiedzi ostatniego utworu (wspomniany już "Born") Warrel Dane stwierdził, że chciałby widzieć więcej ludzi "pływających". Jak powiedział tak było... przyznam szczerze, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Dziesiątki ludzi, jednocześnie z różnych strony zaczęło przemieszczać się górą w kierunku sceny. Wyglądało to jakby ktoś zniszczył mrowisko i zaczął się exodus. Niesamowite wrażenie! Ochrona z fosy nie nadążała odbierać ludzi, a trzeba przyznać, że mają bardzo dobrze opracowany system. Tym razem mieli "krew, pot i łzy". Sam występ Nevermore pozostawił lekki niedosyt. Dźwięk był oczywiście perfekcyjny, wszystko było idealnie słychać. Tylko setlista troszkę zaszwankowała. Na Metalmanii w Katowicach bardziej podobał mi się ich występ. Na "pocieszenie" spotykamy muzyków w ogródku piwnym i robimy sobie z nimi fotki (Warrel i Jeff Loomis). Miła pamiątka.

Jeżeli mogę coś wtrącić, Nevermore jakoś nie ma szczęścia do Wacken. Już drugi raz widziałem Amerykanów na tym festiwalu i drugi raz nie zrobili na mnie wielkiej furory. Pierwszym razem było nawet lepiej, "Heart Collector" wyśpiewany przez tysiące gardeł powodował ciarki na plecach, teraz ciarek zabrakło, a szkoda - Krzysiek.

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, żeby rozpamiętywać występ Amerykanów, bo już za chwilę na Party Stage pojawili się Szwedzi z Soilwork (też grali na Metalmanii). Niestety po 2-3 utworach przemieszczamy się znacznie do tyłu. Strasznie głośno ustawiony zespół odbiera nam przyjemność przebywania w pobliżu sceny. Słuchaliśmy koncertu z dużej odległości i oglądaliśmy... niemieckie wydanie gazety Metal Hammer.

Kolejną kapelą, którą przez chwilę oglądałem było fińskie Korpiklaani. Folkowe klimaty to fajna sprawa. Jednak na dłuższą wizytę pod sceną nie było czasu. Tymczasem na True Metal Stage rozpoczął się koncert Children of Bodom. Przed występem "Dzieciaków" byliśmy coś zjeść i pod sceną pojawiliśmy się krótko przed początkiem koncertu. I tutaj opadły nam szczęki, bo takich tłumów ludzi, to się nie spodziewaliśmy. Można było zapomnieć o barierce. Ustawiliśmy się pokornie w sporym oddaleniu od sceny i obserwowaliśmy koncert "na spokojnie". Scena "full wypas", jakieś samochody, beczki (jak je zobaczyłem od razu powiedziałem do Krzyśka, że będą z nich ognie - i tak było), no efektownie to się prezentowało. Do tego jeszcze rewelacyjne światła i niezły ruch sceniczny muzyków (np. włazili na te samochody). Szkoda tylko, że wszystko było troszkę za cicho. Zabrakło mocy w tym występie. Starsze utwory i tak wypadły rewelacyjnie, natomiast gorzej było z tymi nowszymi. Ogólnie występ na plus.

Po występie Finów udajemy się niezwłocznie pod Black Stage, bo tutaj już odprawia swój rytuał Celtic Frost. No cóż... postaliśmy, posłuchaliśmy i po kilku utworach zabraliśmy się z pod sceny. Nic specjalnego jak dla mnie. "Keltik" mnie nie pozamiatał.

Mnie również! Mnie również! Wiem, wiem, niektórzy daliby się za ten występ pokroić a my zwyczajnie sobie poszliśmy... cóż poradzić, "Keltik" moim zdaniem nie różni się od masy naśladowców. Ot panowie narobili hałasu, napędzili mroku na scenę i tyle. Pukajcie się w czoło, dla mnie jednak była bieda i tyle - Krzysiek

Udaliśmy się do najmniejszej sceny na Wacken, a mianowicie W.E.T. Stage. To takie "maleństwo" w namiocie. Tutaj swój występ miał zespół Hellfueled. Niestety i tutaj krótko zabawiliśmy, bo znowu dźwięk był pochrzaniony. Jedna wielka ściana instrumentów, zero selektywności. Jeden wieki chaos. Prawie jak na naszych rodzimych koncertach ;) Po kilku bliżej nieokreślonych utworach daliśmy sobie spokój. Porażka na całej linii.

