Materiafest IX



Materiafest IX
Batushka, Materia, Drown My Day, Hope, Hostia, DOFX
Wieża Bismarcka, Szczecinek - 28.08.2021 r.


Dziewiąta edycja Materiafestu to była szybka akcja. Mimo iż już od kilku lat zaliczam tę imprezę, to byłem święcie przekonany o tym, iż z uwagi na pandemię tegoroczne wydarzenie zostało odwołane. Skład festiwalu i jego data mignęła mi przez zupełny przypadek na Facebooku... na kilka godzin przed startem (dział marketingu trochę chyba przysnął). Szybkie rozważenie za i przeciw i już siedziałem w aucie w drodze do Wieży Bismarcka. Bo choć (jak dowiedziałem się później) oryginalnie widzieć się mieliśmy na Mysiej Wyspie, to ostatecznie festiwal powrócił do miejsca znanego i lubianego.

Pierwszą grupą, która zaprezentowała się zgromadzonej publiczności był lokalny DOFX. Kapela założona została w 2020 roku przez muzyków Tequila Twist (choć gitarzystę kojarzę bardziej z Nights of Eternal) i pochwalić się już może debiutanckim albumem. Chłopaki zaczęli niemal punktualnie o 17, by przez pół godziny raczyć nas mieszanką przeróżnych odmian rocka i metalu. Pod barierkami bawiły się już pierwsze osoby, a na scenie: trochę punku, trochę hard rocka, odrobina hardcore'u, co nieco cięższych dźwięków - w skrócie: crossover. Były kawałki w pełni autorskie, jak nawet i przedziwna wersja "Piły Tango" Strachów na Lachów, której refren odgrywany był niemal doom-metalowo. Muzyka DOFX to nie moje klimaty, ale pierwszych fanów gitarowej muzy rozgrzali.

O Hostii słyszałem wiele dobrego - zwłaszcza o wydanym w 2020 roku albumie "Carnivore Carnival". Szybko udałem się więc bliżej sceny by w pełni poczuć siłę uderzenia tego młota pneumatycznego. No i się nie zawiodłem: można powiedzieć, że grupa wyszła, jebła i sobie poszła. Jako że prezentuje ona dźwięki bardziej grindowe, to kawałki oczywiście do zbyt rozbudowanych nie należały. Nudzić się jednak było nie sposób, gdyż całość została podana w żywiołowy, iście bezkompromisowy sposób. Znakomity, pewny siebie zespół, a do tego kapitalny wokalista, którego rozsadzała wręcz energia. Co ciekawe, groźnie wyglądający i agresywnie "śpiewający" St. Sixtus pomiędzy poszczególnymi kawałkami był rozbrajająco kulturalny, grzecznie np. pytając się publiki czy zezwoli mu ona napić się wody. To dobry chłopak był i mało pił.

Cytat z hitu KNŻ nie był przypadkowy, ponieważ następnie swoje muzyczne wdzięki zaprezentowała grupa Hope, łącząca rockowe/metalowe klimaty z hip-hopem. Za nu-metalem za bardzo nie przepadam ale ich krążek "Name It" swego czasu pokręcił się w odtwarzaczu - widziałem więc czego mniej więcej się po muzykach spodziewać. Były kawałki dla mnie znane (jak np. "No War") i nieznane, był cover "Taty dilera", był wokalista wyglądający jakby wyrwano go z N.W.A. lub innego Public Enemy, było też i intensywne pogo pod sceną. Zgromadzona publiczność przyjęła zespół bardzo ciepło - ja jednak nie mogłem przeboleć braku najlepszego numeru z "Name It", a więc "Must Bida Muzik". Był więc mały smuteczek.

