Hellfest Open Air 2019



Knotfest Meets Hellfest
Hellfest Open Air 2019
Clisson, Francja - 20/23.06.2019 r.


Od kilku lat po głowie chodził mi pomysł, żeby wybrać na jakiś inny duży festiwal, obok Wacken Open Air. Do Niemiec jeżdżę bez przerwy od 2005 roku i widziałem jak ta impreza się rozrastała i ewoluowała. Ale nie miałem porównania z innym miejscem, więc sobie obmyśliłem odwiedziny gdzieś indziej. Były przymiarki 2-3 lata temu do Graspop Metal Meeting, ale nie wyszło. Rok temu na powrocie z Wacken pojawił się pomysł Hellfestu. Od słowa, do czynów i rozpoczęło się "kombinowanie". Znajomi kilka lat temu tam byli i wstępne rozeznanie było. Największym problemem jest odległość i związana z tym podróż. Z Wrocławia do Clisson jest jakieś 1700 km, więc wyprawa samochodowa, to niezła mordęga. Ale, ale... no właśnie. Zawsze trzeba szukać opcji, kombinować i sprawdzać różne scenariusze. Okazało się, że przy dobrym ogarnięciu i zaplanowaniu można sprytnie tam polecieć samolotem. Wrocław-Londyn-Clisson. Oczywiście tanie linie lotnicze i niewygórowany koszt. Z naszych wyliczeń wyszło, że zdecydowanie mniej zapłaciliśmy w naszej opcji, niż gdybyśmy cisnęli tam samochodem. O wygodzie i komforcie już nie wspominając.

Elegancko nam się złożyło dodatkowo to, że przed samym Hellfestem (dzień wcześniej) odbyła się impreza KnotFest. To objazdowy zestaw ze Slipknot na czele. Wpasowało się nam w loty, bo (Slip)Knot odbył się w czwartek (piątek-niedziela to Hellfest), a my we Francji byliśmy w środę o 15-tej. Lądowaliśmy w Nantes, więc postanowiliśmy zaszaleć i zostać na noc w tym miasteczku i trochę pozwiedzać. Przecież nikt specjalnie nie wybierze się do tej miejscowości, prawda? Miasto swój urok ma, świetna komunikacja i ładne zabytki. Podczas zwiedzania zaczepił nas jakiś "tubylec" na rowerze, i widząc nasze koszulki zaprosił nas na darmowy koncert w jakimś lokalnym klubie. Niestety nie dotarliśmy, bo wygrało zmęczenie i chęć odpoczynku. Na nogach byliśmy od wczesnych godzin porannych (ja wstałem o 4 rano). Czwartek to półgodzinna podróż pociągiem do Clisson i już można było poczuć klimat festiwalu. Mnóstwo ludzi jadących w to samo miejsce i to oczekiwanie "cóż to przyniosą kolejne dni". Mały spacer przez upalne Clisson (śliczna mieścinka ze starym zamkiem w tle), rozbicie obozowiska (w cieniu!!) i ruszamy na teren festiwalu. Trzeba ogarnąć formalności, no i za kilka godzin pierwsze koncerty w ramach KnotFest.

Jeszcze przed pierwszym koncertem robię szybki rekonesans po festiwalowym terenie i dosyć szybko załapuję "z czym to się je". Wszystkie sceny są dosyć blisko siebie dwie główne na samym końcu obszernego placu, a bokiem stoją cztery namioty (trzy obok siebie), w których umieszczono kolejne sceny. Jest jeszcze zakątek futurystyczno-apokaliptyczny, oraz mini scenka w festiwalowym miasteczku. Na niej najczęściej jakieś wygłupy się dzieją i generalnie nic tam ciekawego dla mnie nie było. Wszystko co najlepsze skupiło się w czterech namiotowych i dwóch głównych. Szybko muszę kończyć zwiedzania "miasteczka" w którym oczywiście spory wybór jedzenia, muzycznych gadżetów, płyt, i tego typu atrakcji. Był nawet... fryzjer (serio!). Za bardzo nie miałem czasu wszystkiego pooglądać, bo już na głównej scenie hałasował Sick of it All.

Amerykanie całkiem przyjemnie zagrali tą swoją muzyczną mieszankę. Było głośno, było mocno, było momentami punkowo, czyli hardcore pełną gębą. Oczywiście nie jestem fanem tego zespołu, ale te kilka numerów przeleciało całkiem sympatycznie. Spore zaangażowanie muzyków na scenie, ale to w tego typie muzyki norma, więc dodatkowy plusik wpadł. Ogólnie "pierwsze koty za płoty" wypadły przyzwoicie.

Kolejna pozycja w festiwalowej rozpisce to... konferencja prasowa z Amon Amarth. Zespół stawił się w komplecie o opowiadał o nowej płycie zatytułowanej "Berserker", która na sklepowe półki trafiła na początku maja. Konferencja upłynęła w luźnej atmosferze, jak wiadomo muzycy Amon Amarth są wyluzowani i bardzo sympatyczni. Konkretów za wiele nie było, ale przynajmniej kilka zabawnych tekstów poszło. Po konferencji dosyć elektryczna obsługa szybciutko wyprosiła zespół poza namiot prasowy. Dziwny zwyczaj, bo na Wacken zespół przeważnie pozostaje do dyspozycji dziennikarzy przez dłuższą chwilę, a tu taki psikus. Na szczęście na pewniaka wychodzę za muzykami, a ochroniarz gapa nie zauważył, że nie mam opaski foto. A to był właśnie czas dla fotografów, żeby jakieś zdjęcia sobie porobili. Ja chciałem tylko dać do podpisu Johanowi nasze wspólne zdjęcie, no ale skoro już muzycy czekają na nieporadnych fotografów, to skorzystałem z okazji i też sobie coś tam pstryknąłem. Fotka również podpisana, więc wszystko się zgadza.

