Judas Priest
Ice Palace, Wilno - 03.12.2005 r.
Zespół Judas Priest miał 6 kwietnia 2005 roku zagrać koncert w katowickim Spodku. Niestety z powodu bardzo smutnego wydarzenia, do tego nie doszło. Pomimo różnych zapewnień i obietnic, w późniejszym terminie zespół także nie pojawił się w Polsce. Pozostało więc czekanie, lub wyprawa poza granice naszego kraju. Jak wiadomo, do zespołu powrócił Rob Halford i koncert "nowego - starego" składu to nie lada gratka dla każdego fana zespołu. I niespodziewanie pojawiła się szansa, na zobaczenie Judas Priest w pełnej krasie... Gdzieś tak na początku października przeglądałem różne strony internetowe. Na oficjalnej witrynie zespołu był news o 3 koncertach na początku grudnia w: Rydze, Tallinie i Wilnie. W mojej głowie zapaliło się "zielone światełko" i zrodziła się myśl: "Wilno 3 grudnia? Hmm, czemu nie...".
Od tego dnia zaczęło się "kombinowanie" z dojazdem do stolicy Litwy. Po sprawdzeniu na mapie odległości Wrocław - Wilno (ok. 820 km), opcja samochodowa odpadła. Okazało się, że są z Polski pociągi i PKS, także o dojazd byłem już spokojny. Był inny problem, a mianowicie bilet. Pojechać taki kawał drogi i nie mieć 100% pewności, że wejdę na koncert, to raczej marny pomysł. Ku mojej wielkiej radości okazało się jednak, że bez problemu kupiłem bilet na koncert (i to we Wrocławiu!), i jeszcze okazało się, że z Warszawy jest organizowany przejazd autokarem do samego Wilna. No nie powiem, ale to wszystko bardzo mnie ucieszyło i w znacznym stopniu ułatwiło organizację wyjazdu. Wtedy już wiedziałem, że będę na tym koncercie, choćby "świat palił się i walił". Jakiekolwiek wątpliwości zostały rozwiane. Judas Priest to dla mnie jeden z ważniejszych zespołów (obok Accept, Iron Maiden, czy też Running Wild), to kapela, która kształtowała mój muzyczny gust. To kapela, dzięki której słucham takiej muzy, a nie innej. Zresztą wystarczy spojrzeć w dyskografię grupy. Przecież ten zespół "tworzył" heavy metal. Płyty takie jak: "Killing Machine", "British Steel", "Screaming for Vengeance", "Defenders of the Faith", "Painkiller" to słupy milowe muzyki, spod brzmienia heavy.
Raz w życiu miałem okazję zobaczyć Judas Priest na scenie. Działo się to w 1998 roku i miało miejsce w katowickim spodku, w ramach XIII edycji festiwalu Metalmania. Do Katowic pojechałem specjalnie dla występu Judas i po koncercie byłem bardzo zadowolony. Chociaż brakowało mi śpiewu Roba Halforda, to i tak Ripper sprawił się nieźle. Zresztą w tamtym czasie i tak dziękowałem Opatrzności za ten koncert. Przecież wiadomo, co działo się przez kilka wcześniejszych lat w obozie Priest. Jako ciekawostkę mogę podać, że wtedy na scenie zaprezentował się też zespół... HammerFall. Jako mało znany zespół na dorobku...
18 listopada miałem już bilet na koncert, a także na przejazd. Praktycznie wszystko miałem zaplanowane i zapięte na ostatni guzik. Zaczęło się wyczekiwanie i odliczanie dni. Na szczęście w międzyczasie odbyły się 2 inne koncerty (26.11 Helloween w Warszawie i 28.11 Exodus we Wrocławiu), więc to oczekiwanie szybciej zleciało. Nareszcie nadszedł upragniony 2 grudnia i moja "wyprawa" rozpoczęła się około 12.30. O tej porze wyszedłem z domu, godzinę później miałem pociąg do Warszawy. W stolicy melduję się około 20-tej. Tutaj spotkanie ze znajomymi, później odnajduję mój autokar i około północy wyruszamy w kierunku Wilna. Podróż mija w wesołej atmosferze, następuje szybka integracja wycieczki. Ogólnie jest dużo śmiechu.
