Paradise Lost - Kraków



Paradise Lost, Tides from Nebula
Hype Park, Kraków - 16.09.2021 r.


Koncert zespołu Paradise Lost? Bierę i się nawet nie zastanawiam. A serio, to bardzo lubię to ich smutne granie, a ostatnie trzy płyty weszły mi jak zimny drink na upalnej plaży. Wypad do Krakowa udało się ogarnąć w ostatniej chwili, ale koniec końców wszystko wyszło elegancko i 16 września mogłem się zameldować w Hype Parku. To w miarę nowa lokalizacja na koncertowej mapie, a ja tam pojawiłem się po raz pierwszy. Fajna miejscówka na świeżym (żarcik dla Krakusów) powietrzu - sporo przestrzeni, niezła strefa gastro z food trackami. Sporych rozmiarów scena, mnóstwo miejsca dla publiki i jeszcze trybuna na wprost sceny. Jednym słowem: dla każdego coś dobrego.

Przed gwiazdą wieczoru na scenie zaprezentowała się formacja Tides from Nebula. Był to mój pierwszy kontakt z tym graniem. Instrumentalno-progresywno-kosmiczny klimat jak najbardziej mógł przypaść do gustu. To dosyć specyficzna muzyka, bo przez brak wokalu zmusza niejako słuchacza to bardziej zaangażowanego słuchania. O ile na koncercie może być z tym problem, bo innych bodźców jest sporo, to w domowym zaciszu można na pewno nieźle sobie odpłynąć gdzieś daleko, albo i jeszcze dalej. A muzycznie? Powiem tak: momenty były, ale i momentami tych momentów nie było. A bardziej serio, to sporymi fragmentami Tides from Nebula miało moją uwagę, a nawet zainteresowanie (parafrazując kinowego klasyka). Były też chwile, gdy jednak moje myśli gdzieś odpływały obok tego grania i łapałem się na tym, że nie słucham muzyki. No tak to mniej więcej wyglądało. Sam występ TFN jak najbardziej pozytywny i chętnie sprawdzę ich jakieś wydawnictwo w domowych warunkach. A może zatrybi coś więcej pomiędzy nami? Kto wie.

Koncert suportu oglądałem/słuchałem z większej odległości, ale już na Paradise Lost powędrowałem znacznie bliżej sceny. Tak po prostu lubię i nic z tym nie zrobię. Z głośników intro, przyciemniona scena w obłokach dymu i wreszcie zaczynamy od "Widow". Przyjemny start od przyjemnego starocia (1993 rok się kłania). Muzycy mocno skupieni na instrumentach, no ale to nie dziwi - mało kto ostatnio gra regularnie koncerty i jakaś tam mała niepewność jest. Dla Brytyjczyków to drugi koncert w tym roku, bo miesiąc wcześniej zagrali na Bloodstock z zupełnie inną setlistą. I to wszystko zgrzytnęło na początku drugiego numeru, bo zespół rozpoczął "Blood and Chaos", a tymczasem miało być "Fall from Grace". Na szczęście "po kilku nutkach" nastąpiła krępująca cisza i Nick Holmes zapowiedział (lekko żartując z kolegów) prawidłowy numer. Na "Fall..." czekałem niecierpliwie, bo ten kawałek podszedł mi mega od pierwszego odsłuchu albumu "Obsidian". W Krakowie również zrobił robotę jak się patrzy. Cudo!

Później już poszło z górki, bo wstęp do "Blood and Chaos" panowie mieli ograny... A serio, to ten kawałek elegancko dosmucił i tak już smętny nastój po poprzedniku. Nie inaczej było podczas "Faith Divides Us - Death Unites Us", no ale to Paradise Lost i skocznych melodyjek tu nie uświadczysz. Następnie zespół zafundował nam wycieczkę do lat wczesnych swojego istnienia i docisnął numerem "Gothic" (najstarszy z wykonywanych kawałków). Niemała perełka, bo rzadko kiedy trafia do koncertowego seta. Podobna sytuacja z kolejnym kawałkiem - "Shadowskings", który również jest nieczęsto grany. Był to jedyny przedstawiciel płyty "Draconian Times", którą bardzo lubię. Jak dla mnie - bomba!