Prosto z konferencji udałem się pod główną scenę, bo tutaj za chwilę swoje misterium odprawi nasz Behemoth. Szczerze - nie był to najlepszy występ naszych rodaków jaki widziałem w życiu. Powiem nawet, że uplasowałby się gdzieś w dolnych rejonach. Początek koncertu o 18:45, czyli w pełnym świetle, tylko 45 minut czasu antenowego i jeszcze w dodatku nie najlepsze nagłośnienie. Zespól oczywiście na scenie dawał z siebie wszystko, a samo show było rewelacyjne. Niestety okoliczności przyrody lekko popsuły odbiór tego widowiska. Usłyszeliśmy osiem numerów z czego pięć było z dwóch ostatnich płyt. Oczywiście o jakichś starociach nie było mowy. Dzień później spotkałem Nergala w namiocie prasowym, chwilkę pogadaliśmy (był lekko zdziwiony, że polska prasa jest obecna) i na uwagę o słabszym brzmieniu żachnął się "echh te festiwale open air".

Po koncercie naszych black metalowców czas na druga konferencję prasową tego dnia. Tym razem... Sabaton. Ci jak zwykle z wielką pompą, bo zaprosili kilkunastu przebranych "żołnierzy" z czasów Pierwszej Wojny Światowej. Efektowne wejście i po chwili melduje się i zespół. Tutaj już poro śmiechu było, bo Joakim to mega śmieszek i co chwilę rzucał tekstami. Czy to do dziennikarzy, czy też do kogoś z zespołu. Dowiedzieliśmy się, że przebrana ekipa żołnierzy będzie brała udział w koncercie. Ponadto dużo opowieści i historyjek o tworzeniu albumu "The Great War". Po konferencji sprytnie wmieszałem się w tłumek żołnierzy i udało mi się wymknąć poza namiot (ochrona 0, gumbyy 2) i na spokojnie wymieniam kilka zdań z wokalistą. Okazja fajna, bo niedawno udzielał nam wywiadu w którym poruszony został temat wspólnej fotki z 2009 roku. I po przypomnieniu mu o tym (chyba skojarzył o co chodzi) dałem mu ją do podpisania. Pośmiał się sam z siebie, ale fotka była robiona pod koniec imprezy, więc nikt już tam nie wyglądał kwitnąco...

Wracamy do muzycznych doznań i czas na kolejny koncert. Tym bardziej, iż na scenie już gra Rob Zombie i jego kolorowa ekipa. Muszę przyznać, iż sceniczna prezencja tej formacji jest bardzo ciekawa. Rob jaki jest, każdy wie, natomiast muzycy... heh... kolorowe wdzianka, pomalowane twarze, dosyć nietypowy image. Tym bardziej do muzyki jaką grają. A ta momentami była całkiem, całkiem fajna. Oczywiście były też chwile, gdy mi to zupełnie nie siedziało. Ale ja raczej nie jestem fanem takich alternatowno-industrialno-dziwacznych mieszanek. Były dwa numery White Zombie, było "Blitzkrieg Bop" z repertuaru Ramones, był też beatelsowy "Helter Skelter". Całkiem przyjemny (momentami) koncert, choć nie moja bajka.

Szybka zmiana sceny na sąsiednią i zaczynam ucztę na którą czekałem cały dzień. Nic nie poradzę, ale do Amon Amarth mam sporą słabość od dawien dawna. A tutaj jeszcze miałem mieć "niespodziankę", bo w tamtym momencie nie znałem jeszcze płyty "Berserker" i koncertowe wykonania nowych numerów były dla mnie pierwszym kontaktem. Ale zaczęli z grubej rury, jak to mają w ostatnich latach w zwyczaju: "The Pursuit of Vikings", "Deceiver of the Gods" i poprawka w postaci "First Kill". A na utrzymanie dobrego nastroju "The Way of Vikings". Jak dla mnie - dzień dziecka. Wieczór "za oknem", wiec oprawa tego koncertu była doskonała. Sporo pirotechniki, efektowne światła i perkusista siedzący w wikińskim hełmie, z obowiązkowymi rogami (których de facto nie było w rzeczywistości, ale ciii...). Wszystko to wyglądało oczywiście bardzo kozacko. Tym bardziej, iż zespół dawał z siebie maksa i doskonale wykorzystał godzinkę czasu antenowego. Z nowych numerów poleciały: "Crack the Sky", "Shield Wall" i "Raven's Flight" - pierwsze wrażenie było pozytywne. Szkoda, że nie zagrali "Mjölner, Hammer of Thor" - co mi ten numer siadł, to głowa mała. Po drodze jeszcze mieliśmy "Death in Fire" z płyty "Versus the World". Po nowych utworach poleciał świetny "Guardians of Asgaard", a po nim "Raise Your Horns", którego refren wbił mi się w głowę na kolejne trzy dni. Kończymy oczywiście nieśmiertelnym "Twilight of the Thunder God" z wielkim Mjolnirem na początku. Ten numer to kwintesencja koncertowego Amon Amarth. Ja to uwielbiam!

Dla mnie to był zdecydowanie koncert dnia. Ale moja wyjazdowa ekipa mówiła... za chwilę Slipknot, oni Ci skopią dupę. Jakoś nie byłem przekonany, bo jednak to nie jest moja muzyczna bajka i zupełnie nie czaję fenomenu takiej muzyki. Ale chłopaki z ekipy mówili, posłuchaj i zobaczysz, że to trafi do ciebie, przecież lubisz konkretny łomot. No lubię, ale taki poukładany łomot. Thrash metalowy, death metalowy, czy też black. Ale chłopaki z ekipy mówili - posłuchaj, to jest taki wpierd..ziel, że z kapci wyskoczysz. Już nie miałem sumienia mówić im, że Slipknota widziałem dawno temu.. hmm... MATKO... to był 2004 rok (aż musiałem sprawdzić w moich zapiskach!), czyli piętnaście lat temu. Metallica, Slipknot i Vader na Stadionie Śląskim w Warszawie. Wtedy ta muzyka mnie nie ruszyła i teraz też było podobnie. Po prostu nie moja bajka. Widowisko - przednie. Efektowna scena, sporo na niej ruchu... heh... pominę milczeniem temat ilości muzyków i rzeczywiście łomot był. Tylko taki, który do mnie zupełnie nie trafia. Ekipa po koncercie była zadowolona, znaczy koncert bardzo dobry. Wierzę im na słowo.

