Meteriafest VIII



VIII Materiafest
Kat & Roman Kostrzewski, Vader, Turbo, Materia, The Sixpounder, Srogo
Szczecinek - 31.08.2019 r.


Bardzo ładny skład udało się w tym roku organizatorom Materiafest skleić. Oto bowiem nad malowniczym jeziorem Trzesiecko, oprócz młodszych stażem grup, pojawić się miały: Turbo, Vader oraz Kat & Roman Kostrzewski. Trzy legendy polskiego metalu, z których każda mogłaby z powodzeniem pełnić rolę headlinera całej imprezy. Mimo iż wszystkie te kapele widziałem już na żywo, to takiego zestawu odpuścić nie mogłem i po raz kolejny udałem się do Szczecinka, by bawić się na placu przy Wieży Bismarcka. Na teren festiwalowy przybyłem na długo przed startem całej imprezy, ponieważ... cóż, obowiązki wzywały. Czekał mnie nie tylko wywiad z członkiem "nie-Kata", ale również spotkanie z przedstawicielem Ermland Productions, który prowadził (oblegany przez cały wieczór!) sklepik Winylowo.com z gadżetami (koszulki m.in. Vader czy Rotting Christ, no i oczywiście CD + czarne krążki).

Sklep Winylowo.com miał przyjemność wraz z partnerami zorganizować w tym roku na Materiafeście oficjalne "Meet & Greet" z występującymi na festiwalu gwiazdami (nad którym patronat medialny objęło MetalSide.pl) i inicjatywa ta spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony publiczności. "Meet & Greet" odbywał się w przerwach koncertów i kto chciał, mógł przybić "piątkę" swoim ulubionym muzykom czy też zebrać autografy na płytach, koszulkach czy innych gadżetach. Do każdego zakupu w sklepiku, Winylowo.com dorzucało niespodziankę, w postaci pocztówek Vader, promujących zarówno EP "Thy Messenger", jak i pierwsze demo grupy, a więc "Necrolust". Frekwencja przy zielonym namiocie cały czas rosła, a wraz z pojawieniem się Turbo w okolicach godz. 20 (cała impreza opóźniła się bowiem o jakieś 60 minut), tłumy były już wręcz nie do ogarnięcia. Z uwagi na duży sukces, spotkania będą w przyszłości kontynuowane, chociażby podczas nadchodzącej trasy "Legendy Metalu" (Vader, Kat & RK, Acid Drinkers, Quo Vadis). Oczywiście z kilkoma poprawkami, bo w Szczecinku markery strasznie szybko znajdywały nowych właścicieli...

Imprezę otworzył, pochodzący z woj. Śląskiego, zespół Srogo. Ekipa ta zaprezentowała licznie zgromadzonej już publiczności muzyczny kocioł, w którym mieszał się groove metal z elementami rocka, doprawiany szczyptą "core'u". Nie było to za bardzo moje granie, więc oglądałem chłopaków niejako z kronikarskiego obowiązku, bardziej interesując się tym, co nastąpi po nich. A po nich zameldowała się grupa The Sixpounder, grająca co prawda podobnie, ale jednak z większym kopem. Widać było u wrocławian duże doświadczenie sceniczne: wszędzie ich było pełno i wiedzieli jak utrzymać uwagę nawet tych osób, które na co dzień za bardzo ich nie słuchają. Szczególnie pochwalę tutaj oczywiście nakręconego Filipa Sałapę na wokalu oraz Pawła Ostrowskiego na wiośle - duet ten ciągnął do przodu całe, około trzydziestominutowe show. Show, na którym zabrakło "The Hourglass" (a przecież Peter był na miejscu!), ale za to radę dawały nowe kompozycje. Chłopaki są w trakcie obszernej trasy koncertowej "Killer King Tour 2019" - zachęcamy do wzięcia w niej udziału.

Po The Sixpounder na scenie zameldowali się gospodarze wieczoru, a więc lokalna Materia, świętująca na imprezie pra-premierę swojego trzeciego krążka, zatytułowanego "The Rising". Trochę zmienił się image kapeli (na bardziej poważny), a wespół z nim również i sama muzyka. Miast ciężkich, szalonych, połamanych kawałków, otrzymaliśmy granie bardziej przebojowe, stonowane, komercyjne wręcz... Muzycy chyba sami do końca nie wiedzieli jak na te nowe dźwięki zareagują fani ich dotychczasowych dokonań, ponieważ byli tego ciepłego wieczoru wyjątkowo zestresowani. A to było nie tylko widać, ale również i niestety słychać. Zwłaszcza Mihu jakoś za bardzo nie był pewny swoich umiejętności i w czystych partiach (których swoją drogą było sporo) zdarzyło mu się parę razy mocno zafałszować. Na szczęście fanom to nie przeszkodziło i bawili się oni bardzo dobrze, oklaskami witając przedstawicieli nowego albumu - a tych było dużo. Osobiście uważam nawet, że za dużo, gdyż zabrakło tym samym klasyków, w postaci takie np. "Popylnika". I choć występ zakończył się prawdziwą petardą z trzema wokalistami i odpalonymi racami, to jednak zeszłoroczny gig był zdecydowanie bardziej mięsisty.

