Samael, Diabolical Kwadrar, Kraków - 09.10.2022 r.
9 października ponownie mieliśmy zbitkę dwóch interesujących koncertów. Niedawno mieliśmy dylemat: Helloween/HammerFall, czy Machine Head z Amon Amarth? Tym razem do wyboru mieliśmy Paradise Lost albo Samael. Pierwszy wybór wydawał się oczywisty - wiadomo: Paradise Lost. Jednak przy tym drugim koncercie był mały haczyk, gdyż na tej trasie Szwajcarzy grali w całości płytę "Passage", plus kilka staroci. Po dłuższym namyśle zdecydowałem się właśnie na wykon tego albumu.
Dojazd do Krakowa to oczywiście formalności, podobnie jak meldunek w klubie Kwadrat. Poprzednio w tym klubie byłem jakieś dwa i pół roku temu, więc troszkę zatęskniłem za tym miejscem. Na szczęście obecnie świat ruszył z koncertami, a nawet zrobiło się dosyć ciasno z nimi i mam nadzieję, że już tak zostanie po staremu.
Zanim na scenie pojawił się Samael swoją twórczość zaprezentowała formacja Diabolical. To był mój drugi kontakt z tym zespołem, bo wcześniej widziałem ich jako support przed Septicflesh i Krisun w 2019 roku. Tamten występ zapamiętałem dosyć umiarkowanie, ale w głowie pozostało dobre wrażenie. I ono pozostało po krakowskim koncercie. O ile jeszcze dwa pierwsze numery (przepraszam, ale totalnie nie znam ich twórczości) jakoś tak niemrawo zabrzmiały, tak od trzeciego nastąpił spory przełom. Muzycy jakby się rozluźnili na scenie, a może po prostu kolejne kompozycje były ciut bardziej interesujące. Bo muzycznie Diabolical to solidna mieszanka death i black metalu. Sporo w tym graniu kombinowania, budowania klimatu i tajemniczości. Mam postanowienie, żeby ciut bardziej zaprzyjaźnić się z twórczością tego zespołu. Z koncertu na pewno zapamiętałem kończący seta utwór "We Are Diabolical". Ten numer zostaje w głowie, czy człowiek tego chce, czy też wręcz przeciwnie.
Szybka przepinka na scenie i na jej "plecach" ląduje okładka z ikonicznej płyty "Passage". Ten album miał swoją premierę w 1996 roku i zdecydowanie był jednym z wybijających się z tamtego okresu. Klasyczne granie było jeszcze w mocnym odwrocie i triumf święciły różnego rodzaje "klimaty" - granie z klawiszami i elektroniką. To okres gdy Paradise Lost był po premierze "Draconian Times", Anathema po "Eternity", Moonspell rok po roku wypuścił "Wolfheart" i "Irreligious", Tiamat miał już "Wildhoney", Therion "Theli", a The Gathering był pomiędzy "Mandylion", a "Nighttime Birds". Tak właśnie mieliśmy (nomen-omen) klimat gdy wychodził "Passage". Uwielbiam te wszystkie płyty, słuchałem ich w okresie gdy wychodziły i dosyć często do nich wracam. Usłyszenie na żywo w całości jednego z tych albumów, to dla mnie wielka frajda i przyjemność. I tak było w Krakowie.
"Passage" to świetny album i nawet nie zamierzam z tym polemizować. Pełen intrygującej muzyki i pokazujący sporą fantazję oraz szerokie horyzonty muzyków. Nie jest to płyta złożona według jakiegoś schematu, czy odbita od jakiejś sztancy. Bo przecież obok takiego "Rain" mamy "Moonskin". Mamy takie numery jak "Shining Kingdom" i "Liquid Soul Dimension", czy też inny "Born Under Saturn". A i nie zapominajmy o "Jupiterian Vibe", czy "Angel's Decay". Dla mnie osobiście było to coś wspaniałego i przyjemnego odsłuchać tej płyty na żywo. Mega sentymentalna podróż i wspomnienie lat gdy takiej muzyki było sporo. Ale Samael nie tylko ten album zaprezentował. Bo były jeszcze (!) większe perełki. Z płyty "Ceremony of Opposites" otrzymaliśmy dwie sztuki w postaci kultowego "Baphomet's Throne", oraz "Son of Earth". Poleciało też stareńkie "...Until the Chaos" z płyty "Blood Ritual". Największą niespodzianką był jednak "Into the Pentagram" (z debiutu "Worship Him"), którego nie było w secie na poprzednich koncertach. Taki przyjemny prezent dostaliśmy z okazji... końca trasy, bo tak żartobliwie zapowiedział ten numer Vorph. Podobnym gratisem była kompozycja "Slavocracy" z albumu "Solar Soul", ale tutaj emocje już były mniejsze, choć sam numer wyjątkowo łatwo wbił mi się do głowy. To już było zwieńczenie tego koncertu, bo po tych dwóch kawałkach poleciało jeszcze "Black Supremacy" i Samael zakończył swój występ.