Storm of Fate Tour 2020



"Storm of Fate Tour 2020"
Vane, Moyra + goście
Warszawa, Chorzów, Wrocław, Kraków - 11/12.09-18/19.09.2020 r.


Wspólna trasa zespołów Vane i Moyra, czyli "Storm of Fate Tour 2020", wystartowała 28 lutego i zaplanowana była na cztery kolejne weekendy. Niestety COVID-19 wyruszył w swoje własne tournée i całe to przedsięwzięcie zostało ciachnięte w połowie. Relację z tych czterech (!) koncertów możecie przeczytać tutaj.

W niej napisałem między innymi: "Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Zespoły już pracują nad jesiennymi terminami i na pewno wrócą podbudowani tym co do tej pory ich spotkało. Ja też nie odpuszczę i mam nadzieje, że uda mi się złapać te (przesympatyczne) ekipy na kolejnych koncertach". I tak też się stało, bo powtórzyłem historię sprzed pół roku i zaliczyłem wszystkie cztery występy!

11.09.2020 - Klub VooDoo, Warszawa

Zaczęliśmy 11 września w warszawskim klubie VooDoo. Koncert (ten, jak i kolejne) w czasach zarazy, więc odpowiednie środki bezpieczeństwa trzeba było zachować. Oczywiście ograniczenia co do osób w klubie, wypełnianie oświadczeń z danymi osobowymi, mierzenie temperatury na wejściu - i tego typu obostrzenia. Troszkę to było uciążliwe, ale - tylko troszkę. Najważniejsze i tak działo się trochę później, gdy zespoły wchodziły na scenę.

Warszawską imprezę rozpoczął lokalny Praise the Sun - nieznana mi wcześniej kapela, która zaprezentowała sporo przyjemnego melodyjnego death metalu. Żeński wokal, oczywiście pół na pół growle i czysty śpiew - jednym słowem: bez zaskoczeń. Kompozycje w miarę przyjemne, więc rozgrzewka jak najbardziej udana. Drugi akt tego dnia to wrocławski The Burning Hands, który zaprezentował ciut cięższe granie. Przyzwoicie pomieszany death metal z elementami groove i przyznam, że momentami było całkiem zacnie. Kapeli również wcześniej nie znałem (choć ekipa z mojego miasta), ale zostawili dosyć dobre wrażenie. Oba zespoły w ramach supportu zaprezentowały się całkiem dobrze i przygotowały grunt pod występy współgospodarzy tej trasy.

Zaczynamy od Moyry w której doszło do zmian w składzie - mamy w zespole nowego perkusistę i gitarzystę. Na scenie już wszystko gotowe, z głośników zaczyna sączyć się klimatyczne intro, a muzycy wychodzą na scenę. Chwila skupienia i wreszcie zaczynamy od numeru... no właśnie. Tutaj mały "zonk", bo zespół planowo zaczyna od "Ready! Aim and Fire!", a perkusista odpalił "End of the World"... chwila konsternacji, szybkie ogarnięcie sytuacji i już jedziemy zgodnie z rozpiską. Cóż - nerwy i stres dopadają każdego, ale na szczęście do końca występu Moyry nic złego się nie wydarzyło. A zespół na scenie jest w przysłowiowym "ogniu". Widać i słychać, że muzycy są nastawieni bardzo bojowo i cisną dosyć mocno. Moyra zaprezentowała wszystkie cztery utwory ze świetnej EP'ki "ReGenesis" (oprócz wspomnianego kawałka na otwarcie poleciały: "Losing My Sanity", "Wake the Power" i "Circus Madness"), oraz jeden z poprzedniej, czyli "Fear of Life".

Oczywiście był też cover i wybór padł na Arch Enemy i kompozycję "No Gods, No Masters" jak zwykle zagraną w brawurowy i porywający sposób. Na deser zostawiłem sobie dwie nowe kompozycje. Teledyskowy "End of the World" pokazuje, że Moyra idzie w swoim graniu zdecydowanie do przodu. Muza nabiera mocy, a i od strony kompozycji robi się ciekawiej. Jednak największym zaskoczeniem był dla mnie kawałek "The Eyes of Rats", który po raz pierwszy został pokazany światu. Ależ to jest świetna kompozycja - moc i czad. Czekam na kolejne nowe utwory od tej formacji. Moyra na scenie to solidna sztuka melodyjnego death metalu. Margo dosyć szybko łapie kontakt z publiką, zachęca do wspólnej zabawy, a jak potrzeba to i z lekka opierdzieli leniwych fanów i skutecznie zachęci do większej zabawy pod sceną. Generalnie wszystko się tutaj zgadza i miło patrzeć jak ten zespół z koncertu na koncert rozwija się i rośnie w siłę.

