 13. Festiwal Legend Rocka John Fogerty, Yellow Horse Dolina Charlotty, Strzelinko k. Słupska -29.06.2019 r.
Dziwny ten tegoroczny Festiwal Legend Rocka: bardzo długo czekaliśmy na odkrycie wszystkich kart trzynastej edycji... i w sumie dalej nie wiemy kto na niej zagra, mimo iż w zasadzie impreza już się rozpoczęła. Od dłuższego czasu znaliśmy tylko główne gwiazdy, które pojawić się miały w malowniczej Dolinie Charlotty. Tutaj nie można organizatorom nic zarzucić, bowiem aż trzy z nich nigdy wcześniej w Polsce nie występowały (John Fogerty, Foreigner, Los Lobos). Niestety o supportach przez długi czas było głucho (znaliśmy tylko RSC przed The Australian Pink Floyd, a po pierwszym koncercie ogłoszono Cheap Tobacco), a i same daty występów trochę z dupy. Zamiast tradycyjnego festiwalu mamy kilka osobnych koncertów w różnych terminach: jeden w czerwcu, dwa w lipcu i kolejne dwa w sierpniu. Żaden obok siebie, stąd też nawet stali bywalcy odpuszczają niektóre wydarzenia, ponieważ nie opłaca im się przebijać na nie przez pół Polski... I stąd też frekwencja na rozpoczęciu 13. Festiwalu Legend Rocka była jaka była.
Pierwszą gwiazdą "trzynastki" i jej swoistym klejnotem w koronie, był John Fogerty. Najpierw jednak, jako support, pojawił się polski, młodziutki zespół Yellow Horse (profesjonalnie zapowiedziany przez dziennikarza radiowej Trójki jako Lemon Horse). Grupa powstała w 2016 roku w Strzyżowie (woj. podkarpackie) i na swoim koncie posiada Ep'kę "My Little Girl" oraz krążek "Lost Trail" z 2018 roku. Trochę kręciłem nosem na wiadomość o wyborze właśnie tej grupy do otwarcia imprezy, ponieważ osobiście liczyłem na uhonorowanie jakiejś bardziej doświadczonej ekipy (SBB, Izotop, Kasa Chorych?), no ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. A polubić nam przyszło akustyczną grupę grającą taki rock'n'roll, wymieszany z muzyką... country. Otrzymaliśmy oczywiście zarówno kawałki szybkie, żwawe, takie żeby chwycić jakąś białowłosą to tańca, jak również covery westernowych klasyków, czy numery spokojniejsze. Nie były to w ogóle moje klimaty, ale słuchało się całkiem OK - zwłaszcza tych wolniejszych, bardziej klimatycznych kompozycji. Niestety Yellow Horse spędził na scenie tylko około 50 minut, więc na headlinera przyszło nam trochę poczekać...
Setlista:
01. End of the Line 02. Country Boy 03. I Still Wonder 04. Sanayka Stories 05. Afraid of Love 06. I Got to Go 07. My Little Girl 08. Lost Trail 09. Cindy 10. Fright Train 11. Dear Lord 12. Burning Love 13. Hello Mary Lou
John Fogerty to muzyk znany nie tylko z działalności solowej (9 albumów studyjnych) ale również z przewodzenia w latach 1967-1972 grupie Creedance Clearwater Revival, z którą wydał 7 krążków i niezliczoną ilość hitów z "Fortunate Son", "Proud Mary" czy "Have You Ever Seen the Rain?" na czele. Sama grupa trafiła do Rock and Roll Hall of Fame, natomiast Fogerty został uznany przez magazyn The Rolling Stone za 40. najlepszego gitarzystę wszech-czasów oraz 72. wokalistę - oczekiwania były wobec niego więc spore. Tuż przed 22 odpalono ogromne telebimy, mające zbudować klimat przed występem legendy: na ekranach wyświetlane były zdjęcia artysty z całego okresu jego muzycznej działalności. Od końcówki lat 60-tych z kultowym festiwalem Woodstock na czele, po czasy bardziej współczesne. Nie zabrakło też hitów z dawnych lat (m.in. "I Got You Babe" Sonny'ego i Cher czy "Born to Be Wild" Steppenwolf) oraz... dzieci kwiatów. Wśród publiczności pojawiła się bowiem para ubrana w hippisowskim stylu, tańcząca do starych numerów, zachęcająca przybyłych do wspólnej zabawy. Ta na dobre rozpoczęła się około 22:15.
