Kończąc relację z Wacken 2019 napisałem w podsumowaniu: "Powiem szczerze, że już mnie męczy ta skostniała formuła zapraszanych kapel. Co dwa/trzy lata zespoły wracają i co gorsze - nie ma różnorodności. Ciągle się przewijają melodyjnie grające: Sabaton, Powerwolf, Amon Amarth, Arch Enemy, Kreator, Within Temptation, Nightwish inne tego typu. Organizatorzy też nie sięgają po topowe gwiazdy - kurczę taki Hellfest daje radę ściągnąć w jednym roku Kiss, ZZ Top, Slayer, Slash, Manowar (choć ci się obrazili i finalnie nie zagrali) itd. O różnorodności stylistycznej nawet nie wspomnę. A przecież WOA to jest większy format... echh...(...) Cóż czy za rok pojadę na moje 16 Wacken? Na 100% dzisiaj nie wiem i bardziej myślę obecnie o Francji i ichnim Hellfeście, pomimo tego, iż jeszcze nic tam nie ogłoszono. Pożyjemy, zobaczymy".
Cóż... nikt nie spodziewał się, że chwilkę później cały świat zatrzyma się na dobre dwa lata i później już nic nie będzie takie samo jak wcześniej. Dla mnie to też była taka mała lekcja pokory i moment zastanowienia się nad tym wszystkim co nas otacza. Niewątpliwie warto też doceniać, to co dzisiaj mamy, bo przecież tak łatwo może zostać to nam odebrane, prawda?
Po ponad dwóch latach perturbacji i przekładania wszelkich imprez wreszcie sytuacja wróciła do jako takiej normy i koncertowa karuzela ruszyła. Tym samym organizatorzy festiwalu Wacken Open Air zapalili zielone światło i impreza doszła do skutku. Przyznam szczerze, że nie mogłem się doczekać tego wyjazdu. I nawet nie do końca chodziło o koncerty, co bardziej o pobyt w tamtym miejscu. "Ten uczuć", gdy wreszcie spotykasz mrowie ludzi z całego świata, każdy uśmiechnięty i z pozytywną energią. Strasznie mi tego brakowało.
No ale jednak Wacken Open Air to jednak koncerty, światowe gwiazdy i olbrzymia publika. Co do składu zespołów to nie ma co się czarować - było jeszcze słabiej niż w 2019 roku. Ale nie ma co marudzić, grunt, że w końcu festiwal się odbył i miejmy nadzieję, że już takich przerw nie uświadczymy.
Do Niemiec ruszamy w środę (dzień 0) z samiuteńkiego rana. A śmiało można rzec, że to środek nocy, bo Michał zameldował się u mnie pod domem o 4 rano. Droga do Wacken minęła błyskawicznie i w dobrych humorach. Co prawda ostatnie kilka kilometrów to spory korek, ale my dosyć szybko się z niego wypisaliśmy, bo nie jechaliśmy do głównego wjazdu. Prasowy Check-In na szczęście znajduje się nie przy głównej drodze. Szybkie formalności opaskowe i lecimy na pole prasowe. Tam znajomi trzymają nam miejscówkę, ale okazało się, że jednak nie do końca. Na wjeździe miła pani z ochrony informuje nas, że ogólnie to tutaj jest już pełno pod korek i się nie zmieścimy. Rzeczywiście wszystko jest nabite na maksa i jesteśmy zaproszeni na drugie pole, zlokalizowane kilkadziesiąt metrów od tego głównego. No dobra, cóż poradzić, jedziemy tam. Okazało się, że to była najlepsza opcja ever. Malutkie i mega kameralne pole, z zieloną trawką wszędzie przez cały festiwal (a nie zbita ziemia jak na głównym), sporo miejsca do zagospodarowania i - o czym się przekonaliśmy drugiego dnia - można było rozbić się z opcją porannego cienia (to zapamiętamy na przyszły rok). Szybka instalacja naszego dobytku, piwko i wreszcie chwila refleksji "jesteśmy tu do cholery!".
Środa to był dzień 0, czyli już pierwsze koncerty się odbywają i my mieliśmy dwa takie do obejrzenia. Na początek japoński Loudness o którym opowie Michał.
