 Nocny Kochanek, Ereles Trasa w Ciemność 2019, Part 2 G38, Koszalin - 07.12.2020 r.
Nocny Kochanek w grudniu zakończył trasę koncertową promującą trzeci studyjny album formacji: "Randka w Ciemność". Krążek zyskał status Złotej Płyty, a występy go promujące zostały niemal w całości wyprzedane. Nie inaczej było w Koszalinie: wejściówki rozeszły się już na jakieś półtora miesiąca przed wizytą Zdrajców Metalu, tak więc G38 po raz kolejny mógł ogłosić sold out. Na miejscu okazało się, że klub dosłownie pękał w szwach - nawet pomimo tego, że od czasu Riverside dorobił się dodatkowego balkonu.
Publiczność w Koszalinie rozgrzewał tworzony przez byłych członków Kabanosa zespół Ereles. Niestety całego ich występu zobaczyć nie mogłem, bowiem zajęty byłem odpytywaniem na zapleczu członków Nocnego Kochanka. Ciężko mi tym samym wypowiedzieć się na temat ekipy z Piaseczna - widziałem po prostu za mało, aby wyrobić sobie na ich temat zdanie. Na pewno chłopaki grają muzę dużo poważniejszą niż swego czasu z Zenkiem. Jest tutaj sporo rocka, gdzieniegdzie poprzecinanego mocniejszymi akcentami, ale też i trafiły się szybkie, proste kompozycje spod znaku punka. Lodzia utrzymywał dobry kontakt z publiką, a ta na jego prośby o wspólne zabawy reagowała szybko i zdecydowanie. Zespół odtrąbił pełen sukces, stwierdzając nawet następnego dnia, że był to jeden z najlepszych wieczorów w ich karierze - trochę więc szkoda, że w pełni nie brałem w tym wydarzeniu udziału. Widzicie jak się dla Was poświęcam?
Po krótkiej przerwie z głośników poleciał "The Wicker Man" Iron Maiden i co bardziej ogarnięci fani już wiedzieli, że zaraz zacznie się prawdziwe szaleństwo - Zdrajcy Metalu traktują bowiem ten numer jako swoiste intro. Dziewica przestała, a zaczął Kochanek i to od razu od przedstawicieli najnowszego dziecka: "Randki w ciemno" i "Dr. O. Ngala". G38 dosłownie eksplodowało, a pod sceną szybko zrobił się prawdziwy kocioł, w którym wyznawcy "Andżeja" skakali, klaskali i przewracali się, śpiewając przy tym mądre inaczej teksty zespołu. Z tyłu nieco spokojniej, choć wśród licznie zgromadzonej publiczności oczywiście trafiły się osoby z pourazowym zespołem przeciążeniowym goleni prawej. I to w stadium mocno zaawansowanym: zespół ciśnie na scenie, a ci delikwenci nie wiedzą nawet gdzie są i w którą stronę patrzeć... No ale cóż, przynajmniej stali - podczas trasy promującej debiut widziałem fana Nocnego leżącego krzyżem na parkiecie.
 Będąca w bardzo dobrej formie grupa odhaczała hit za hitem: krzyki radości witały "Dziabniętego", "Wielkiego wojownika", "Smoki i gołe baby", "Czarną czerń", "Ala Dente" czy "Dziewczynę z kebabem". W tym ostatnim publika śpiewała tak, że przy barze aż drżały butelki z alkoholem. Nie zabrakło też akcentu świątecznego: jako że grudzień, to grupa wykopała spod ziemi "Kacpra, Andżeja i Baltazara" - oczywiście ku uciesze rozradowanej gawiedzi. Mi jednak najbardziej chyba przypadł do gustu pastisz "bardowego" stylu Blind Guardian, a więc "Koń na białym rycerzu", w którym to coraz więcej do powiedzenia ma Żurek na flecie - fajnie, że wersja "live" różni się od tej studyjnej. A, no i nie zapominajmy o seksownej inaczej "Andżeli", w której (hehe) Kazon oddaje się grze na klawiszach nie gorzej niż Axl Rose w "November Rain". Ten jego poważny styl grania w połączeniu z głupawym tekstem daje przekomiczny efekt.
 Publiczność gorąco dziękowała po każdym numerze, a oprócz standardowego "napierdalać", zaskoczony Nocny Kochanek usłyszał głośno skandowane... "bardzo ładnie". Krzysiek Sokołowski był autentycznie rozbawiony czymś takim, no ale heloł: to Koszalin, tu jest pełna kultura, a nie. Po zakończeniu podstawowego setu zespół nie dał się długo namawiać na kontynuowanie zabawy. Z głośników poleciało charakterystyczne intro i nosy co niektórych zostały połamane ciosami "Karate". Był też m.in. oczywiście kawałek, od którego wszystko się zaczęło, a więc "Minerał Fiutta", ale ostatecznie tym krótkim powrotem Kochanka na scenę byłem nieco zawiedziony. Czego zabrakło? Mi serce krwawiło z powodu braku "Poniedziałku", a znajomym: "Zaplątanego". Co ciekawe muzycy zapowiadając trasę obiecywali, że tego ostatniego na pewno w setliście nie zabraknie... Ot, kłamczuszki jedne! To co? Następnym razem?
|