Ejjj Piotrek, nie było tak źle, kilku pijaczków, śliczne niemieckie niewiasty, ojj było na co popatrzeć... no ale zaraz, zaraz, przyszliśmy przecież na Hellfueled, widać, że panowie się starali, namiot jednak rządzi się swoimi prawami i starania nie zawsze wystarczą. Mam nadzieję, że zespół za jakiś czas dostanie drugą szansę bo nie ukrywam, że bardzo ich lubię - Krzysiek.

Wróciliśmy na nasze pole namiotowe, lekki posiłek i znowu czas udać się pod scenę. Nie ma lekko, dochodzi 2 w nocy, a tu jeszcze jeden występ do zobaczenia. Na Party Stage swoją godzinę ma Primal Fear. Frekwencja przy scenie umiarkowana, więc dosyć łatwo montujemy się przy barierce. Koncert rozpoczął się punktualnie i od razu wiedziałem, że będzie genialnie. "Metal is Forever" i pozamiatane! Primal Fear dali ostro do pieca. Muzycy dali z siebie wszystko, my zresztą też. Mamy biało-czerwoną flagę, więc jesteśmy dosyć dobrze widoczni. Niemcy nawet przy barierce stoją jak snopki siana ;) ale to nie mój problem. My bawimy się po swojemu, śpiewamy, klaszczemy itp. Świetnie wypadły utwory z nowej płyty ("Diabolus", "Evil Spell"), zresztą cały koncert był pierwszorzędny. Po prostu Primal Fear wyszedł na scenę i pozamiatał. Klasa! Dwukrotnie dostaliśmy solidne pozdrowienia ze sceny od Matta i Ralfa. Miło zostać docenionym, za "szoł" przy barierce. Ten koncert zleciał strasznie szybko, a dla mnie to był do tej pory najlepszy występ na W:O:A 2006.

Ufffff, kolejne marzenie koncertowe. Primal Fear to dla mnie bogowie i możliwość zobaczenia ich na żywo na Wacken była wielką frajdą. Niemcy zmietli publikę po mistrzowsku. Mnie osobiście najbardziej zmiażdżyły kawałki z debiutu, odegrania "Running From The Dust" i "Battalions Of Hale" się nie spodziewałem. Zresztą cały set był niesamowity. Na początku żałowałem, że nie zobaczę Amon Amarth, który grał równocześnie z Primal Fear. Niemcy jednak wynagrodzili nam tę "stratę" dość solidnie. Ja dodatkowo dostałem kostkę od Stefana. Niesamowita pamiątka z niesamowitego koncertu! - Krzysiek.

Wracamy "do siebie" i znowu siedzimy do wczesnych godzin porannych. Namiastka snu i pobudka w pełnym słońcu. Trzeci dzień festiwalu czas zacząć.

I zaczynamy w samo południe, bo o tej porze na Party Stage pojawił się Metal Church. Widziałem tą kapelę kilkanaście dni wcześniej na Masters of Rock w Vizovicach także w pełnym słońcu. No cóż, tak to jest na festiwalach, że trzeba grać w różnych porach i warunkach. Na szczęście Metal Church świetnie się broni ze swoją muzą. Na Wacken dali przednie show (podobnie jak w Czechach) i ten koncert podobał mi się bardziej. Nawet bardziej niż na poprzedniej edycji W:O:A., bo w 2005 roku też grali. Zresztą nie byłem odosobniony w takiej opinii, bo zabawa pod sceną była niezła. Docenili to nawet organizatorzy i pozwolili Amerykanom na bis. Mało tego... zostały uruchomione kamery i wokalista Ronny Munroe zapowiedział, że będą nagrywali teledysk. Szybka narada i dostajemy kawałek z nowej płyty "A Light in the Dark". Jest nim "Mirror of Lies", a co ciekawe, był już on grany wcześniej. Moim "michałkiem" tego występu był utwór "Watch the Children Pray". Po prostu mam słabość do tego kawałka. Po występie Metal Church udajemy się do namiotu prasowego. Tutaj ma odbyć się konferencja prasowa i prezentacja nadchodzącego DVD zespołu Gamma Ray.