Po pomysłodawcach wydarzenia scenę przejęło legendarne Turbo, które, w zależności od oczekiwań, dało koncert albo rewelacyjny, albo bardzo rozczarowujący. W Szczecinku grupa postanowiła niejako dostosować setlistę do tego, co miało nadejść wraz z występami Vader i Kat & RK. Usłyszeliśmy więc najmocniejsze numery w całym dorobku poznańskiej formacji, z przedstawicielami albumu "Ostatni Wojownik" na czele. Kompozycje ciężkie, siarczyste i szalenie dynamicznie. Muzycy byli w kapitalnej formie, a dźwięki płynące ze sceny mogły zszokować tych, co przyszli poprzytulać się w rytm "Dorosłych dzieci". Ballady? Nic z tego! W Szczecinku dostaliśmy same łamiące kości, stricte metalowe "killery"! I to właśnie co niektórych mogło rozczarować. Miast bowiem, wydawać by się mogło obowiązkowych w setliście numerów pokroju "Jaki był ten dzień" czy "Smak ciszy", poleciały "Kawalerie Szatana", "This War Machine" czy inne "Miecze Beruda". Ekipę dowodzoną przez Wojtka Hoffmanna widziałem na żywo siedmiokrotnie, w tym ostatni raz w marcu tego roku, więc te co bardziej znane "klasyki" już mi się w wersjach na żywo przejadły. Dla mnie osobiście więc to odstępstwo od sprawdzonej formuły, było prawdziwą petardą.

Po kapitalnym Turbo nadszedł czas Vadera. Ten zgromadził prawdziwe tłumy, czemu w sumie nie można się dziwić. Jest to bowiem jedna z najlepszych death metalowych ekip na świecie, a dodatkowo całkiem niedawno próbowano im odwołać koncert w Chojnicach. Niektórzy przyszli więc po to, ażeby wyrazić swój sprzeciw wobec takim praktykom. Peter i spółka, zachwyceni przyjęciem, dali ognia. Dosłownie, bowiem na co większych hitach wybuchy zgrano z rytmem utworów, a w innych kawałkach z przodu sceny stawiano prawdziwą ścianę z płomieni. Lider kapeli, pomimo 53 lat na koncie ciągle swoim głosem ściany kruszył - jak zaryczał, to aż włosy dęba stawały. Nieco gorzej wypadły te "szeptane" fragmenty, no ale na szczęście w muzyce Vader trafia się na nie wyjątkowo rzadko. Grupa postanowiła roznieść fanów na strzępy amunicją przeciwpancerną, w postaci m.in. "Wings", "Carnal", "The Final Massacre", "Sothis" czy "Black to the Blind" - krew, śmierć i zniszczenie. Zachwycony byłem też bisem: większość grup zostawia na deser numery, które i tak wiadomo że będą, natomiast Vader przygotował małą niespodziankę. Najpierw bowiem "Sword of the Witcher", a po nim szalony cover Judas Priest z EP "Thy Messenger". Pięknie.

Jako że część osób nie przeżyła nawałnicy dźwięków serwowanych przez olsztyński kwartet, to na Kat & RK nieco się towarzystwo przerzedziło (podejrzewam, że rolę odegrało tutaj również godzinne opóźnienie). Grupa na scenie pojawiła się w okolicach 23:30 by do godziny 1. w nocy pieścić nasze uszy poezją śpiewaną przez jedynego i niepowtarzalnego Romana Kostrzewskiego. Wyznawców Rogatego raczono nie tylko klasykami polskiego metalu z "Diabelskim domem", "Śpisz jak kamień" czy "Szyderczym zwierciadłem" na czele, ale również i licznymi kompozycjami z bardzo ciepło przyjętego albumu "Popiór". Co ciekawe, nie zapomniano nawet o przedstawicielach (z perspektywy lat, nieco jednak rozczarowującej) "Biało-Czarnej": dwa numery tegoż wydawnictwa na żywo wybrzmiały wręcz znakomicie. Roman (jak to Roman) przez cały występ tańczył niczym opętany i choć mocy w głosie zaczyna mu niestety brakować, to jednak ciągle warto go na żywo usłyszeć. Przynajmniej jak śpiewa, bowiem konferansjerką uśpiłby nawet osoby cierpiące na bezsenność... Drugą osobą skupiającą uwagę publiczności był Jacek Nowak, który zastąpił na stanowisku perkusisty legendarnego Irka Lotha. I trzeba przyznać, że założyciel Virgin Snatch odwala w "nie-Kacie" kawał porządnej roboty, sprawiając że niektóre kawałki na żywo kopią cztery litery jeszcze mocniej. Koniec końców, występ Kat & RK zaliczyć trzeba do udanych, choć żółtą kartkę wręczyć należy firmie pilnującej porządku. Podczas "Purpurowych Godów" doszło bowiem do szybkiego i konkretnego spacyfikowania jednego z przybyłych i reakcja ochrony na to zdarzenie była dość... ślamazarna. Na pewno trzeba nad ich reakcją w późnych godzinach nocnych w przyszłości popracować. Nie wiem, mocną kawą może?



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 24.09.2019 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!