Lubicie heavy metal? Ja czasem lubię. Japończycy natomiast muszą go uwielbiać, skoro ciągną ten swój "głośny" wózek od... ponad 40 lat. Tegoroczne Wacken było dla mnie drugą okazją do zobaczenia zespołu na żywo. O ile ostatnio rozdziawiałem gębę ze zdziwienia, o tyle tym razem wiedziałem, że powinienem spodziewać się klasycznej odmiany metalu w wykonawczo i kompozytorsko najlepszej formule. I cóż... nie zawiodłem się. Panowie wyszli i po prostu zrobili swoje. Przykuło moją uwagę, że chłopaki już swoje lata mają, a jednak wciąż na scenie dzieje się sporo - bieganie, zamiana miejsc, dynamika - szacunek za to! Dobre, heavy metalowe show. Koncert miał dla mnie i kolegi Gumby'ego jeszcze jeden humorystyczny aspekt. Otóż - wokalista w doborze garderoby ewidentnie inspirował się Klausem Maine. Szalik? Był! Charakterystyczne okulary? Były! Beret? A jakże - był! Ciekawego obrazka dopełniał gitarzysta, który uśmiech skradł nikomu innemu a samemu... Dustinowi Hendersonowi ze "Stranger Things". Tak, tak dobrze czytacie - przyjrzyjcie się dobrze na nagraniach live. Dustin jak malowany.
Drugim koncertem był Onslaught, który po prostu wyszedł na scenę i po prostu przylutował bez kompromisów. 45 minut zleciało momentalnie i nawet nie wiadomo kiedy było "po wszystkiemu". Onslaught na żywo to konkretna maszyna i gniecie niemiłosiernie. Taki "The Sound of Violence", "Destroyer of Worlds", czy "Metal Forces" to na żywo bardzo przyjemne strzały. Co ciekawe obecnie wokalistą w Onslaught jest David Garnett, który również udziela się w formacji Bull-Riff Stampede. A muzycy tej drugiej po festiwalu w 2013 roku poratowali nas podłączeniem do swojego akumulatora, gdy nasz się wyładował. Taka historia...
I to tyle wrażeń z tego wstępnego dnia Wacken Open Air. Wracamy na pole, następnie odwiedzamy znajomych i kilka godzin później wracamy do siebie w jeszcze lepszych humorach. To był mega długi dzień i pełen wrażeń. Pobudka o nieludzkiej porze, kilkugodzinna podróż do Wacken, wieczorne koncerty i mała imprezka później. Zdecydowanie to czas na odpoczynek.
Czwartek rozpoczynamy w doskonałych humorach. Pogoda dopisuje, piwko zimne po chłodnej nocy, czas na śniadanko i odrobinę festiwalowej sielanki, bo koncertowa karuzela rusza dopiero o 15:00. Pierwszym zespołem jest tradycyjnie Skyline, które jak zwykle zaprezentowało kilka coverów.A wśród nich był między innymi Sammy Hagar z "There's Only One Way to Rock", było Iron Maiden z "2 Minutes to Midnight", AC/DC ("You Shook Me All Night Long"), KISS ("Detroit Night City"), czy Saxon z "Wheels of Steel". Przyjemne trzy kwadranse z klasykami i fajna rozgrzewka przed kolejnymi koncertami.
Kwadrans przerwy i na sąsiedniej scenie melduje się legendarny w pewnych kręgach Cirith Ungol. Od razu zaznaczam, że wielkim fanem nie jestem i w kręgu kultu też nie przebywam. Jednak wiadomo, że takiej okazji na zobaczenie tak zasłużonej kapeli nie można odpuścić. To jest piękne na festiwalach, że można poszerzyć swoje doznania. Sam koncert całkiem interesujący, choć bez dwóch zdań to jest muzyka do małego, klimatycznego klubu, a nie do grania na wielkiej scenie w pełnym słońcu. Zespół ma w swojej dyskografii 4 płyty nagrane dawno temu i jedną z 2020 roku. Jednak muzycy zdecydowanie postawili na te starsze nagrania. Z albumu "King of the Dead" wjechały aż cztery kompozycje. Pozostałe płyty miały dwóch przedstawicieli, z wyjątkiem "One Foot in Hell" której poleciał tylko "Blood & Iron". A mi w głowie najbardziej pozostał numer "I'm Alive". Niesamowite wrażenie zrobił też monumentalny "King of the Dead". Echh... jak napisałem wcześniej - w klubie to byłoby przepotężne, bankowo. Koncert wspominam dobrze, Panowie w dobrej formie, a energią najbardziej naładowany oczywiście Jarvis Leatherby znany bardziej pewno z Night Demon.