Pozostał ostatni akord Knotfestu, czyli Sabaton. Tutaj nawet chciałem zostać i odhaczyć ten występ, ale musieliśmy udać się ze znajomym do jego samochodu celem odebrania naszych bagaży, które w ten sposób podróżowały z Polski. Z Sabaton zaliczyłem ze 4 numery i w sumie było mocno przeciętnie, więc raczej zbyt wiele nie straciłem.

Knotfest w ten sposób dobiegł końca, czas na zasłużony odpoczynek i zbieranie sił na pierwszy dzień Hellfestu!

A ten zaczynamy od tradycyjnie francuskiego śniadania, czyli - bagietka, ser i wino. Na bogato. Pogoda doskonale gorąca, więc po raz kolejny dziękuję za możliwość przebywania w cieniu. To jest po prostu bezcenne. Nasze sielanka nie trwa zbyt długo, bo trzeba pomału się zbierać i wyruszać na teren festiwalu. Krótki spacerek i po chwili docieramy pod główną scenę na której produkuje się Angus McFife XIII ze swoją kolorową świtą. Znaczy się Gloryhammer ciśnie swoje niestworzone historie. Komedia niezła, ale muzycznie w jakiś sposób to się broni i posłuchać można. Skoczne melodie i sporo zabawy. Jak na koncert który rozpoczął się kwadrans po dwunastej w południe, to całkiem nieźle.

Po Gloryhammer na sąsiedniej scenie zagrała francuska formacja Black Rain. Hmm... tutaj taka ciekawostka - przez cały dzień na tej scenie grały tylko kapele z Francji. Świetna sprawa! A wracając do muzyki prezentowanej na scenie, to dosyć przeciętne to było. Typowy glam rock z elementami heavy, ale zupełnie grany bez polotu. Totalnie bez szału i nawet do końca nie dotrwałem.

Niecałą godzinkę później mam okazję odwiedzić jeden z koncertowych namiotów. Tak dla wyobrażenia - te namioty są większe niż większość klubów w naszym kraju, Kilka tysięcy ludzi się tam ulokuje. Tym bardziej, że boczne ściany w większość się otwarte i można nawet z sąsiedniego zerkać na scenę. A swoją drogą to genialny w swojej prostocie trik - dzięki temu, że nie ma bocznych ścian to jest cyrkulacja powietrza i nie ma ukropu. Na zewnątrz przecież jest totalna patelnia... Ale wracajmy pod scenę, bo na niej mieli i gniecie formacja Conan. Zniszczyli mnie we Wrocławiu gdy grali rok temu i tak samo było we Francji. Smoliście grany doom metal, gdzieś tam podlany stonerem. Masywne brzmienie, przester na full i można było odpłynąć. Miazga jak dla mnie.

16:45 - to była ta chwila i ten moment tego dnia na Hellfeście. To początek koncertu formacji Demons & Wizards na który czekałem niecierpliwie od dawien dawna. Co tu dużo mówić - od poprzedniego Wacken Open Air, gdy ogłoszono ich na edycję 2019. Te luksusy jeszcze przede mną, a w gratisie otrzymałem koncert na francuskiej ziemi. Niestety na tym festiwalu otrzymali zaledwie 50 (!) minut czasu antenowego... co bardzo mnie rozczarowało. na szczęście w Niemczech będą headlinerem i czasu będzie znacznie, ale to znacznie więcej. Tym bardziej, że będzie przygotowany specjalny koncert, o czym była mowa na konferencji prasowej... ale o tym za chwilkę, bo trzymamy się chronologii. Na Hellfest rozpoczęli od "Chant" puszczonego z taśmy i następnie poszedł "Rites of Passage". Na scenie personalne bogactwo - dwóch liderów i Ojców Założycieli: Jon Schaffer z Iced Earth i Hansi Kursch z Blind Guardian. Ponadto na gitarze Jake Dreyer (Iced Earth), a sekcja to Marcus Siepen na basie i Frederik Ehmke na bębnach (obaj z Blind Guardian). Muzycznie siedziało to doskonale. Szkoda tylko, że koncert w pełnym słońcu, bo klimatu zero. Zagrali pięć numerów z debiutu i trzy z "dwójki". A do tego... dwa covery: "Burning Times" Iced Earth i "Welcome to Dying" Blindów. Dosyć ciekawie wyszedł ten pierwszy, bo Hansi zupełnie w innym stylu go zaśpiewał. Dla mnie miazga to numery z debiutu: "Poor Man's Crusade", "Blood on My Hands", wspomniany "Rites of Passage", czy kończący całość "Fiddler on the Green". Jak dla mnie bajka, tylko za krótka... Ale jak wspomniałem wcześniej zostanie to nadrobione!