Jeśli chodzi o Vane, to tutaj też mamy zmianę, bo jest nowy/stały basista. A poza tym - wszystko po staremu! Świetny wystrój sceny (tutaj pojawiły się dodatkowe elementy), nowy układ świateł (zrezygnowano z lusterkowych wieżyczek), oraz liny wyłożone na przodzie sceny i na perkusji. Obowiązkowe koło sterowe na przodzie, skrzynie ze "skarbami" i inne znane już atrakcje. Vane niedawno wydał nową EP'kę ("The Nightmare"), która podsumowała ostatnie dwa single i przyniosła nam nowe numery, które oczywiście trafiły do setlisty. Ale po kolei, bo zaczynamy od szanty "Randy Dandy-O" jako intro, który szybko przechodzi w mocarny "Death's Season", od razu poprawiony "Edge of the Cutlass". Jest moc i siła w tym graniu. Z płyty "Black Vengeance" poszły jeszcze: "Rise to Power", "I Am Your Pain", "Born Again", tytułowy i "Mutiny" (ten już na sam bis). Nie mogło zabraknąć oczywiście "Row, Ye Scallywags!", był też klimatyczny "Ritual". Jak wspomniałem wcześniej nowe utwory też zostały wykonane na żywo. Szczerze mówiąc jak tylko usłyszałem "Walk the Plank!" (jeszcze w wersji demo), to wiedziałem, ze to będzie koncertowy strzał w "10". I oczywiście tak jest, bo ten numer to koncertowa petarda, bez dwóch zdań. Świetnie też sprawdza się "Become the Nightmare" który ma klimatyczne wprowadzenie w postaci "Dic...", wróć "Dig" jak opisano na koncertowej setliście "The Burial". Był jeszcze cover "Redneck" od zespołu Lamb of God.

Vane na żywo to już konkretna jazda na tak zwanej "pełnej". Co prawda w Warszawie trochę momentami ciśnienie siadało, ale to detale, no i trzeba pamiętać, iż zespoły pół roku nie były na scenie. Ogólnie widać i słychać było głód tego grania, do tego konkretnie rozbawiona publika, którą tradycyjnie dyrygował wokalista Marcin. Była ściana śmierci (to już tradycja) i wspólne śpiewy ("ROW!", "Walk the Plank!") i sporo świetnej zabawy. Na sam koniec w "Mutiny" Marcinowi posłuszeństwa odmówił mikrofon, ale w amoku zabawy chyba mało kto zwrócił na to uwagę. To był całkiem dobry występ Vane, a chłopaki zapowiedzieli, że kolejne będą jeszcze lepsze. Cóż, kolejna okazja do sprawdzenia tych zapowiedzi nadeszła dzień później, w Chorzowie. Wcześniej udajemy się na nocleg i do późnych godzin, a raczej wczesnych rannych... no nie odpoczywamy. Ale to są uroki m.in. wyjazdów towarzyskich... Sami wiecie.

12.09.2020 - Leśniczówka, Chorzów

W Chorzowie imprezę przygotowano poza klubem, bo na scenie przylegającej do niego. Tutaj imprezę otwierała wrocławska Gentuza. Dosyć wczesna godzina rozpoczęcia ich koncertu przełożyła się na totalne pustki pod sceną. Chłopaki niespecjalnie się tym przejęli i pocisnęli swoją sztukę, jakby jutro miało nie nadejść. Dosyć oryginalna to muzyka, bo mieszanka ciężkich dźwięków z djentem, elektroniką, post-metalem, a wszystko zanurzone w sosie groove. Do tego "stand upowe" prowadzenie konwersacji przez wokalistę i mamy cały obraz. Niekoniecznie to moja bajka, ale zaangażowania nie można odmówić. Jeśli chodzi o As Night Falls, to zdecydowanie bliżej mi do takiego grania. Klimatyczno-symfoniczne melodie z mocnym żeńskim wokalem. Tutaj ciekawa sprawa, bo zespół powstał w 2010 roku i praktycznie od tego czasu jestem w kontakcie mejlowym z wokalistką Anią. Działamy w temacie promocji kolejnych ich koncertów, a jakoś nie było okazji wcześniej się spotkać. Wreszcie-nareszcie ten dzień nadszedł. Bardzo miłe spotkanie! A sam koncert bardzo mocarny. Widać i słychać, że zespół niejeden koncert ma na swoim koncie i bezproblemowo odnajduje się na scenie. Ludzi pod sceną ciut przybyło, więc wrażenia zdecydowanie lepsze.