Wcześniej spotyka nas miła niespodzianka. W namiocie czeka na nas prawdziwa uczta. Kanapki, sałatki, soki, woda mineralna, piwo... do wyboru do koloru. Dla nas to prawdziwe przysmaki, no cóż od trzech dni żyjemy na chińskich zupkach, pulpetach ("KILL!"), piwie i chlebie. Posileni i w doskonałych humorach czekamy na muzyków. Konferencja trwała jakieś 30 minut i zakończyła się pokazem dwóch utworów z DVD. Echh... ok pełny tytuł tego DVD będzie taki: "Hell Yeah!!! The Awesome Foursome (and The Finnish Keyboarder Who Didn't Want To Wear His Donald Duck Costume) Live In Montreal". Ktoś nie zapamiętał? ;) Oczywiście na konferencji padło pytanie o tytuł tego wydawnictwa. Muzycy zaczęli coś tam mętnie tłumaczyć i skończyło się to salwą śmiechów. Po oficjalnej części wszyscy muzycy zostali w namiocie prasowym. Autografy, fotki co tylko człowiek chciał. Muzycy Gamma Ray to bardzo sympatyczni ludzie. Gdy słyszeli, że jesteśmy z Polski to stawali się jeszcze bardziej serdeczni. Sesja zdjęciowa z muzykami troszkę nam się "przeciągnęła" i z "przerażeniem" stwierdziłem, że już jest godzina 14-ta. O tej porze na Black Stage to już gra Arch Enemy. Oczywiście szybki w tył zwrot i biegiem pod scenę. A tutaj miłe zaskoczenie...scena jeszcze jest pusta, a od dobrych 10 minut powinni już być na niej Szwedzi. Nie to, żebym narzekał. Umawiam się z Krzyśkiem na spotkanie po dwóch kolejnych występach, bo od razu po Arch Enemy na True Metal Stage zagra Fear Factory i zaczynam operację barierka. Dosyć to karkołomne wyzwanie, bo ludzi jest dosyć sporo. Heh... no ale przecież "z niejednego pieca chleb się jadło" ;) i w połowie występu Szwedów jestem w jedynym słusznym miejscu. A na scenie istny ogień. Co tu dużo pisać... po prostu rewelacyjny koncert! Znakomity set i sound. Jak dla mnie to palce lizać. "We Will Rise", "Nemesis", "My Apocalypse"... co utwór to killer. Jak dla mnie to był najlepszy koncert na W:O:A 2006, a jeszcze na deser zdjęcie z Angelą Gossow. Mała, drobna i miła kobitka, a na scenie taki demon. Arch Enemy na scenie to istny wulkan energii, ciężkie gitarowe riffy, świetna perkusja, ciągle uśmiechnięty Sharlee D'Angelo ze swoim basem, no i Angela ze swoim demonicznym wokalem. KLASA!

Cholera jasna, jak sobie przypomnę ten występ to klnę na lewo i prawo. Cóż, bałem się o swój aparat bo to co działo się pod sceną przyprawiało o dreszcze. Istna masakra, istne szaleństwo, zresztą na scenie jak wspomniał Piotrek było podobnie. Stałem sobie obok i razem ze wszystkimi darłem się w niebogłosy. Oczywiście dla mnie najlepszym koncertem i tak był występ Primal Fear, Arch Enemy jednak deptało Niemcom mocno po piętach - Krzysiek.