Prosto z koncertu Demons & Wizards pędzę do namiotu, bo tam już ciśnie Pestilence! Holendrów w życiu jeszcze nie widziałem na żywo, więc atrakcja dla mnie nie lada. Ależ oni cisną na żywo. Jest moc i petarda, że z kapci wyrywa. Ludzi niezbyt wielu, więc szybciutko loguje się pod barierką, a po chwili już przy niej. A na scenie mordują... ale co się dziwić jak większość seta to utwory z wybornej płyty "Consuming Impulse"! Zagrali z niej aż 7 kompozycji. Palce lizać. Kolejne trzy dołożyli z "Testimony of the Ancients" i klękajcie narody. Jedyny nowszy numer to był "Non Physical Existent" z ostatniej płyty "Hadeon" otwierający ich występ. A tak to mieliśmy podróż w czasie do lat 1989-1991. Dziękuję, dobranoc. A po koncercie miła niespodzianka dla mnie. Zespół się z nami żegna i gitarzysta Rutger van Noordenburg "dziękując" mi za barierkową zabawę pokazuje mi kostkę i wymownie daje znać, że mi ją rzuca. Zrobił to idealnie, i po chwili łapię ją bez większego problemu. Rutger robi duże oczy i śmieje się z mojej wprawy. No cóż, nie ukrywam, że już trochę tego złapałem na koncertach... Kilka godzin później przechodząc przez Press Area spotykam najważniejszą osobę w tej kapeli, czyli na mojej drodze stanął sam Patrick Mameli. Różne opinie o nim słyszałem, ale okazał się bardzo miłym i sympatycznym gościem. Pamiątkowa fotka, kilka słów rozmowy i pokazuję mu, że mam kostkę od Rutgera... a on ze śmiechem wyciąga z kieszeni swoją i daje mi ją ze słowami: "to masz teraz dwie". Zaraza! Czyż nie piękna sytuacja?

W międzyczasie gruchnęła wieść, iż zespół Manowar (miał być gwiazdą tego dnia) nie zagra. Serio! Ponoć przyjechali na miejsce i zaczęło się gwiazdorzenie (to ponoć już kilka dni wcześniej nawet), wymyślanie kwadratowych jaj i nie wiadomo czego jeszcze. Znaczy wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Manowar ponoć przeciągali linę do ostatniej chwili i koniec końców organizatorzy stracili resztki cierpliwości i podziękowali DeMaio i Spółce. W trybie ekspresowym dogadano Sabaton (choć tutaj już te kilka dni wcześniej było sondowanie, czy występ Szwedów jest możliwy) i tyle. Sabaton zagrał koncert, ale też z przygodami, bo Joakim stracił głos po trzecim numerze i koncert dośpiewali na zmianę gitarzyści Chris Rörland i Tommy Johansson. Fajna atrakcja dla fanów. Mi nie dane było tego zobaczyć, bo wybrałem dwa inne koncerty. Hmm... z Manowar też chyba by mi nie pykło... ale kto wie...

Ja tym czasem czekam w okolicy namiotu prasowego, bo wkrótce odbędzie się konferencja prasowa z Demons & Wizards. Bardzo ciekawy jestem co panowie będą mieli do powiedzenia na temat nowej płyty i dalszych planów tego projektu. No i mam pewną "niewyjaśnioną" sprawę z Panem Jankiem. Tyle razy mi czmychnął z przed nosa, a przecież nie mamy wspólnej fotki... No nic, może tym razem się uda. W skrócie jeśli chodzi o projekt: nowa płyta lada moment zostanie ukończona, planowana jest koncertówka w przyszłym roku, albo za dwa lata. Na Wacken (i jeszcze na innym festiwalu - przepraszam, ale zapomniałem jego nazwy) będą specjalne koncerty z rozbudowaną oprawą. Podejrzewam, że jakieś DVD się też trafi. Ogólnie Jon i Hansi sporo opowiadali i było całkiem wesoło. Wokalista przyszedł z usztywnieniem na kolanie i miał problemy z chodzeniem. Ogólnie jakiś taki wychudzony chłopina,.. mam nadzieję, że ze zdrowiem wszystko ok. Po konferencji elektryczna ochrona szybko wyprowadza Pana Janka poza namiot i tym razem nie chcą mnie wypuścić. No kurde... jak to... czyżby 2:1? Stoję przez chwilę przy tych drzwiach, ochroniarz niewzruszony i klops. Na szczęście Jon odszedł ze trzy kroki i sobie stoi. No to momentalnie wpadam na najprostsze z prostych rozwiązań. Zwracam się bezpośrednio do gitarzysty i pytam, czy może podejść na chwilkę. Ochroniarz robi duże oczy, Jon podchodzi i możemy chwilkę porozmawiać, oraz cykamy wspólną fotkę. Jeszcze "chwalę się" tatuażem z motywem okładki "Something Wicked this Way Comes", co Schaffer kwituje sporym uśmiechem i klepnięciem przybija piątkę z rysunkiem. Panie ochroniarzu - 3:1... Ha! A w międzyczasie Hansi z obolała nogą gdzieś tam zamarudził, kilka osób poprosiło go o zdjęcia i właśnie idzie do wyjścia przy którym stoję... no i pyk 4:1! Dziękuję, do widzenia. Trzeba lecieć, bo za chwilę na scenie namiotowej będzie zło i sporo jadu...

Venom Inc. to wcielenie (zła) tego legendarnego zespołu w składzie Demolition Man (bas i wokal), Mantas na gitarze i perkusista Kling. Do zeszłego roku bębnił u nich Abaddon. Ale to już historia. Muzycznie to jest boskie granie (ot nowość, prawda?). Płyta "Ave Satanas" siedzi mi w głowie bez przerwy i nie ma tygodnia, żebym do niej nie wracał. Trzy poprzednie koncerty w naszym kraju (Wrocław, Łódź, Katowice) rozwaliły mnie na łopatki. Teraz było podobnie. kilka utworów z płyty i większość coverów Venom. Co tu się działo się! "Black Metal", "Bloodlust", "Don't Burn the Witch", "Countess Bathory", "Rip Ride", "Lady Lust", "Witching Hour", czy "Live Like an Angel (Die Like a Devil)". Jakieś pytania? Witajcie w piekle i niech black metal was opęta. Miazga koncert. Utwory z płyty "Ave Satanas" też oczywiście miodzio! Bardzo dobry koncert.

