Mystic Festival 2022 Stocznia Gdańska, Gdańsk - 01-04.06.2022 r.
Udało się! Po dwóch latach pandemicznego przestoju w końcu mogliśmy wybrać się na porządny, duży festiwal. Taki wiecie: bez maseczek, karteczek i innych bzdur. Co nie znaczy, że nie było na Mystic Festival narzekania. Jako że branża eventowa przeżywała ciężkie chwile, to uszczuplenie line-upu większość przyjęła jeszcze ze zrozumieniem. Co innego zmiana lokalizacji: przeniesienie stolicy metalu z Krakowa do Gdańska wkurzyło niejedną osobę, choć ja osobiście również i tę decyzję rozumiem. W końcu na południu mamy koncert za koncertem, a fest kolejny fest pogania - a na Pomorzu takiego stricte metalowego wydarzenia brakowało. No i do Gdańska mam bliżej, ale ciii...
Pierwszy dzień pełnił rolę rozgrzewki i, o ironio!, był on najchłodniejszy ze wszystkich czterech. Koncerty odbywały się na dwóch scenach: zlokalizowanej pod dachem Shrine Stage i sporej Park Stage na zewnątrz. Po drodze do niej na fanów czekały stoiska z płytami, limitowanymi wydawnictwami, koszulkami, naszywkami, bibelotami, no i oczywiście jedzeniem oraz alkoholem. Pierwszy koncert odbył się w "Świątyni" (a więc klubie B90), gdzie swój plugawy rytuał odprawili black-metalowcy ze Spectral Wound. Było to dość klasyczne granie, osobiście przypominające mi chociażby Gorgoroth ery Gaahla (nawet wokal podobny). Chłopaki skupili się głównie na ostatnim albumie, a więc wydanym w zeszłym roku "Thirst" (na 7 kawałków 5 pochodziło właśnie z niego) i w sumie dobra decyzja, bo słuchało się tego przyjemnie.
Urne podeszło mi już mniej. Brytyjczycy mieszają w swojej muzie metalcore, stoner, a nawet i bardziej techniczne gatunki, ale całość okazała się dla mnie dość ciężkostrawna. Zdecydowanie nie moje klimaty. Zamierzałem zagryźć to klasycznym death metalem od Skeletal Remains, ale okazało się, że danie Amerykanów było... ledwo przystawką. Niestety ich bagaże przepadły bez wieści, przez co nie mogli zagrać normalnego koncertu. Skończyło się na niecałych dwudziestu minutach łomotu. Pocieszyć nas miał Decapitated, który świętował wydanie albumu "Cancer Culture". Początkowo brzmienie pozostawiało sporo do życzenia, ale na szczęście im dalej w morze, tym... nie wiem, fale większe? Znaczy się: później było dużo czyściej. Zespół skupił się głównie na późniejszym, bardziej groove metalowym materiale, choć nie zabrakło również powrotu do przeszłości w postaci numerów z "Nihility". Pierwsza większa gwiazda dała więc ostatecznie radę. Nie był to może jej najlepszy występ jaki widziałem, no ale jednak odpowiedni poziom został utrzymany.
Szybki truchcik z powrotem do B90 i już zaczyna Lik. Znów death metal, czy może powinien raczej napisać: death'n'roll. Rozpędzona muza Szwedów przywodziła mi bowiem na myśl kultowe Entombed i w sumie dobrze - jak się uczyć, to od najlepszych, nie? W secie znaleźli się reprezentanci każdego z albumów, a całość minęła dość szybko. Na Park Stage czekać nas miało z kolei jedno z dań dnia: Carcass. Brytyjska legenda nie zawiodła. Jeff może wydać się starszym, miłym panem (między nim a Steerem rok różnicy, a gitarzysta jakiś taki... "zdecydowanie młodszy"), ale na scenie jeńców brać nie zamierzał. Kapitalna (cóż, przynajmniej według mnie, bo oczywiście były narzekania, że nie grają tylko i wyłącznie staroci) setlista w idealnych proporcjach mieszała klasyki pokroju "Heartwork" i "Corporal Jigsore Quandry" ze znakomitymi kompozycjami powstałymi po reaktywacji. Wokalnie Jeff może miejscami szedł nieco na skróty, ale i tak: konkretne show. Mało która grupa potrafi tak cudownie łączyć brutalne i melodyjne granie.
Zmęczeni ekstremalnymi formami? Na Shrine czekało nas małe orzeźwienie w postaci Heathen. "To będzie zajebisty koncert" - pomyślałem sobie, gdy grupa rozpoczęła kawałkiem "The Blight". I rzeczywiście: chłopaki cisnęli tak, że nie było zmiłuj. Głównie walili numerami z relatywnie świeżego "Empire of the Blind", ale i dla starych fanów poleciało kilka kompozycji przyprószonych siwizną. David White w dobrej formie wokalnej, a i żarty wychodziły mu znakomicie: jego reakcja na głośne "pierdol się" z publiczności: bezcenna. Mój faworyt z setlisty? Kapitalny "Sun in My Hand" - lepszy niż na albumie! I tak: już wtedy nie było Lee Altusa - zastąpił go Kyle Edissi. Pod Park Stage czekała na mnie spora niespodzianka: wpadłem bowiem na Billa Steera i Jamesa Blackforda z Carcass. Szybka fotka z tą dwójką i mała pogawędka z kultowym gitarzystą o koncertowaniu po pandemii oraz wspominkach... ze Sweden Rock, na którym miałem okazję zobaczyć go jako członka Angel Witch. Przemiły, niezwykle skromny facet!
