Festiwal Uwolnić Muzykę VIII



Festiwal Uwolnić Muzykę VIII
Środa Śląska - 26-27.07.2019 r.


Piekielny skwar, panował tego dnia panował na Dolnym Śląsku. Mieszkańcy od rana pracowali w pocie czoła. Wystraszeni przez miejscowych polityków i kapelana zabijali okna deskami. Ci który posiadali trzodę chlewną, spętali ją daleko za miastem w obawie przed, świniożernymi metalowcami. Najgorsze, że ich prosiaczki, a raczej ich nagie ryje mogły trafić na scenę, jako satanistyczne relikwie. Kto miał kury, gotował wczesny rosół. Koguty wykastrowano jeszcze tydzień wcześniej. Nawet nietoperze, które zaległy się w pobliskich krzakach, odfrunęły razem z bocianami, już po ostatniej edycji, w wielkiej trwodze i obawie o swoje głowy. Wzdłuż drogi wraz z wiatrem, przemieszczają się papiery i kupki śmieci. Nawet panowie z miejscowej oczyszczalni przestali filtrować ekskrementy. W nikłym powiewie wiatru nadciągało zło, skrzypiąc drzwiami na korytarzu plebanii. W Środzie Śląskiej uwalniano muzykę...

"Uwolnijmy muzykę" - to hasło podczas festiwalu w Środzie Śląskiej, padło z ust muzyków nie jeden i nie dwa razy. Te symboliczne słowa wypowiedział i Pan Piotr z Vader, rozpoczynając koncertowy set ale także, łamaną polszczyzną Sakis z Roting Christ, a więc największe gwiazdy festiwalu. W tym roku, nie chodziło tylko o przypieczętowanie formy festiwalu i jego znaku rozpoznawczego, ale o walkę o niezależność sztuki, muzycznej formy i sposobu ekspresji w spojrzeniu na świat. Niewiele brakowało, że ślepa cenzura, jaka tym razem miała miejsce w pięknej i malowniczej Środzie Śląskiej, pokrzyżowałaby nasze metalowe plany. Na szczęście zwyciężyła wolność, nie zaś zaściankowość miejscowych polityków. Tym niestety nie spodobał się plakat festiwalu, a zaproszeni goście wywołali oburzenie. Do bojkotu nawoływano także księża z ambony podczas mszy, a armia moherowych fanatyków chodziła wzdłuż drogi (bez nogi) i zbierała podpisy. Finalnie festiwal się na szczęście odbył, mimo że bez dotacji miasta. Wygrała wolność myśli oraz przekonań, ale słuch niesie, że podczas koncertu Rotting Christ, w miejscowym kościele, zgromadziło się pięćdziesięciu wiernych modląc się... o nasze dusze. Tyle, jeżeli chodzi o otoczkę, jaka powstała wokół festiwalu. Wypadało przytoczyć jak wyglądała sytuacja oraz pogratulować zaangażowania i motywacji organizatorom, którzy kontynuowali świetną tradycję miejscowego festiwalu, bo ten odbył się już po raz ósmy.

Ostatni tydzień lipca, zabukowałem na kolejną edycję Uwolnić Muzykę, na którym gościłem ostatnio dawno, bo w 2015 roku (relację z tamtego wydarzenia można przeczytać tutaj). Z tamtego koncertu pozostały miłe wspomnienia po występach Malachus, The Sixpounder, Obscure Sphinx czy Besides , fajnej organizacji i kilku zabawnych sytuacjach. Wtedy w Środzie Śląskiej gościłem tylko jednego dnia.

Każdego kolejnego roku, przybywało fajnych kapel w line-up'ie, i coraz większych gwiazd. W kolejnych latach na deskach w Środzie grali chociażby Christ Agony, Batushka czy Roman z Katem, ale wychodziło tak, że moje spojrzenie, skierowane było gdzieś indziej. W tym roku postanowiłem zawitać na dwóch dniach i to był strzał w dziesiątkę. Piekielny skwar, o którym wspomniałem we wstępie faktycznie panował, ale wydawał się nie przeszkadzać metalowej braci, których facjaty namiętnie chłodziły zimne trunki. Ich liczba wzrastała wraz z kolejnym koncertem. Najwięcej fanów zgromadził oczywiście koncert Vader pierwszego dnia, drugiego zaś na Rotting Christ było naprawdę dużo ludzi, co dobitnie pokazało, że organizacja zakończyła się pełnym sukcesem.