Pięć minut przerwy i na sąsiedniej scenie zaczyna się opętany taniec z Possessed. A ci uraczyli nas sycie - pięć numerów z debiutu "Seven Churches" datowanego na 1985 rok. Poszło: "Death Metal", "The Exorcist", "Fallen Angel", "Evil Warriors" i "Pentagram". Dwa z dwójeczki "Beyond the Gates" (1986) i tyle samo z EP'ki "The Eyes of Horror", która ujrzała światło dzienne w 1987 roku. Czy ktoś chciałby coś dodać? Nie? To ja wspomnę, że były jeszcze cztery kawałki z nowiutkiego i pachnącego świeżością albumu "Revelations of Oblivion". Krótko mówiąc to była solidna szkoła klasycznego wpierd...zielu. Possessed rozwalili konkretnie i bez litośnie. Miazga!

Kolejne aż pięć minut przerwy i w kolejnym namiocie ciąg dalszy pożogi i zniszczenia. Panie i Panowie oto przed Wami kultowy Hellhammer. A przepraszam... hmm... "Tom Gabriel Warrior's Hellhammer Tribute Triumph Of Death". Wszak lepiej Panu Tomkowi się nie narażać, bo może nakrzyczeć i zwyzywać... ot taka moja mała "szyderka", ale rzeczywiście taka akcja miała miejsce. No nic, takie prawo gwiazdy... A ten "Tribute", to oczywiście hołd oddany temu co Hellhammer grał w latach 1982-1984. Kawał klasyki i korzeni black metalu. Niesamowitą sprawą było udać się w taką podróż i zanurzyć się w tym klimacie i atmosferze. Coś niesamowitego. Polecam oczywiście. Dostaliśmy też coś z epoki Celtic Frost, a był to numer "Visions of Mortality" z pierwszej EP'ki "Morbid Tales". To był najmłodszy numer w całym zestawie., bo wydany jesienią 1984 roku. Serio.

Po black metalowej uczcie przyszedł czas na kolejny łomot. Z klasyczną przerwą pięciu minut w sąsiednim namiocie rozpoczyna swoje przedstawienie Carcass. Brytyjczycy postawili na klasyczny album "Heartwork" z którego zagrali 4 numery i w równym stopniu na ostatni krążek ("Surgical Steel"). Swoją drogą panowie to już niebawem 6 lat od premiery stuknie. Trzy numery dostał stareńki (1991 rok) "Necroticism - Descanting the Insalubrious", a dwa kolejne - jeszcze starszy "Symphonies of Sickness". Mało? To z debiutu dokładamy "Genital Grinder". Taki oto oldschool pełną gębą. A Carcass na scenie to maszyna. Maszyna do zabijania. Maszyna do precyzyjnego zabijania. Precyzyjna maszyna do precyzyjnego zabijania. Mnie zniszczyli i dobili na kilka sposobów. To była godzina totalnej miazgi i zniszczenia. Klasa!

Jest pierwsza w nocy. Ja w nogach i głowie mam 9 koncertów tego dnia. Z tego ostatnie cztery ciurkiem i na kompletnym łomocie: Venom Inc., Possessed, Hellhamer (tak, wiem Panie Tomku) i Carcass. Pozostaje jeszcze jeden akt - King Diamond. Wychodzę z Carcass i raźno maszeruję pod główną scenę... Półautomat i jeszcze Carcass dudni mi w głowie. W połowie drogi, gdy już widzę scenę coś mi nie pasuje... cholera! Toż to Gojira ciśnie. Mój błąd, bo nie sprawdziłem w rozpisce która scena i jakoś tak instynktownie udałem się w kierunku tych głównych. No dobra, jak już to polazłem, to choć chwilę posłucham. Do tej kapeli robiłem dwa podejścia i nie siadło. Teraz tak sobie chwilkę posłuchałem i zaciekawiło... no ale jednak chęć zobaczenia Króla była większa. Ale do Francuzów kiedyś jeszcze sobie wrócę. A właśnie - to była wspomniana scena z zespołami gospodarza imprezy.

King Diamond - co tu dużo mówić - Legenda i tyle. Król, Mistrz i tego typu określenia są oczywiste. Charakterystyczna postać heavy metalu i autor wielu muzycznych pomników. Na Hellfest rozpoczęli europejską trasę i trochę to było widać. Muzycy czasami mieli "problem", żeby odnaleźć się w scenografii, ale to detal. Muzycznie King przygotował kilka rarytasów na ten i kolejne letnie koncerty: "The Lake", który ostatnio na żywo był grany w 1986 roku, "Behind These Walls" nigdy wcześniej nie grany! Dostaliśmy też nowy numer, opatrzony tytułem "Masquerade of Madness". Muzycznie świetna uczta, szkoda tylko, że człowiek już wyczerpany był i ta godzina z Królem była na resztkach oparów. Mocno to nie humanitarne tyle dobrych koncertów upchać w jeden dzień. A serio to naprawdę ledwo na nogach stałem i zmęczenie odbierało sporo radości z tego koncertu. Nie wspominając nawet, że to był drugi dzień cholernego upału. No ale cóż poradzić. Wraz z ostatnimi dźwiękami "Black Horsemen" zakończył się drugi dzień tego muzycznego maratonu. Sporym "pocieszeniem" był fakt, iż kolejny dzień zapowiadał się całkiem spokojnie i luźno. W planach do zobaczenia miałem tylko 6 zespołów.

Dzień numer dwa znacznie luźniejszy, bo pierwszy interesujący mnie koncert zaczynał się dopiero o 17:40. Wcześniej postanowiliśmy połazić po Clisson i zwiedzić to urokliwe miasteczko. A koncertowe doznania rozpocząłem od portugalskiego Moonspella. Nie był to porywający występ, bo zespół dostał 50 minut na scenie i wykorzystał... powiedźmy sobie, że średnio. Cztery numery z ostatniej płyty ("1755") niespecjalnie mnie zachwyciły. Szczerze? Nie mam specjalnie serca dla tego albumu. Na szczęście pozostała część setlisty (5 numerów) już była jak najbardziej w porządku. Oczywiście największy szał był przy "Full Moon Madness", "Opium" i boskim "Alma Mater".