Po krótkim filmie wprowadzającym na scenie pojawił się zespół, by rozpocząć od klasyka w postaci "Born on the Bayou" (z drugiego albumu CCR), a sam Fogerty wyskoczył z boku jakby lekko spóźniony. Wokalnie tego wieczoru był w całkiem niezłej formie, bardzo fajnie radząc sobie zarówno ze spokojniejszymi kawałkami pokroju "Lookin' Out My Back Door" czy "Who'll Stop the Rain?", jak i tymi nieco bardziej "rockującymi", jak na przykład "Run Through the Jungle" (numer wieczoru?). Wiadomo, w niektórych kompozycjach, zwłaszcza wymagających większej mocy ("Hey Tonight", "Rockin' All Over the World"), jego głos się spłaszczał, a pewne nuty bywały mocno niedociągnięte (tu troszkę pomagały chórki). No ale hej - jak na 74-letniego dziadka, i tak było naprawdę nieźle i tylko chyba totalny ignorant spodziewał się głosu jak dzwon. John sprawdzał się też jako instrumentalista: na trasę udało mu się nawet zabrać swojego cudownie odnalezionego Rickenbackera z 1968 roku, któremu za sprawą pewnych przeróbek zawdzięczamy charakterystyczne brzmienie z końcówki lat 60-tych - solówki na tym wiośle brzmiały doprawdy wybornie.
 Na setlistę składały się głównie kawałki Creedance Clearwater Revival, choć w środkowej części występu, nastąpiła interesująca sekcja coverowa, w której Fogerty postanowił oddać hołd grupom ery pierwszego Woodstocka. Był m.in. "With a Little Help From My Friends" The Beatles (choć z niepotrzebną sekcją dętą), żywiołowy "My Generation" zaśpiewany przez Tylera Fogerty'ego (ach, cóż za mocny głos!), skoczny "Dance to the Music" Sly & the Family Stone czy też symbol koncertu z 1969 roku, a więc hymn Stanów Zjednoczonych w interpretacji Hendrixa. Tutaj brawurowo wykonał go drugi syn Johna, a więc Shane Fogerty, udowodniając tym samym, że gwiazda wieczoru swój talent podzieliła iście Salomonowo: głos jednemu, umiejętności gry na gitarze - drugiemu. Tylko co otrzymała w takim razie młodziutka córka muzyka, Kelsy, której to zdjęciem też się w pewnym momencie John pochwalił?
Po wspominkach grupa wróciła do ciśnięcia hitami, lecąc od "Run Through the Jungle" (kapitalne wizualizacje w tle!), przez "Keep On Chooglin'", "Have You Ever Seen the Rain?" (publiczność dała tutaj radę), wesołego "Down on the Corner", fenomenalnego "The Old Man Down the Road" (genialna, częściowo improwizowana gra Shane'a, zakończona pojedynkiem na solówki z ojcem) aż do numeru-symbolu. Wystarczył tylko widok UH-1 Huey lecących nad wietnamską dżunglą i już wiadomo było, że przed nami kawałek bez którego nie może się obyć żaden film (albo i gra - patrz: "Call of Duty: Black Ops") traktujący o drugiej wojnie indochińskiej, a więc "Fortunate Son". Fantastycznie z tym numerem zgrano materiały archiwalne, w których pokazywano młodych ludzi, którzy trafili do Wietnamu: golenie na łyso, ostry trening, przebijanie się przez bujny las, napalm, miotacze płomieni i Fogerty śpiewający o tym, że "ma pecha, gdyż nie okazał się synem senatora" - coś co będzie się pamiętać długie lata. Po tej kompozycji obowiązkowa przerwa i bis: najpierw kultowy "Bad Moon Rising", a na deser nieśmiertelne "Proud Mary", zakończone konfetti i serpentynami. Lepszego zakończenia tego kapitalnego występu być nie mogło.
 Setlista:
01. Born on the Bayou* 02. Green River* 03. Solo na akordeonie 04. Lookin' Out My Back Door* 05. Susie Q (Dale Hawkins cover) 06. Who'll Stop the Rain* 07. Hey Tonight* 08. Up Around the Bend* 09. Rockin' All Over the World 10. I Heard It Through the Grapevine (Gladys & The Pips cover) 11. Long as I Can See the Light* 12. With a Little Help From My Friends (The Beatles cover) 13. My Generation (The Who cover) 14. Everyday People (Sly & the Family Stone cover) 15. Dance to the Music (Sly & the Family Stone cover) 16. Give Peace a Chance (Plastic Ono Band cover) 17. The Star-Spangled Banner (Jimi Hendrix cover) 18. Run Through the Jungle* 19. Keep On Chooglin'* 20. Have You Ever Seen the Rain?* 21. Down the Corner* 22. The Old Man Down the Road 23. Fortunate Son* --- 24. Bad Moon Rising* 25. Proud Mary*
* numery Creedance Clearwater Revival
|