Moyra - ależ oni zagrali! Była moc, energia i zdecydowanie mniej stresu i nerwów. A ja ponownie nadstawiam ucha na nowe kompozycje i ponownie robią one na mnie spore wrażenie. A szczególnie "The Eyes of Rats" - jest konkret! Po tym koncercie na cały tydzień pozostaje mi w głowie melodia z kawałka "Losing My Sanity". Wbiła się i koniec, nic pan nie poradzisz. Margo bardzo szybko kupiła publikę, która bawiła się wybornie. Jeśli chodzi o Vane to też było widać więcej luzu i mniejszy poziom napięcia. Na pewno dużym plusem jest większa scena i możliwość poruszania się po niej. To szczególnie dotyczy gitarzystów, bo i Robert i Mateusz lubią się zamieniać stronami. Muzycznie petarda jak dzień wcześniej i ponownie publika najbardziej szalejąca przy tych samych numerach. Świetne światła (na Moyrze zresztą też), ale to już norma. Jest Pan Świetlik, jest zabawa. Z tego koncertu w głowie pozostał mi wykon numeru "Black Vengeance" - ależ to siadło! Moc, gitarowa jazda i mocarne bębny. Cudo!

18.09.2020 - Liverpool, Wrocław

Tydzień przerwy i "Storm of Fate Tour 2020" wyruszył do kolejnej lokacji. Tym razem Wrocław i wreszcie... nie musiałem nigdzie jechać, żeby zobaczyć te koncerty. No pomijam piętnastominutową przejażdżkę tramwajem. Imprezę rozpoczęła wrocławska formacja Methopia, która powstała w 2019 roku. Grają w niej muzycy kojarzeni z zespołów takich jak Tuff Enuff, Splot czy !nsult. Nowoczesne granie, które niezbyt mi pasuje. Dodatkowo pomagałem na bramce i niewiele z tego występu zarejestrowałem. Podobna sytuacja z koncertem The Burning Hands. Tutaj zupełnie nic nie napiszę.

Moyra na swoim terenie, ze swoją publiką - wiadomo, że mogło być tylko bardzo dobrze. Ten klub nie sprzyja graniu żywiołowych koncertów - mała i ciasna scena, częste problemy z dźwiękiem i tego typu atrakcje. Jednak to nie przeszkodziło ani Moyrze, ani Vane. Oczywiście zapomnieć można o jakimkolwiek ruchu scenicznym, czy bardziej rozbudowanych światłach. Tu trzeba wyjść i konkretnie przypierd...zielić. I Moyra tak zrobiła. Ponownie największe wrażenie zrobiły na mnie dwa nowe utwory plus "Losing My Sanity" - matko, z tym kawałkiem to normalnie "nie wytrzymię". Zaś w głowę się wbił i koniec.

Przed Vane ciutkę się przerzedziło pod sceną, ale ci co zostali to na pewno nie żałowali. Ogień, moc i rozpierdziel - jednym słowem Vane w swojej koncertowej formie. Ciasnota na scenie nie pomagała, ale nikt tym się nie przejmował. Co prawda początek występu to srogi falstart, bo Marcin wyszedł na scenę bez swojego mikrofonu, co lekko zaskoczyło resztę zespołu, ale dzięki temu mieliśmy okazję posłuchać na wpół instrumentalnego "Death's Season". Później już zabawa była przednia i pod sceną było dosyć gorąco. Tradycyjnie królowały "Walk the Plank!" i "Row, Ye Scallywags!". Fajnie pojechano też z "Born Again", który zabrzmiał z taką jakąś drapieżnością. Po koncercie troszkę imprezowania, no cóż poradzić, znajomych było sporo. Ekipa Vane zabiera mnie do busa i zamiast odpoczywać (czy też regenerować się) we własnym łóżku, to jedziemy do Krakowa. Tu meldujemy się nad ranem, wrzucamy wszystkie "graty" do klubu Zaścianek i wreszcie można udać się na spoczynek. Taaa... z wyłączeniem perkusisty Kamila, który po prostu poszedł do pracy (szaleństwo!!!)