Po namiotowym koncercie Moonspell na głównej scenie zameldował się Whitesnake. Hard rockowcy nie zawiedli swoich fanów i zaprezentowali solidny kawał grania. Dostaliśmy set złożony z (prawie) samych staroci, bo z najwnowszej płyty "Flesh & Blood" były tylko dwa numery. Pozostałe osiem to już klasyczne klasyki z obowiązkowymi: "Here I Go Again", "Is This Love", czy "Still of the Night". Zresztą Coverdale & Aldridge i wszystko jasne. Kawał historii rocka na scenie i świetnego grania.

Kolejna koncertowa pozycja w rozpisce to był Candlemass. A tutaj to już się działo się... No wokalu sam Johan Längquist, który został wyciągnięty z niebytu. A to przecież głos, który nagrał pierwszą płytę ("Epicus Doomicus Metallicus") tego zespołu. Powiem Wam, że w momencie jak zagrali "Solitude" to ciary miałem od stóp po sam czubek głowy. Niesłychana sprawa. A zespół nie oszczędzał dobrych wrażeń i zaserwował sporo staroci. Szkoda tylko, że mieli "tylko" godzinkę, bo jak dla mnie to ten magiczny koncert mógłby trwać drugie tyle. Cudownie było usłyszeć wspomniany "Solitude" i "A Sorcerer's Pledge". Z ostatniej płyty były dwa numery: "Astorolus - The Great Octopus" i "Black Trinity". Ale jedna te starocie z albumów "Nightfall", "Ancient Dreams" i "Tales of Creation" skradły show. No i sam Johan, który na scenie czuł się jak ryba w wodzie. W szczególności biorąc poprawkę, iż przez wiele lat nie udzielał się koncertowo. To był świetny koncert i chyba nie muszę zapewniać, iż chcę zobaczyć ich ponownie. Widziałem Candlemass z Marcolinem (2005), z Lowe (2010), z Levénem (2016), a teraz do kompletu dokładam Johana...

Totalnie rozwalony występem Candlemass udałem się pod główną scenę, gdzie już od kilkunastu minut grał Def Leppard. Nigdy jeszcze wcześniej nie miałem okazji zobaczyć Brytyjczyków, więc okazja była z cyklu "do wykorzystania". Całkiem fajne i przyjemne to granie na żywo, ale jednak po tym wspaniałym koncercie Candlemass nie mogłem się przestawić. Dlatego na spokojnie ze sporej odległości oglądałem i słuchałem popisów Def Leppard. Oczywiście czekając na największe "hity". Tak, taki ze mnie Janusz jeśli chodzi o ten zespół... ale swoje dostałem. Swoje, czyli "Let's Get Rocked" i sporo numerów (chyba ze 6) z płyty "Hysteria". Oczywiście z obowiązkowym "Love Bites", bo o takim "Hysteria" nie muszę wspominać. W skrócie - było miło, lekko i przyjemnie.

Kolejny zespół utrzymał ten klimat, bo czego innego można się było spodziewać po ZZ Top? Tutaj to już zupełnie odjazd w inną stronę. Sporo południowego grania i obowiązkowego bluesa. Tutaj to już nawet o "januszowaniu" z mojej strony nie ma mowy, bo znam dosłownie kilka numerów na krzyż. Ale... koncert był świetny! Ileż energii i pozytywności siedzi w tej muzyce. Taki "Sharp Dressed Man", czy "Gimme All Your Lovin'" zapierały dech w piersi. Panowie na scenie też pozytywni i mocno wyluzowani, a ja bawiłem się wyśmienicie. Na tyle, że ZZ Top wygrało z Dark Tranquillity, które to grał w tym samym czasie. Sam później byłem zaskoczony, że tak to wyszło. Po tych dwóch koncertach (ZZ Top i Def Leppard) złapałem taki przyjemny oldschoolowy nastrój i kolejny zespół wpisał się w niego doskonale.

Mowa tutaj oczywiście o Kiss. Heh... "Janusz part III" z mojej strony, o jakoś nigdy za Kissami nie szalałem. Wiadomo sporo numerów człowiek zna i ogarnia, ale żeby jakąś płytę w domu mieć to nie. Oczywiście jeszcze nie miałem okazji widzieć tego zespołu na żywo, więc okazja była doskonała. A sam koncert? No cóż to dużo powiedzieć - widowisko pierwszorzędne. Fajerwerki, ognie, wybuchy, światła, stroje, sam wystój sceny - bajka. Tego było takie nagromadzenie, że nie sposób było wszystkiego ogarnąć. Co chwilę coś wybuchało, paliło się, czy błyszczało. Po prostu najwyższa klasa kiczu i amerykańskiej przesady. Oczywiście piszę to wszystko w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Przecież to Kiss, za to ich pokochały miliony na całym świecie. Powiem więcej - taki koncert każdy powinien zobaczyć przynajmniej raz w życiu. Strona wizualna - perfekcyjna. Niestety jeśli chodzi o stronę muzyczną, to nie było już tak różowo (czy też glamour). Muzycy swoją robotę w miarę przyzwoicie wykonywali, tutaj bez zastrzeżeń. Jednak wokalnie... no właśnie. Paul Stanley najwyraźniej wspomaga się playbackiem (i to solidnych rozmiarów) i trochę to uwierało. Szczególnie było to słyszalne, gdy pomiędzy utworami coś mówił i różnica w głosie (w porównaniu do tego podczas śpiewu) była mocno zauważalna. Cóż... z drugiej strony to już zespół z tak ogromnym stażem, że można to wybaczyć. Bo jaka jest alternatywa? Brak koncertów? To też za chwilę się "wydarzy", bo to przecież ostatnie (hehe) trasa zespołu. Setlista bardzo przekrojowa i tutaj każdy znalazł coś przyjemnego dla siebie. Bardziej osłuchani w Kiss moi współfestiwalowicze coś tam chwalili, coś tam narzekali, czyli było bardzo dobrze. No ale mając taki obszerną dyskografię nie sposób wszystkich zadowolić. Ja osobiście byłem pod wrażeniem rozmachu i poziomu rozbudowania tego show. Podejrzewam, że już nigdy nie zobaczę takiego wielkiego widowiska jeśli chodzi o koncerty.