Mała przerwa i swój występ rozpoczyna Grave Digger. To był mój dziewiąty raz z tym zespołem i przyznaję, że ekscytacja ich występami gdzieś tam po drodze się ulotniła. Wiadomo, fajnie jest posłuchać tych heavy metalowych hymnów, pośpiewać niektóre refreny i tak dalej. Jednak wypieków na twarzy już nie ma. Tym razem Grave Digger mocno skupił się na historii walecznych Szkotów (niespodzianka, co nie?) i z albumów "Tunes of War", "Fields of Blood" i "The Clans Will Rise Again" zagrał aż 9 numerów. Sporo. Było oczywiście "Rebellion (The Clans Are Marching)", "The Brave", "The Dark of the Sun", "Killing Time" i te kawałki wypadły wybornie. Dodatkowo "Excalibur", "Knights of the Cross" i obowiązkowy "Heavy Metal Breakdown" i muszę przyznać, że te numery zrobiły robotę. Dodatkowo byli zaproszeni goście z dudami i koncert przeleciał w bardzo dobrym klimacie.
Zmieniamy scenę i po kwadransie zaczynamy kolejną zabawę w "niemieckim stylu". Przed nami Legenda sceny i niepodrabialny głos - Udo Dirkschneider! Tym razem pod swoim nazwiskiem, a to oznacza tylko kompozycje z dyskografii zespołu Accept. No i co tu by napisać? Udo jak wino - im starszy tym lepszy? Banał! Usłyszeć ten głos i te kompozycje? Wiadomo, że zawsze to jest wartość dodana. Dla mnie to jest niesłychana sprawa za każdym razem. Na Accept się "wychowałem", to był jeden z pierwszych zespołów, który słuchałem dekady temu - jak to brzmi! Ale taka prawda... to był początek lat 90-tych i fascynacja albumami "Balls to the Wall", "Restless and Wild", "Metal Heart", czy "Russian Roulette" katowanych niemiłosiernie z pirackich kaset. Do dzisiaj uwielbiam te płyty i wracam do nich bardzo często. Te dwanaście numerów zagranych na Wacken to oczywiście był dla mnie "Dzień Dziecka" i sprawiły mi ogromną przyjemność. Gdzieś, w trakcie, odpłynąłem myślami do 2005 roku i mojej pierwszej obecności na tym festiwalu. To właśnie koncert Accept z Udo na wokalu spowodował, że tam pojechałem. No i oczywiście to wielka zasługa Krzyśka, że tamten wyjazd się udał i wszystkie kolejne "wackeny" się dzieją...
Po bardzo dobrym występie Udo Dirkschneidera w rozpisce była aż 45-cio minutowa "dziura" na głównych scenach. Co jest bardzo dziwne, bo tam zawsze kwadrans przerwy jest i muzyczna karuzela jedzie dalej. No nic się na to nie poradzi, bo co można? Czekaliśmy sobie jeszcze na dwa koncerty (Mercyful Fate i Judas Priest). Kilka godzin wcześniej rozkminialiśmy z Michałem o co chodzi z mostkiem umiejscowionym na prawie samym szczycie głównych scen, który niejako je łączył. Nigdy czegoś takiego nie było i zastanawialiśmy się po co zbudowano taki "punkt obserwacyjny". Przed którymś z koncertów w ciągu dnia zauważyliśmy, że na tym mostku coś jest przykryte wielką płachtą. Nie było trudno dostrzec znajomego kształtu zestawu perkusyjnego... hmm... wyglądało na to, że któryś z zespołów przygotował jakąś ekstra akcję podczas swojego występu. Co prawda niezbyt nam to pasowało do Judas Priest, czy Mercyful Fate, ale po prostu te nasze rozważania zostawiliśmy w spokoju. Co ma być to będzie i tyle.
Cóż te trzy kwadranse przerwy nie dały nam do myślenia i tutaj była po prostu niespodzianka przygotowana od organizatorów. Na scenach przygotowywanych na kolejne koncerty (i zasłonięte kotarami) zaczęli się gromadzić... wikińscy wojowie. Do tego podniosła muza i nasza ogromna ciekawość co to ma być. Po chwili w nasze uszy uderzył początek numeru "Guardians of Asgaard"... co do cholery? Aaa... wszystko jasne! Na tym wspominanym wcześniej mostku mamy muzyków Amon Amarth, którzy cisną swoją muzę. Mega niespodzianka! Nie było to w żaden sposób zapowiedziane i spodziewane. Muzycy w koszulkach z napisem Guardians of Asgaard i tak zespół przedstawił Johan Hegg. Opowiadał jak to bardzo tęsknili za fanami i nie mógł się doczekać tego mini występu. Oczywiście wspomniał o najnowszej płycie "The Great Heathen Army" i zapowiedział premierowe wykonanie dwóch numerów. Poleciał tytułowy i "Get in the Ring". W prezencie dostaliśmy jeszcze "The Pursuit of Vikings" i "Twilight of the Thunder God". Ależ ta niespodzianka zrobiła mi dobrze. Przypomniały się stare dobre wackeńskie czasy, gdy takich akcji bywało więcej.