Po przyjeździe rozeznaliśmy się w sytuacji, zweryfikowaliśmy dostępne koszulki na pobliskich stoiskach, których było kilka. Checking nastąpił także, w miejscu smażalni kiełby i innych frykasów, gdzie sympatyczny Pan o pokaźnej posturze z pieczołowitością zajmował się grillem - widać właściwy człowiek, na właściwym miejscu. Tutaj drobna reprymenda do organizatorów - aby kupić jakąś szamę, trzeba było się przemieścić do miejsca zakupu biletów, zlokalizowanych zupełnie z drugiej strony, co nie było dobrym rozwiązaniem. Podobnie jak tylko jedno miejsce z browarem, gdzie tworzyły się duże kolejki, również rozwiązać można było nieco lepiej. Mimo tych niedogodności, widać było uśmiechnięte buzie, ponieważ koncerty jak i wykonawcy, prezentowali się bardzo zacnie. Zdążyliśmy zobaczyć Spatial, grający mieszankę doom i black metalu, nawiązujący klimatem nieco do My Dying Bridge czy też Moonspella. Zresztą zespół uraczył nas świetnie wykonanym i zaśpiewanym na dwa głosy coverem "Scorpion Flower", Portugalczyków właśnie. Co było zwieńczeniem bardzo udanego koncertu. Ze swojej strony zapraszam do zapoznania się z twórczością kapeli, która po kilku latach milczenia, wypuściła bardzo fajnie nagrany krążek "Continuum".

Po tym bardzo udanym koncercie, na scenie zameldowali się Panowie z Undertheskin, wzbudzając nie małe kontrowersje. Zespół wydawał się nie pasować do wszystkich zaproszonych kapel, które udało się zobaczyć podczas tych dwóch dni. Połączenie ich muzyki, to dość depresyjne i monotonne granie, poruszające się wokół metalowych dźwięków, a twórczością i wyglądem wizualnym, nawiązujący do gotów z 69 Eyes, muzycznie ukierunkowany w dźwięki zbliżone do Depeche Mode. Jeżeli chodzi o mnie, nie porwał mnie ten koncert, choć uważam, że odmienne stylistycznie zespoły są potrzebne na takich festiwalach, tym bardziej, że przecież uczestnicy dysponują różnymi gustami, a specyficzne podejście i flow kapeli, mógł się podobać.

Za to kolejny zespół sprawił, że buzia się uśmiechnęła, a serce zaczęło szybciej bić. Z jednej strony, ze względu na charyzmatyczną wokalistkę Margo Szkodę, która potrafi ryknąć jak cholera, z drugiej zaś dzięki bardzo fajnej muzyce. Wywodząca się z Wrocławia Moyra, funkcjonuje wokół melodyjnego death metalu, nawiązującego z jednej strony do In Flames z drugiej zaś do thrashowego grania, leżącego niedaleko obok amerykanów z Testament. Muzycznie, kojarzy się niewątpliwie z Arch Enemy, oczywiście ze względu na kobiecy wokal i wszechobecny growl. I mimo, że polska scena nie posiada zbyt wielu podobnych przedstawicieli takiego grania z kobietą na wokalu, Margo zarówno krzykiem, jak i wysokimi rejestrami, rozwala system. Angela czy teraz Allisa z wiadomej szwedzkiej kapeli, mogłyby się sporo nauczyć, i podkreślam to z całym przekonaniem. Cała kapela zaprezentowała się bardzo pozytywnie, dobry kontakt z publiką, a nieco efektów pirotechnicznych i trochę dymu, także nakręciły fajną atmosferę. Świetnie odegrany cover "Symphony of Destruction" Megadeth, sprawił, że zespół zaskarbił sobie serca fanów i kolejny w rozpisce Jarun, miał trudne zadanie do wykonania, aby przebić koncert Moyry. Sztuka ta się nie powiodła. Mimo klimatycznego i agresywnego grania z gruntu black-folk metalu w wykonaniu Jarun, który śpiewał po polsku, poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko.

Dopiero koncert Vader, który był wisienką na torcie tego dnia, wziął w posiadanie zgromadzonych sympatyków i nie odpuścił do samego końca. Pan Piotr i ekipa zaprezentowali się świetnie, zresztą kiedy oni świetnie nie wypadają? Przyzwyczaili Nas do tego już przez wiele lat, co ciekawe stale podnosząc koncertową poprzeczkę. Vader to koncertowy mistrz. Królewski Tygrys nie do zatrzymania, który pędzi przez rosyjskie mrozy nie zważając na nic, taranując swoją mocą całe rzesze T-34. Kapela moc i zasięg ma ogromny. Na scenie wypada rewelacyjnie i tak było i dziś. Nie wiem który to był mój koncert Vader, dwudziesty czy dwudziesty piąty, na pewno każdy kolejny tak samo dobry, a może coraz lepszy. Ta maszyna, mimo upływu czasu, wydaje się funkcjonować coraz lepiej. Sprawne zarządzanie i przywództwo Pana Generała, i trzymanie zespołu mocną ręką, wydaje się świetną receptą na sukces. Co najważniejsze, od zespołu bije energia i wielka chęć grania. To czuć w każdym kawałku, podobnie jak profesjonalizm i klasa, którą sobą reprezentują. Nie zabrakło super hitów jak "Sothis", "Black to the Blind" czy "Dark Age", ogrywanych prawie zawsze. Świetnie wypadły moje ulubione "Final Massacre" i "Epitaph", zaś "Sword of the Witcher" zabrzmiał bardzo fajnie, podobnie jak całe fantastyczne nagłośnienie koncertu. Było mocno, głośno i selektywnie. Gitary poruszały trzewia, czyli to co misie lubią najbardziej. Ognie fajnie podkręcały i współgrały z death metalowym walcem. Panowie szacun, gloria i chwała oraz bardzo niski pokłon. Reprezentanci naszego kraju zaprezentowali się tak jak nas do tego przyzwyczaili i był to najlepszy koncert festiwalu. Tu i ówdzie widać, było muzyków Rotting Christ, a Sakis osobiście zweryfikował jakoś koncertu Vader, kiwając z aprobatą głową. Od lat Panowie jeżdżą na wspólne trasy, razem tworzyli podwaliny pod muzyczną scenę, nić porozumienia musi być więc między nimi bardzo duża.