Po występie Szwedów szybkie przegrupowanie, bo na scenie obok już zaczyna się występ Fear Factory. Logistyczny majstersztyk i podczas tego koncertu również melduję się przy barierce. Lekko nie było, ale dałem radę. Był to mój pierwszy kontakt z FF na koncercie. Szczerze mówiąc, byłem lekko rozczarowany tym występem. Spodziewałem się ognia, mocy i industrialnej maszyny. Nic takiego nie było, zespół zagrał jakoś tak bez polotu, trochę też brzmienie zawiodło. Niby wszystko było ok, ale to nie było to. W pierwszej chwili myślałem, że może po jakże genialnym koncercie Arch Enemy nie mogę się "przestawić". Ale to nie to... po prostu to był słabszy dzień Amerykanów. Dopiero pod koniec miesiąca (28 sierpnia) na Hunter Fest III w Szczytnie przekonałem się o koncertowej klasie tej kapeli. Podsumowując to na Wacken zachwytu nie było, ale nie było też źle. Ogólnie na plus. Najlepsze momenty, to zdecydowanie utwory "Replica", "Obsolete" i "Edgecrusher".

Po takiej dawce emocji i wrażeń czas na krótki odpoczynek. W dodatku słońce też daje nieźle popalić. Wracamy na pole namiotowe na posiłek i piwo. Dużo czasu nie ma, bo za niespełna godzinę na scenie pojawią się muzycy Gamma Ray. Jeszcze przez chwilę przyglądam się Orphaned Land na Party Stage i trochę żałuję, że nie mogę ich posłuchać dłużej (koncert w Łodzi w 2005 roku zrobił na mnie duże wrażenie). No trudno, pewno będzie jeszcze okazja. Udajemy się grupą pod scenę. Tutaj popisowa akcja z barierką i po chwili wszyscy przy niej jesteśmy zalogowani ;) No ale jak 4 zgrane osoby kombinują, to nie ma inaczej. Niemcy nawet nie domyślili się co jest grane (hihi). Tymczasem na scenie już trwa zabawa, muzycy uśmiechnięci od ucha do ucha, a pod sceną istny kocioł. Nikt tutaj się nie oszczędza. Genialne brzmienie Gammy i świetna setlista ("Rebellion in Dreamland"!). Zresztą ta kapela ma tyle koncertowych utworów, że jest z czego wybierać. Generalnie świetny występ, znakomity set i wiele radości na scenie. Kilka klasyków Gammy i brawurowo odegrany "I Want Out". Bardzo dobry koncert, jeden z lepszych na WOA. Zagrali troszkę inny set niż na MoR i to też był plus tego występu.

Kolejną kapelą której koncert oglądaliśmy, to byli weterani z Whitesnake. Tutaj to szału zupełnie nie było, staliśmy w znacznym oddaleniu od sceny i na spokojnie sobie oglądaliśmy. Trzeba było nadrobić zaległości z Czech, bo tam podczas występu Brytyjczyków rozbijaliśmy (po ciemku) namioty. Prawdę mówiąc, to nie jest moja muza, więc oglądałem ten występ raczej z ciekawości. Generalnie to nie było jakoś tragicznie źle. Spokojnie można popatrzeć i posłuchać.

Można było też pośpiewać, wszak Whitesnake ma w swoim repertuarze masę hitów. Co jeszcze było warte wspomnienia? Ano jedna rzecz, fanki Coverdale'a. Niewiasty te na każdy ruch swojego idola reagowały spazmami rozkoszy. Było nieco śmiechu ale co zrobić, fanatyzm nie zna granic hehe - Krzysiek.

Po tym koncercie udajemy się pod Black Metal Stage, popatrzeć na legendę black metalu. Norweski Emperor jest już na scenie, a my spokojnie obserwujemy co się dzieje. 3-4 kawałki... i jeden wielki zieeeew... zupełnie nie moja bajka. Nic ciekawego nie znalazłem w tej muzyce. "Fenkju & Gudnajt".