19.09.2020 - Klub Zaścianek, Kraków

Kilka godzin później meldujemy się w klubie i zaczyna się mozolna orka z rozstawianiem sprzętu, świateł, bannerów i tym podobnych przyjemności. Następnie próby zespołów i wreszcie zaczynamy imprezę. A pierwszy zespołem jest ponownie Gentuza, która zagrała w Chorzowie. Tym razem ludzi ciut więcej pod sceną i wreszcie wokalista miał z kim pogadać pomiędzy utworami. Drugą kapelą był Killsorrow. Chłopaki mają mocno post-apo image i oczekiwałem sporego łomotu. Intro całkiem obiecujące, ale niestety później już nie było tak dobrze. Przy takim image człowiek spodziewa się jakiegoś deathu, groove, czy industrialu. No bo sami obczajcie - chłopaki w maskach przeciwgazowych, strojach jak z Mad Maxa, a muzycznie - klasycznie grany heavy metal. Jak dla mnie mocno to się gryzie i nie pasuje do siebie. No ale nie mój zespół i nie moja bajka.

Zastanawiałem się jak wypadnie Moyra... dzień wcześniej dali ostro czadu i zastanawiałem się, czy są w stanie to powtórzyć dzień później. Byli i powtórzyli. Ponownie świetny występ i ponownie wszystko zażarło. Dodatkowo Pan Świetlik, czyli Mistrz Maciej wyczarował kapitalny klimat w niektórych kompozycjach. Ależ te światła pięknie świeciły i współgrały z muzyką. Brawo. Muzycznie jazda od początku do końca. U mnie faworyci bez zmian i ponownie te same numery zrobiły największe wrażenie. Brawo Moyra!

Jeśli chodzi o Vane to weszli jak po swoje, no bo w końcu byli u siebie. Nikt się nie oszczędzał i było ciśnięcie na maksa. Oczywiście duża scena była sprzymierzeńcem zespołu i chłopaki mogli spokojnie się po niej przemieszczać. Publika też bardzo aktywna, konkretne śpiewy w wiadomych utworach. To był bardzo dobry koncert, taki na maksa. W głowie mi pozostał numer "Black Vengeance" który znowu dostał mocy i jakiejś takiej agresji. Bardzo lubię jak numer na żywo dostaje właśnie takiego dopalacza. Cóż tu więcej napisać - Vane na swoim terenie pozamiatało konkretnie - to był bezlitosny abordaż! Również brawo!

I tak się zakończyła trasa "Storm of Fate Tour 2020". Jak się śmialiśmy - ponad półroczna. Dogrywka w postaci czterech koncertów wypadła okazale. Śmiem twierdzić, iż lepiej niż te cztery pierwsze koncerty. Zespoły były w znacznie większym gazie i tutaj szczególnie wskaże Moyrę, która zrobiła spory progres w ostatnim czasie. Organizacyjnie też było znacznie mniej spinek i nerwów (pomimo tak zwanego "reżimu saniternego"), więc muzycy mogli skoncentrować się na graniu. Jak w poprzedniej relacji, tak i tutaj powtórzę: brawa dla zespołów Vane i Moyra za ogarnięcie tej trasy. Pokazaliście, że nawet te mniejsze zespoły mogą zrobić coś fajnego i zagrać kilka udanych koncertów. Brawa dla Was, za profesjonalizm, za zaangażowanie, za wytrwałość i zawodowe podejście do tych koncertów. Obserwować Was przy przygotowaniach, czy później na scenie to czysta przyjemność. Zresztą wiecie o tym doskonale. Do zobaczenia na kolejnych sztukach!

Na koniec poprosiliśmy zespoły Vane i Moyra o kilka słów komentarza odnośnie tych koncertów. Tym razem w formie krótkiego filmiku.

Moyra:



Vane:






Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 13.10.2020 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!