Temperatura leci na łeb, na szyję - a tu jeszcze gwiazda wieczoru! Toma G. Warriora widziałem wcześniej na Litwie i tam nie mogłem wgryźć się w jego show za sprawą dość "niesmacznego" początku. Tym razem obyło się bez żadnych zgrzytów. Muzyk był zachwycony przyjęciem i co chwila (widać było, że szczerze!) dziękował publiczności za gorące oklaski. Koncert był to niezwykły, gdyż podzielony na trzy części. Najpierw Triumph of Death w lekko zmienionym składzie (zamiast panny Wallace mamy obecnie Jamie Lee Cussigh) postanowił obić nam mordy prostym, bezkompromisowym materiałem nieistniejącego już Hellhammer. Wgniatało to z ziemię! Po godzinie grupa pożegnała się z nami, nastąpiła zmiana scenografii i na scenie zameldował się drugi zespół Warriora: Triptykon. Fanów rozgrzały do czerwoności kawałki legendarnego Celtic Frost - i to te z tych pierwszych, najlepszych wydawnictw! Po kultowych przebojach pokroju "Procreation (of the Wicked)" czy "The Usurper" Triptykon postanowił zabawić nas autorskim materiałem. Patrzę na zegarek: niby zbliża się planowany koniec. Warrior miał jednak w dupie rozpiskę godzinową - w końcu to JEGO wieczór. I tak rozciągnął set o bite pół godziny! Czy potrzebnie? Po konkretnych strzałach z "coverów", długie i rozbudowane kompozycje Triptykon nieco mnie znużyły. Ale i tak: wielki szacunek za całokształt występu!
Jako że Tom G. Warrior znacznie przedłużył swój koncert, to na Gaerea nie opłacało się już iść - grupie nie zostało już bowiem zbyt dużo czasu antenowego. Postanowiłem więc udać się na zasłużony spoczynek, zbierając siły na kolejny dzień. W czwartek czekać na nas miało aż... 5 scen! Klub Drizzly Grizzly przemianowano na Sabbath Stage, obok wejścia stworzono malutką Desert Stage, a hen za Park Stage wybudowano kolosalną scenę główną. Łącznie zaprezentować się miało aż 23 zespołów, reprezentujących przeróżne gatunki. Ile z nich udało się zobaczyć?
Gdybyście porównali sobie pełną rozpiskę z listą powyżej, to od razu zobaczylibyście pewien schemat. Tak, drugiego dnia Mystic Festival razem z ekipą krążyliśmy tylko między sceną główną a parkową - zespoły na tych pozostałych nie leżały za bardzo w kręgu naszych zainteresowań. Pierwszą grupą, którą zobaczyłem była brytyjska formacja Bleed from Within, która "rozdziewiczyła" Main Stage. Jako że była w przededniu wypuszczenia nowego krążka, to na 9 numerów aż 4 pochodziły ze "Shrine". Narzekań nie było, gdyż otrzymaliśmy metalcore najwyższej próby (a nie żebym przepadał za tym gatunkiem!). Do tego ogień buchający ze sceny i żywiołowy zespół (Scott Kennedy to wulkan energii!), z którym udało mi się nawet później strzelić fotkę. Spoko chłopaki.
Słyszałem, że Kvelertak jeńców na żywo nie bierze, ale nic nie było mnie w stanie przygotować na to, czego doświadczyłem na Park Stage. Zespół wyszedł by zaprezentować tą swoją wybuchową mieszankę hard rocka z punkiem, ale gdy tylko zobaczyłem Ivara Nikolaisena z opróżnioną do połowy butelką wina w ręce, to wiedziałem, że będzie się działo. Frontman został spuszczony ze smyczy: wskakiwał na głośniki, przewracał statywy (ten główny poleciał do fosy), popijał wino piwem, a nawet w pewnym momencie rzucił się publikę, próbując podczas crowd surfingu zapalić jeszcze fajkę. Pod względem muzycznym Kvelertak wypadł świetnie, natomiast show Ivara trzeba zapisać jako jeden z mocniejszych punktów całego festiwalu. Nic dziwnego, że metalcore'owy Malevolence na scenie głównej nie zrobił na mnie większego wrażenia. Z dwóch grup prezentujących podobne dźwięki zdecydowanie lepiej wypadł nakręcony Bleed from Within. Był metalcore, było coś na kształt punka, to teraz czas na progresywne dźwięki!
Baroness na pewno zaskoczył setlistą, gdyż z ostatniego albumu poleciał chyba tylko jeden numer. A że nie był to mój ulubiony "Throw Me an Anchor", to tym samym koncert był do dupy. Nie no, żartuję. Drobne rozczarowanie było, ale jednak muzyka zespołu przykuwała uwagę. Pochwalę też Baizley'a na wokalu, którego maniera przywodzi na myśl Dave'a Grohla z Foo Fighters oraz Ginę Gleason, która potrafiła zaskoczyć swoim mocnym, niskim głosem. Baronową rozdeptał później Mastodon. Niby człowiek wie co grają, nigdy jakoś się specjalnie tym nie ekscytował, ale kurna - jak rąbnęli, to aż się kolana ugięły. Jako że grupa promuje krążek "Hushed and Grim", to niemal połowę setlisty stanowiły numery z tego absurdalnie długiego krążka. Ja nie narzekałem, gdyż brzmiało to wszystko przepotężnie - no, może na początku trochę wokale Branna się gdzieś gubiły, ale szybko to poprawiono. Zespół kapitalnie też się oglądało, pomimo tego, że w sumie muzycy nie należą do zbyt ruchliwych. Jest w nich jednak coś magnetycznego. Szczególnie w Billu Kelliherze, który zabijał pewnością siebie. Lekko oszołomiony wracam na Park Stage, gdzie znów zmiana klimatu.