Kilkanaście minut po godzinie 23 na scenie pojawili się weterani z Motorhead. Do tej pory nie widziałem jeszcze tego zespołu na żywo i obiecywałem sobie sporo po tym występie. Niestety zawiodłem się srogo, gdyż metalowi rockendrolowcy nie pokazali niczego specjalnego. Lemmy jakby nieobecny, coś tam pod nosem mruczał między utworami. Utwory generalnie zlewały się w jedno "bzyczenie". Oczywiście nie zabrakło kultowego "Ace of Spades". Mnie bardzo ucieszył kawałek "Killed By Death". Niezłe też "We Are Motorhead" i "Overkill". Ogólnie koncert bez historii i fajerwerków. Szkoda.

Mogę powiedzieć, że Motorhead to zespół pokroju Nevermore... oczywiście nie można brać tego dosłownie, rzecz w tym, że gig Motorhead to... a jakże mój drugi koncert tej formacji na Wacken i po raz kolejny wyszła kupa. Stanie i patrzenie na męczącego się Lemmy'ego do najprzyjemniejszych nie należało. Na koniec padło "to już nie jest przyjemność" i poszliśmy do namiotów - Krzysiek.

Umęczeni wracamy na pole namiotowe, jest już sporo po północy, więc spokojnie można coś zjeść. Po obowiązkowym pulpecie i piwie zerkam w rozpiskę koncertową i widzę, że na scenie jeszcze gra kapela Finntroll. Nie mam jednak już siły pozbierać się i iść pod scenę. Heh... no i tutaj do akcji wkroczył Czaro. Marudził, marudził, że jeszcze Finów nie widział, że fajnie grają itp. W końcu zmobilizował mnie na ostatni wysiłek i pomaszerowaliśmy pod Black Stage. Byliśmy tam jakieś 5-6 utworów i akurat trafiliśmy na mój ulubiony "Trollhammaren". Dużo ogni na scenie i fajne granie... szkoda, że zabrakło sił na więcej. No ale koncert w 3 dzień festiwalu, od godziny 0:45 jest co najmniej mało humanitarny ;)

I tak dobiegł końca Wacken Open Air 2007. 3 dni pełne muzyki na najwyższym poziomie, świetna atmosfera i niezapomniane wrażenia. Świetną sprawą jest możliwość spotkania wielu muzyków, zrobienia sobie z nimi fotki, czy też krótkiej rozmowy. I to nie tylko muzycy zespołów, które wystąpiły na tym festiwalu (Nevermore, Arch Enemy, Gamma Ray, Soilwork, Metal Church - bo to z nimi mam fotki) ale także z innych kapel. W ogródku piwnym przy biurze prasowym spotykamy: Sabina Classen z Holy Moses, Gus Chambers z Grip Inc., Marcel Schirmer z Destruction. Zamieniamy kilka słów i robimy sobie zdjęcia. Chambers chwilkę się z nami przekomarza i nie chce żeby mu przeszkadzać... oczywiście po chwili z uśmiechem i radością pozuje do fotek. Na drugi dzień mijamy się z nim w drodze na teren festiwalu (Chambers idzie w drugą stronę) i Gus widząc nas krzyczy: "Poland! How Are You?" Strasznie sympatyczny facet. Natomiast "Schmier" zaprosił mnie na koncert do... Warszawy. Oczywiście nie mogłem odmówić i pojawiłem się w Progresji ;)

Prawdą jest to, że jak pojedzie się raz na Wacken Open Air, to człowiek kombinuje jak tam pojechać za rok. Ja już odliczam dni do kolejnej edycji tego festiwalu.

Na koniec serdeczne pozdrowienia: dla Ani ("Tak? To świetnie. Nie interesuje mnie to") Rudej, dla Krzyśka ("Metal Heart!") i dla: Naczelnego Szefa Wszystkich Ogrów, czyli Czarka. Z Wami było AWESOMO!!!!! Za rok jedziemy znowu :D

Ps.
Na zakończenie poinformuję tylko, ze drodze powrotnej dwukrotnie... popsuł nam się samochód. Jeden dzień gratisowo spędziliśmy nad morzem, a finał był taki, że samochód został w Gnieźnie, a do Wrocławia był powrót pociągiem. No cóż... najwyraźniej klątwa trwa...

Ps. II
"A Tribute to Mister Poster".

autorzy relacji: Krzysiek & Gumbyy



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 18.04.2007 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!