Nasycony wizualnie po Kissach wpadam jeszcze do namiotu zobaczyć koncert kończący ten dzień. A tam The Sisters of Mercy. Malutko ludzi pod sceną, a to przecież dopiero była pierwsza w nocy, ale klimat świetny. Miałem posłuchać kilku numerów, a jakoś tak wyszło, że zostałem do końca. Klimat na plus i bardzo fajne zakończenie tego interesującego dnia.

Dzień trzeci rozpoczynam od króciutkiego (ledwo 40 minut!) koncertu Death Angel. Szkoda, że tak wcześnie zaczynali (13:35) i zanim to wszystko się rozkręciło na dobre, to już był koniec. Nie lubię. A na scenie oczywiście ogień i petarda. Ten zespół nie zagrał przeciętnego koncertu, a widziałem ich już ósmy raz. Całkiem niedawno we Wrocławiu (gdy grali przed Arch Enemy), a w poprzednich dwóch latach też jakieś sztuki wpadały. Doszło już do tego, że basista Damien Sisson zaczyna mnie chyba pomału kojarzyć, bo jak tylko zerknął to od razu "przywitał" się z moją brodą. Ale fakt, że tak się jakoś ostatnio składa, że stoję od jego strony. A i mieliśmy okazję pogadać przez chwilę po którymś z wrocławskich koncertów. Z najnowszej płyty ("Humanicide") zagrali dwa numery - tytułowy i "The Pack", przed którym było intro z utworu "The Ultra-Violence". Szkoda, że nie pocisnęli go do końca... no ale 1/4 czasu by została wykorzystana... Po koncercie wpadł mi kolejny prezent ze sceny, tym razem Ted Aguilar sprezentował mi swoją kostkę. To już jest jakaś "nienormalna" tradycja. Wyobraźcie sobie, że od tego zespołu mam już w sumie... 13 (tak trzynaście!) kostek i jedną frotkę. Na osiem koncertów. Jakieś pytania?

Prosto z koncertu lecę do namiotu prasowego, bo tutaj za chwilę rozpocznie się konferencja prasowa z zespołem Testament. Znaczy stawili się tylko Chuck Billy i Eric Peterson. Szkoda, że nie pojawił się Steve DiGiorgio, bo fotkę z nim bym zapolował (z resztą już mam). A sama konferencja bardzo standardowa i w zasadzie nic ciekawego nie dowiedziałem się. Takie tam pitu-pitu w zasadzie. O nowej płycie coś tam wspominano. I tyle. Po konferencji szybka ewakuacja muzyków i w sumie dobrze, że Steve był nie obecny, bo szansy na spotkanie nie byłoby wcale. Tym bardziej, iż Chuck i Eric od razu wsiedli do samochodu i odjechali.

A godzinę później stałem przy barierce i chłonąłem muzykę Testament. A sam koncert bez większych fajerwerków i odjazdów. Jak zwykle było ciut przesadzone z głośnością, a na scenie tradycyjna petarda. Niestety tylko 50 minut i trochę mi brakowało do pełnie szczęścia. No ale jest jak jest i nie ma co narzekać. Kilka żelaznych killerow było: "Practice What You Preach", "The New Order", "Over the Wall", "Into the Pit", czy "Disciples of the Watch". Świetne zabrzmiał kończący imprezę "The Formation of Damnation". Był to też dzień urodzin wokalisty, więc publika gromko odśpiewała "Happy Birthday", co lekko wzruszyło Chucka. Miła chwila dla niego, to na pewno. Niesłychana akcja - podczas jednego z numerów przez publikę przesurfował fan na wózku inwalidzkim... Powiem Wam, że widziałem taki coś pierwszy raz i w niemałym byłem szoku. Podobnie jak muzycy na scenie. SZACUN!

Kolejna godzinka przerwy na odpoczynek i kolejne 50 minut z solidnym łomotem. Tym razem rozgniatał mnie Anthrax. I zaś podobna sytuacja jak z Death Angel. Całkiem niedawno widziałem ich we Wrocławiu i ponownie moje koncertowe szczęście się do mnie uśmiechnęło. Scott Ian po raz drugi postanawia obdarować mnie swoją kostką! Heh... A muzycznie? Moc jak to zwykle w przypadku tego zespołu. Króciutki set, więc same killery w zasadzie: "Caught in a Mosh", "Efilnikufesin (N.F.L.)", "I Am the Law", "Indians". Takie historie. A mi w głowie oczywiście pozostał "Antisocial". Ten numer jest obłędny w wykonaniu Anthrax. Bardzo fajny koncert i przyjemnie było patrzeć jak panowie bawią się na scenie. Szczególnie skory do zabawy był tym razem Joey Belladona. Wychodził na głośniki przed scenę i nawet raz pożyczył aparat od fotografa i pstrykał fotki publiczności...

Prosto z koncertu Anthrax poleciałem do namiotu, bo tam swój występ zaczyna formacja Vltimas. Sporo dobrego o tej muzyce już słyszałem i postanowiłem to sprawdzić w scenicznym boju. Jak ktoś nie zna, to wspomnę, że w składzie: David Vincent (ex-Morbid Angel), perkusista Flo Mounier z Cryptosy i gitarzysta Rune "Blasphemer" Eriksen z Aura Noir. Bas i gitara nieznani mi muzycy - znaczy można sobie sprawdzić kto to jest, ale i tak nic to więcej nie powie. Muzycznie - petarda na wysokim poziomie. Death metal z ciągątkami do black metalu. Świetnie to wszystko brzmiało i koniecznie muszę zapoznać się z płytą "Something Wicked Marches In" która wyszła jakoś w marcu. Z ciekawostek - zagrali cover "Black Sabbath" wiadomego zespołu.

