13. Festiwal Legend Rocka - Los Lobos



13. Festiwal Legend Rocka
Los Lobos, Wille and the Bandits
Dolina Charlotty, Strzelinko k. Słupska - 01.08.2019 r.


Kolejną gwiazdą 13. Festiwalu Legend Rocka została, założona w 1973 roku w Kalifornii, amerykańska formacja Los Lobos, prezentująca muzykę garściami czerpiącą z meksykańskiego folku. Mimo iż grupa nagrała łącznie 15 albumów (szesnasty krążek już niebawem), to w Polsce najbardziej jest znana z muzyki filmowej, a więc nut z "La Bamby" i "Desperado". Długo czekałem na ogłoszenie drugiej legendy, która pojawi się tego dnia na scenie obok "Wilków", bowiem tylko niepoprawny optymista spodziewałby się zapełnienia przez tak relatywnie słabo znany w naszym kraju zespół niemal dziesięciotysięcznego obiektu. Więksi od nich potrzebowali pomocy (tu wspomnę chociażby zestaw Marillion + Mike & the Mechanics czy Fish + Ian Anderson), a tym bardziej grupa prezentująca taką, dość specyficzną trzeba przyznać, muzę. Na stronie festiwalu po szybko pojawił się post, że supportem została brytyjska formacja Wille and the Bandits... i tyle. Nic więcej. Efekt był łatwy do przewidzenia: największa frekwencyjna wpadka w historii Doliny Charlotty.

Pogoda tego dnia nie rozpieszczała: było chłodno i pomimo zapewnień prowadzącego o pomyślnych prognozach, padało od początku do końca muzycznego wieczoru. Ten rozpoczął się od występu istniejącego od prawie 9 lat brytyjskiego zespołu Wille and the Bandits, któremu przyszło grać dla mocno rozstrzelonej po obiekcie publiczności. Brytyjskie trio na szczęście się frekwencją nie przejęło i zagrało jak dla pełnego obiektu: z pasją i prawdziwym ogniem. Otrzymaliśmy kawał porządnego grania, oscylującego w klimatach hard rocka, wyraźnie skąpanego w sosie z bluesa, no i z fantastycznymi popisami każdego z muzyków. Andrew Naumanna na perkusji chwalić trzeba za iście zegarmistrzowską precyzję. Matthew Brooks zachwycał grą na sześciostrunowym basie (jakież on dźwięki z niego wykręcał!), a lider, Wille Edwards, nie tylko fantastycznie śpiewał (genialne wykonanie "Four Million Days"!), ale też i dostarczał słuchaczom przepiękne solówki. Jego partie na elektrycznej gitarze hawajskiej niekiedy przypominały chwytające za serce popisy David Gilmoura na "The Division Bell". Zdecydowanie zespół, którym trzeba się będzie zainteresować.

Po cichu liczyłem na to, że jak na The Sisters of Mercy tuż przed występem gwiazdy publiczność cudownie zmaterializuje się zapełniając amfiteatr. Ale jednak powtórki z rozrywki nie było - pustki zmniejszyły się tylko trochę. Organizatorzy, w celu zamaskowania tragedii, zlikwidowali podział na sektory (lepiej późno niż wcale!) i zachęcili wszystkich do udania się pod samą scenę, aby nie zajęte przez nikogo miejsca aż tak nie kłuły muzyków w oczy. Los Lobos zachowali pełny profesjonalizm, dając trwający niemal półtorej godziny koncert. I choć złośliwi mogą powiedzieć, że powodem była transmisja na żywo w Programie III Polskiego Radia, a więc świadomość tego, że słuchają ich fani ambitnego rocka i fochy na pewno poszłyby w świat. Ja wolę jednak myśleć, że ich solidny występ wynikał z faktu, iż była to pierwsza wizyta grupy w Polsce i nie zważając na okoliczności, muzycy chcieli zostawić po sobie dobre wrażenie. No i trzeba przyznać, że pomimo niesprzyjających warunków dali z siebie... cóż, może nie wszystko, ale jednak wystarczająco, aby zaliczyć spotkanie z "Wilkami" do udanych.