Emocje związane z pierwszym dniem sprawiły, że kolejnego dnia w Środzie pojawiliśmy się nieco później, meldując się na koncerty Tortharry i Sunnaty. Czesi zaprezentowali przekrój death metalowych dźwięków. Kapela powstała w 1991 roku, ale mimo to, są dla mnie anonimowi. Koncert w porządku, ale bez szału. Sunnata wypadła bardzo ciężko i miażdżąco. Mocne, nisko osadzone riffy, mocne uderzenia, kojarzące mi się jednoznacznie z Meshuggah, sprawiły, że pod sceną się zakotłowało. Ja zaś wpatrzony w dal, w zawieszeniu czekałem na gwiazdę drugiego dnia.

W końcu na scenie pojawili się wyczekiwani bogowie greckiego metalu, gromadząc największą publikę na festiwalu. Rotting Christ to jedna z moich ulubionych kapel, która wydal niedawno swój kolejny album "The Heretics". I choć kilku znajomych chwali sobie bardzo ten krążek, mnie nie przypadł on do gustu. Mimo to bardzo czekałem na nowe numery, mając cichą nadzieję, że mimo iż płyta mnie bardzo zawiodła, koncertowo zaprezentują się co najmniej dobrze. I tak właśnie było na żywo, czyli bardzo solidnie. Szczególnie fajnie wypadł "Fire, God and Fear". Czuć było siarkę i zło w złowieszczo melodeklamowanym "Apage Satana" i nie dziwie się, że ksiądz pleban z pobliskiej parafii chwycił się mocno za jaja (czy za to co tam ma) i powołał moherową gwardię obrońców, gdyż diabeł tańczył tutaj pod sceną. Diabelsko wypadł także mantryczny i super fajnie brzmiący na żywo "Grandis Spiritus Diavolos". Rotting Christ zagrał, prezentowany ostatnio często "Societas Satanas", którym Sakis nawiązywał do swojej młodzieńczej twórczości. Nie brakowało także żelaznych szlagierów z początków działalności kapeli, takich jak choćby "Non Serviam".

Koncert skończył się bardzo szybko, choć trwał dłużej niż ostatnio w Katowicach na którym byłem (fenomenalny koncert, ale o zgrozo tylko 50 minut... relacja). Teraz Grecy zaprezentowali około 80 minutowy set i odetchnąłem z ulgą, obawiając się że ekipie się już niezbyt, że tak to ujmę chce. Mając z tyłu głowy także to co wydarzyło się na nowym krążku. Sam koncert był świetny i warto było zobaczyć ich kolejny raz. Na koniec miałem i tak spory niedosyt, wciąż czekając na moje ulubione kawałki, których jednak tym razem nie było.

Podsumowując festiwal był bardzo udany, podobnie jak dobór kapel. Gwiazdy nie zawiodły, dając świetne koncerty, a ja bawiłem się wyśmienicie. Organizacyjnie można by się przyczepić, że w 2015 roku scena była ustawiona w lepszym miejscu, ustępując teraz namiotom, których i tak zbyt dużo nie było i można rozwiązać to inaczej. Koncentrując się na zapewnieniu jak najlepszych wrażeń, gdyż obecne rozmieszczenie między zameczkiem a betonowym płotem, jest nieco klaustrofobiczne. Podobnie jak kartki na kiełbasę i jeden piwny wodopój do którego ustawiały się kolejki. Są to jednak drobne niedociągnięcia, a całościowo festiwal pozostawił dobre wrażenie. Z pewnością, jeżeli kolejna edycja przyniesie kapele pokroju Vader czy Rotting Christ pojawię się tam za rok. I każdego do tego zachęcam.



Autor: Patryk Sochan

Data dodania: 07.08.2019 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!