28 maja w krakowskiej Tauron Arenie gościła legendarna formacja Scorpions. Jakby się chciało coś o tym zespole napisać, to by komplementów brakło. Z dziennikarskiego obowiązku wspomnę tylko, iż ten zespół uformował się w 1964 (!) roku. Jednym słowem na liczniku wybiło już 58 (!) lat, a grupa wciąż koncertuje i nagrywa płyty. Czapki z głów, tym bardziej, że panowie Meine i Schenker mają już "siódemkę" z przodu. SZACUNEK! Na szczęście na koncercie muzycy dają konkretnego czadu, normalnie jakby mieli ze trzy dekady mniej.
Moja poprzednia wizyta na Scorpionsach w tym samym miejscu (2016 r.) odbyła się w lekko szalony sposób, bo wszelkie formalności udało mi się załatwić w zasadzie dzień przed imprezą. Tym razem był spory progres, bo już jakieś dwa tygodnie "przed" miałem wszystko dograne. Jak na koncert przenoszony od 2019 roku, to całkiem "sprawnie" mi to poszło. Nie pozostało wtedy już nic innego, niż odliczanie dni i oczekiwanie na "ten dzień".
Dojazd do Krakowa odbył się bez większych historii: jeno mały spacer po Starówce (pozdro T&A - co za spotkanie!) i niespełna godzinkę przed startem imprezy melduje się w hali. Na spokojnie, bo tym razem mam miejsce siedzące na sektorze, więc pośpiechu nie było najmniejszego. Miejsce na końcu płyty, więc zapowiada się elegancki widok na scenę i wszelkie efekty towarzyszące. Tauron Arena nabita do ostatniego miejsca, na płycie głowa przy głowie, a na zegarku już kilkanaście minut po godzinie rozpoczęcia występu Scorpions. No ale takiej Legendzie należy wybaczyć te piętnaście minut spóźnienia. Wreszcie w hali gasną wszelkie światła, muzyka w głośnikach zamiera, a za wielką płachtą (z logo zespołu), która zasłania widok na scenę, zaczyna się coś dziać. Mrugają jakieś światełka, a z głośników słyszymy pierwsze nutki numeru "Gas in the Tank". Wreszcie kotara odpada i...
Widzimy drugą z napisem "Are You Ready to Rock?", po chwili i ta opada i wreszcie mamy Scorpions w pełnej krasie! Przyznam szczerze, że było na czym oko zawiesić. Panowie na żywo to sporo energii i żywotności. Co chwilę ktoś podchodził na koniec wybiegu przed sceną - w szczególności Rudolf sobie upodobał takie wycieczki. Klaus jak nie śpiewał to grał na małym bębenku trzymanym w dłoni (na zmianę z tamburynem) i dosyć często rozrzucał pałeczki w publikę. W instrumentalnym "Coast to Coast" wjechał na scenę z gitarą i trochę na niej dokazywał. Kapitalnie wyglądał moment jak cała czwórka (Meine, Schenker, Jabs i Mąciwoda) grała w tym kawałku na skraju tego wybiegu. Cudowny moment i refleksja patrząc na trzech pierwszych, że oto przed oczyma mamy kawał pięknej muzycznej historii.
Po początkowym "Gas in the Tank" zespół szybko poprawia równie konkretnym "Make it Real". Kapitalny numer, a koncertowo tylko zyskuje. Nie ma zbytnio czasu na rozkminki, bo jedziemy z cudownie marszowym "The Zoo". Trzy pierwsze numery i same bardzo dobre wybory. Tym bardziej, że kolejnym jest już wspomniany "Coast to Coast". Po takim intensywnym początku trochę trzeba zwolnić i tutaj idealnie sprawdził się "Seventh Sun" z ostatniej płyty. No właśnie - przecież pod koniec lutego wyszła płyta "Rock Believer"! Po chwili zapraszamy do niesamowicie melodyjnego "Peacemaker". Ależ ten numer siada w głowie, refren nuciłem ze dwa kolejne dni. Ale Scorpions nie odpuszcza, bo już wsiadamy na Harley'e i pędzimy wraz z numerem "Bad Boys Running Wild". Kolejna kapitalna kompozycja z lat dawnych. Czas na kolejną przerwę na oddech. Bo teraz Matthias Jabs zaprasza w cudowną podróż instrumentalną w "Delicate Dance". Z małym poślizgiem, bo na początku gitarzysta się skaleczył w któryś palec i trzeba było opatrzeć rankę. Po króciutkiej przerwie rozpoczęliśmy od nowa i trzeba przyznać, że to była bardzo przyjemna uczta. Ale to właśnie teraz rozpoczęły się dla mnie największe emocje.
"Send Me an Angel" to numer dla mnie nad wyraz wyjątkowy. Związany ze mną od wielu lat i wciąż piszący naszą wspólną historię. To jest niesłychane dla mnie przeżycie spotkać się z tym kawałkiem na żywo. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Nie będę ukrywał, łezka poleciała po policzku i konkretnie się rozkleiłem. Zresztą nie tylko ja (A <3). Cudowne wykonanie, wspaniale śpiewająca publika i Klaus Meine w fantastycznej formie. Czapki z głów. Bez dwóch zdań to był mój "michałek" z tego koncertu. Co "gorsza" nie było czasu się pozbierać, bo zespół od razu zaserwował "Wind of Change" z oczywistą dedykacją dla Ukrainy. Lekko zmieniony tekst, żółto-niebieskie światła i wspaniała akcja publiczności. Przez całą płytę wzdłuż trybun rozciągnięto olbrzymie flagi: Polski i Ukrainy. Wspaniały gest jedności.