Los Lobos obecną trasą świętują 45-lecie istnienia i przed jej rozpoczęciem zapowiadali, że urodzinowe koncerty składać się będą z dwóch, trwających 45 minut części: akustycznej i elektrycznej. W Dolinie Charlotty trochę tę zasadę nagięli. Występ rzeczywiście rozpoczął się mini-setem "bez prądu". Czwórka muzyków, wykorzystując tradycyjne wersje instrumentów (tak wielkiej gitary basowej w życiu nie widziałem) zaserwowali przybyłym zestaw kawałków, śpiewanych w całości po hiszpańsku i brzmieniem przypominającym meksykańskie pieśni ludowe. Kapela grała niczym klasyczni mariachi, a Louie Perez na jaranicie po prostu miażdżył (później na chwilę zasiadł też za perkusją). Po kilku kawałkach instrumentarium jednak się rozszerzyło, ponieważ pojawił się Steve Berlin na klawiszach, jak również (najmłodszy w stawce) Enrique Gonzalez, pełniący od 2012 roku rolę pałkera. Pozostali artyści zaczęli też zmieniać zabawki: tu pojawiła się na chwilę gitara elektryczna czy bas, tam akordeon (kapitalne "Kiko and the Lavender Moon") - nie można było się nudzić.

Im dalej w las, tym coraz większa ilość muzyków trzymała w swoich dłoniach wiosła podłączone do prądu, więc przejście do tego "elektrycznego" rozdziału odbyło się bez żadnych przerw i wrażenia, że mamy do czynienia z zupełnie różnymi kapelami - wydało się wręcz naturalne. W tej części koncertu poleciały przede wszystkim numery bardziej przebojowe i rock'n'rollowe, pokroju "Will the Wolf Survive" czy "Come On, Let's Go" Ritchiego Valensa. Publiczność, która już od początku znakomicie bawiła się pod sceną, jeszcze mocniej dała do pieca, wspólnie tańcząc i śpiewając - miło było oglądać takie obrazki. Cesar Rosas po każdym kawałku serdecznie dziękował przybyłym fanom za przyjęcie (a raz nawet przeprosił za to, że "lekko sknocili") i widać było, że to on pełni obecnie rolę lidera kapeli. Wiele numerów ciągnął też wokalnie, odciążając Davida Hidalgo - a to było akurat potrzebne, bowiem 64-letni, solidnej postury muzyk dość szybko się już męczy. O ile głos ciągle ma niezły, to pod koniec sił na jego wykorzystanie zaczęło mu brakować i nawet nieśmiertelną "La Bambę" trzeba było na obecnej trasie nieco spowolnić. No ale cóż, metryki oszukać się nie da.

Koncert Los Lobos okazał się miłym przeżyciem i ciekawym doświadczeniem muzycznym, gdyż usłyszeliśmy dźwięki, których w Dolinie Charlotty nigdy wcześniej jeszcze nie grano. I choć kapela nie zaprezentowała kultowego "Canción Del Mariachi", to wydanych pieniędzy żałować nikt nie powinien. Organizatorzy Festiwalu Legend Rocka muszą jednak pomyśleć nad tym, w jaki sposób poprawić formułę imprezy, aby w przyszłości obyło się bez takich frekwencyjnych wpadek. Od wielu lat piszę o tym, aby wrócono do trzech grup jednego dnia - być może to mogłoby się okazać rozwiązaniem? Przed startem wydarzenia na oficjalnym profilu na portalu Facebook pytano się również fanów o polskie legendy, które chcielibyśmy usłyszeć. I choć wielbiciele ambitnej muzy prześcigali się w wykopywaniu ciągle działających dinozaurów, to włodarze obiektu ze wszystkich tych sugestii... wybrali tylko jedną grupę. I to właśnie ta grupa przekonała mnie, aby udał sie na ostatni koncert w ramach 13. Festiwalu Legend Rocka. Ale o tym nieco później.


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 03.09.2019 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!