Skończył grać Vltimas i w tym samym momencie w innym namiocie rozpoczął swój występ Emperor. Na szczęście namioty sąsiadują ze sobą, więc od razu się przeniosłem obok, żeby oddać hołd ekipie Ihsahna. Co tu dużo mówić... Emperor pozamiatał jak to ma w zwyczaju. Potężna dawka symfonicznego black metalu na najwyższym poziomie. Obłędne klimaty, które uwielbiam na żywo. Co w tej muzyce jest zaklętego, to ja nie chcę nawet wiedzieć. Ale po raz kolejny stałem jak oczarowany i chłonąłem to granie każdym porem skóry. Miazga i tyle. Godzinne misterium upłynęło jak jedna chwila i ze zdumieniem stwierdziłem, że to już koniec i nie będzie już nic więcej. Emperor zagrał 6 numerów z płyty "Anthems to the Welkin at Dusk" i kolejne trzy z "In the Nightside Eclipse", czyli ich standard z ostatnich koncertów. Dla mnie to jak najbardziej oczekiwany standard.

Po takiej dawce łomotu musiałem dłuższą chwilę odsapnąć. Ale nie ma lekko, bo za godzinę zmasakruje nas Slayer. Uchh... nie jest lekko, ale kto mówił, że będzie? Pokornie wędruję pod scenę i przy okazji mam okazję oglądać i słuchać jak Slash i Myles Kennedy wraz z The Conspirators grają ładne melodie. Całkiem to fajne było i zaskakująco pozytywne. Nie znam zupełnie ich twórczości, ale brzmiało to całkiem przyjemnie. Wisienką był oczywiście cover Guns 'N Roses, czyli "Nightrain". Z tej połowy ich występu muszę przyznać, że podobało mi się wszystko co grali.

No ale my tu gadu-gadu, a za chwile Slayer zrobi konkretny dym. Po gliwickim koncercie oczekiwałem powtórki i w rzeczy samej to dostałem. Setlista prawie, że identyczna, bo wypadł tylko "Blood Red", a "Evil Has No Boundaries" było grane jako drugie. Wizualnie - wiadomo. Muzycznie - wiadomo. Co tu dużo pisać. Kto był w Gliwicach, ten wie co się działo też w Clisson. Przy barierce spory ścisk i momentami (na początku) nie było wesoło. No ale czego innego się spodziewać? Slayer się żegna z nami i "Final World Tour" ma potrwać do końca tego roku. Co będzie dalej - zobaczymy. Ja się jeszcze z tym zespołem nie pożegnałem! Zobaczę ich za chwilę na Wacken. Oczekuję powtórki z obu tych koncertów (Clisson i Gliwice) i mam nadzieję to dostać. Strasznie smutny będzie moment, gdy tam wybrzmi ostatni dźwięk numeru "Angel of Death", bo będę miał świadomość, że prawdopodobnie ostatni raz słyszałem ten zespół na żywo. Ale wcześniej jeszcze raz będę się rozkoszował utworami: "Postmortem", "Mandatory Suicide", "Chemical Warfare", "Seasons in the Abyss", "Hell Awaits", "South of Heaven", "Raining Blood", "Black Magic", "Dead Skin Mask", czy wspomnianym wcześniej "Angel of Death". YEAH!

Zmiażdżony, sprasowany, zmasakrowany i zniszczony po Slayerze? Oczywiście. Czas na odpoczynek? Niekoniecznie. Jeszcze można coś z tego festiwalu wycisnąć. Dobrze się składa, bo w namiocie od 30 minut gra już Deicide. Mam chyba jeszcze "odrobinę" sił, więc odwiedzam ekipę Glena Bentona i daje się ponieść ich wizji death metalu. Jest rozpierdziel na całego i chyba innej opcji nie mogło być. Te kilka numerów które zdążyłem usłyszeć minęło niesłychanie szybko, a samo zakończenie to już bajka czystej wody: "Lunatic of God's Creation", "Sacrificial Suicide". Dwa siarczyste ciosy z debiutu "Deicide" wydanego w 1990 roku. Miodzio.

Totalnie wykończony i mocno zużyty zdobywam się na ostatni wysiłek. Została jedna opcja do posłuchania. Znaczy dwie, ale w tym samym czasie: Tool, albo Tormentor. Hmm... cóż wybieram Węgrów! A jak ktoś nie wie, to zespół w którym swoje pierwsze kroki na muzycznej scenie stawiał sam Attila Csihar znany na przykład z Mayhem. Muzyka Tormentor to jakaś przedziwna mieszanka black metalu i wielu różnych dźwięków. Wokalista momentami wyje, skowyczy i wydaje różne inne nieludzkie dźwięki. Niejednokrotnie wijąc się na scenie w jakimś chorym przedstawieniu. Dużo dziwnych rzeczy się dzieje podczas tego koncertu... jak na przykład okładanie rzemiennym pejczem pleców gitarzysty. Przyznam, że wyglądało to srogo gdy Attila tłukł swojego kolegę po gołych plecach. Co ciekawe Attila Szigeti jakby tym się nie przejmował i bez przerwy grał na gitarze. Miazga.

I to już był ostatni akt mojego uczestnictwa w festiwalu Hellfest 2019. Cóż mogę powiedzieć jeśli chodzi o podsumowanie? Świetna impreza, satysfakcjonujący skład (o niebo lepiej niż na Wacken!) i super organizacja. Festiwal dosyć kompaktowy, co jest sporym plusem, bo można szybko się przemieszczać miedzy scenami. Tak szczerze mówiąc to nie mam jakiegokolwiek powodu, żeby na coś pomarudzić. Jestem zadowolony w 100% i za rok będę chciał też tam pojechać... bo dlaczego nie?



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 30.07.2019 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!