W przypadku Drown My Day już o nawet najdrobniejszym rozczarowaniu mowy być nie mogło. Krakowska ekipa nie pierwszy raz odwiedziła Szczecinek, tak więc stali bywalcy wiedzieli, że czeka ich srogi wpiernicz i szybko pod sceną zrobiło się dość tłoczno. Po pierwszych numerach musiałem się ewakuować w nieco bardziej cywilizowane rejony, bo wokalista Maciek rozkręcił taką rzeźnię, że niejedna osoba straciła tego dnia telefon (a jakaż ściana śmierci!). Agresywne deathcore'owe fragmenty poprzecinano skomplikowanymi, matematycznymi wręcz partiami gitar (koncert w Szczecinku był debiutem nowego gitarzysty), więc nawet i muzycznie "się działo się". Mega-energetyczne, no i interesujące także pod względem czysto muzycznym show.

Po Drown My Day przyszedł czas na gospodarzy wydarzenia, których wcześniej miałem okazję już zobaczyć czterokrotnie. Pod barierkami dzikie tłumy i zespół pokazał, że nieprzypadkowo. Materia przestała być lokalną atrakcją i stała się grupą gotową na podbój Europy. Koncert na Materiafest tylko to potwierdził - był to najlepszy występ kwartetu jaki widziałem. Wszystko się tutaj zgadzało: setlista łączyła djentowy materiał z bardziej przystępnymi kompozycjami w idealnych wręcz proporcjach. Zespół był rozluźniony i w znakomitym nastroju, a publika szalała jak po zażyciu środków psychoaktywnych (dało się nawet zauważyć krążącego nad głowami... różowego konia na biegunach!). Po tych bardziej dynamicznych fragmentach organizatorzy już nie nadążali ze zbieraniem zagubionych smartfonów, a grupa wcale nie zamierzała odpuścić szybko powracając na bis. Materia złamała rygorystyczne ramy czasowe, ale chyba nikt nie ma jej tego za złe.

Po Materii dłuższa przerwa, gdyż należało przystroić scenę do odegrania rytuału pogrzebowego - gwiazdą była bowiem sama Batushka. Która? Ja byłem święcie przekonany, że Barta i cóż, może głupio się przyznać, ale całą drogą słuchałem złej Batushki. W Szczecinku z koncertowym składem pojawił się bowiem sam Krzysztof Drabikowski. Muzyk był w bardzo dobrym nastroju i chętnie podpisywał z grupą płyty, co oczywiście skrzętnie wykorzystałem. I śmiałem się do rozpuku jak jeden z fanów poprosił o wspólną fotkę, ale tylko z Derphem - aż mi się przypomniał skecz Kabaretu Potem o autografach. Podczas występu już śmiechów nie było: klimatyczne oświetlenie, trumna na środku sceny, świeczniki po jej bokach, obrazy sakralne (z pogranicza bluźnierstwa), no i w końcu sami muzycy w mrocznych szatach. Robiło to piorunujące wrażenie! Podobnie jak sama muzyka, na którą składała się cała "Panihida" z lekką domieszką "Liturgii". Perkusyjne blasty, złowieszcze chóry, świetna praca Krzysztofa (ach, ta końcówka "Pieśń 2"!), ale jednak moje czarne serduszko nie było do końca usatysfakcjonowane. Przeszkadzała mi bowiem jedna rzecz: główny wokal. Niestety ten bardzo często gubił się gdzieś w tym całym anturażu i miejscami był wręcz ledwo słyszalny. Bo widocznie nie można mieć wszystkiego.

Dziewiątą edycję Materiafest uznać trzeba za bardzo udaną. Troszkę czuć, że brakło czasu na dopieszczenie szczegółów (poprzednio było nieco więcej Toi-Toiów i budek z jedzeniem/piwem), a i line-up nie był aż tak mocny jak w poprzednich latach, no ale wiadomo: pandemia i ciągle zmieniające się przepisy. Przynajmniej dało to szansę mniej znanym grupom na zaprezentowanie swych wdź(w)ięków. Szansy nikt nie zmarnował i liczni fani cięższych nut nie dali się zbyt długo namawiać do wspólnej zabawy. Teraz czekam na jubileuszową, dziesiątą już edycję!



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 24.09.2021 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!