Po takiej dawce emocji miałem chwilkę wytchnienia, bo zespół zagrał "One Second". Niespecjalnie przepadam za tym "elektronicznym" okresem w dyskografii Paradajsów, więc na spokojnie sobie obserwowałem, co się dzieje na scenie. Muzycy w doskonałych nastrojach, widać było, że są zadowoleni z przyjęcia przez fanów i ogólnej atmosfery dobrej zabawy. No ale czasu na rozkminy nie było za wiele, bo już lecimy z "Ghosts" z nowej płyty. Ależ to jest numer! Co za klimat, co za niepokojąca gitara. Nie mam pytań. Szybko przechodzimy do "The Enemy" i poprawiamy "As I Die" - ten numer zawsze się sprawdza i robi sporo dobrego. Prawda? "Requiem" - nie spodziewałem się usłyszeć i to kolejna miła niespodzianka jeśli chodzi o ten koncert. O takiej nie może być mowy w przypadku "No Hope in Sight" - na ten kawałek po prostu czekałem. Niesamowita kompozycja, pełna czarnego serca, beznadziei i melancholii. W skrócie - Paradise Lost jaki wielbię.

I to był ostatni punkt w koncertowej rozpisce. Oczywiście czekały nas jeszcze bisy i tutaj zaczynamy równie nieoptymistycznie, bo od numeru "Darker Thoughts". Cudownie ponuro i smutno. Ta gitara po prostu wżyna się w mózg i zostaje na długo. Czad! Kolejny numer i jak dla mnie spory zgrzyt. "So Much Is Lost" z płyty "Host" zupełnie tutaj nie pasował. Zepsuł ten cały melancholijny klimat. A po drugie nie moja bajka. Na szczęście kolejny kawałek i zaczynamy doomowym tempem, i po chwili już wiadomo, że będzie elegancko - "Beneath Broken Earth" i wszystko jasne. Co to jest za cios. Kompozycja ta mega gniecie czachę i nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek narzekanie. Po takim dołowaniu musi być coś lżejszego i rzeczywiście Paradise Lost zaserwował "Say Just Words". Czyżby takim lekkim akcentem miałby zakończyć się ten koncert? Wszak to już był czwarty numer "na bis". Jednak nie, bo muzycy serwują kolejną podróż sentymentalną i tym razem lądujemy w 1993 roku i zaglądamy na album "Icon". A z niego dostaliśmy "Embers Fire". Bardzo przyjemne zakończenie tego kapitalnego koncertu. Oczywiście długie pożegnanie, solidna porcja braw i skandowanie nazwy zespołu. Muzycy tradycyjnie rzucają w publikę trochę fantów i "moje koncertowe szczęście" nie zapomniało o mnie i w moje łapki wpadła pałeczka od perkusisty. Dzięki Waltteri Väyrynen! Przeważnie perkusiści rzucają te prezenty gdzieś dalej, a tu taka niespodzianka i przy barierce udało się złapać.

To był świetny wieczór w Hype Parku. Paradise Lost zaprezentował niezły przekrój przez swoją dyskografie, bo sporo skakali po poszczególnych albumach. Z jednej strony dobrze, z drugiej niezbyt. Ja na przykład nie przepadam za tym elektronicznym okresem i wolałbym więcej kompozycji z na przykład "Draconian Times". Ale nie marudzę, bo i tak nic to nie zmieni. Cieszę się z tego co miałem okazję zobaczyć i usłyszeć. Takie "No Hope in Sight", czy "Darker Thoughts" wynagradzają mi wiele. Rodzynek z "Draconian" też mi zrobił sporo dobrego, podobnie jak numery z lat 90-tych. Miłośnicy "środkowego" okresu też mieli swoje nutki, więc wszyscy zadowoleni. Na pewno tacy byli muzycy, to było widać w każdej chwili koncertu. Żywo reagująca publika to zawsze się sprawdza.

Nie będę oryginalny jak powiem, że to był bardzo dobry koncert. Paradise Lost to na żywo kapitalna sprawa. Smutni Panowie z Halifax potrafią na koncercie dać ognia i spowodować, że czarne serduszko napełnia się melancholią i beznadzieją. Ale to wbrew pozorom jest pozytywne i przyjemne, o czym świadczy skandowanie przez publikę nazwy zespołu przy każdej przerwie pomiędzy numerami. Muzycy byli tym tak zachwyceni, że Nick Holmes nagrał sobie filmik, który później widziałem w mediach społecznościowych. I to jest chyba najlepsza recenzja tego koncertu. Wiadomo, że Paradise Lost ma w naszym kraju sporą grupę fanów i muzycy odwdzięczają się w najlepszy możliwy sposób - świetnymi koncertami. A ja mam nadzieję, że taki kolejny odbędzie się szybko, bo ja bardzo chętnie bym ich zobaczył po raz kolejny.




Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 28.10.2021 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!