Pod halą "Ice Palace" meldujemy się około 11-stej rano. Do koncertu pozostało jeszcze kilka godzin, więc wyruszamy pozwiedzać miasto. Zwiedzanie kończymy dosyć szybko w jakimś pubie, bo bardzo niska temperatura nie zachęca do chodzenia po Wilnie. Po małym "conieco" wracamy pod halę. Na godzinę przed jej otwarciem, dowiadujemy się, że wejdziemy wcześniej. Jakimś innym wejściem, a spowodowane to jest tym, że mamy inne bilety (polskie). Fajnie, będziemy pierwsi i zajmiemy sobie dobre miejscówki. Po wejściu na halę czekamy jeszcze przy drzwiach, na wejście na salę koncertową, do ok. 19.30. Ustaliliśmy też sobie, że zajmiemy miejsce przy barierce po prawej stronie. Tam gdzie przebywa Ian Hill i Glenn Tipton. Tak też się stało i w komplecie meldujemy się pod samą sceną. Tutaj rozglądam się dookoła, scena nie jest zbyt wielka, ale ścisku nie będzie. Natomiast sala do zbyt dużych też nie należy. Lodowisko do hokeja i dookoła trybunki, takie na 10-15 rzędów może. Pojemność oceniliśmy na jakieś góra 5 tysięcy ludzi. Zresztą nieważne, skoro i tak stoję przy samej barierce. To, co z tyłu, jest mniej ważne. Na barierce wieszamy dosyć sporą biało-czerwoną flagę z napisem "Hell Bent for Poland", a drugą trzymamy w rękach. Niedaleko nas druga rozwieszona polska flaga, a na środku sceny trzecia. Wiadomo, Polacy zawsze z przodu.
Ok 20.10 na scenie pojawił się support... no cóż przemilczę ten występ. Powiem tylko tyle, że to jakaś lokalna gwiazda, a wokalista swoim image i scenicznym zachowaniem osiągnął dno kiczu. Całe szczęście, że robił to wszystko na wesoło.
Na szczęście support gra krótko, jakieś pół godziny. Techniczni dosyć szybko posprzątali scenę, ostatnie poprawki, ustawienia sprzętu, sprawdzenie instrumentów i około 21.00 na scenie zamiera wszelki ruch. Zaczyna się "ostatnie odliczanie". A ja czuję jak adrenalina zaczyna szybciej krążyć w moich żyłach. Natychmiast zapominam o zmęczeniu, przestaję być senny... emocje zaczynają sięgać zenitu. Minuty ciągną się jak godziny, wszystko trwa jak na zwolnionym filmie. Dziesięć minut później w hali "Ice Palace" zapada ciemność. Jedyne delikatne światło oświetla metaliony, które są wkomponowane w scenę. Z głośników zaczyna sączyć się narastająca melodia, która płynnie zamienia się w "The Hellion". "A więc zaczęło się!" - to moja myśl w tamtej chwili. Na scenie pojawia się Scott Travis, który zasiada za zestawem perkusyjnym, umiejscowionym centralnie na scenie. Po chwili pojawiają się K.K., Glenn Tipton i Ian Hill. Niesamowitą wrzawę przerywa dopiero początek utworu "Electric Eye". Muzycy spokojnie stoją na scenie i grają swoje, czekając na Roba Halforda.
I oto jest, sam Metal God, który pojawił się w wielkim oku umieszczonym z tyłu nad perkusją. Ubrany w skórzane spodnie i płaszcz, na którym jest pełno metalowych blaszek. No i buty także z blachami, pewno jeden waży z 5 kg. Wygląda to dosyć efektownie i strasznie metalowo. Rob cały utwór zaśpiewał z miejsca, w którym się pojawił, reszta muzyków też raczej statycznie.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, gdyż pod samą sceną wszystko doskonale słychać, nic nie zanika, niczego nie jest za dużo. Brzmienie jest czyste, klarowne, no wręcz idealne. Naprawdę zaskoczyło to mnie w 100%, bo rzadko kiedy jest, aż tak doskonale.
Kolejnym utworem jest "Metal Gods". Judasowy hymn, który zawsze brzmi potężnie i dumnie. Niesamowicie mocno zabrzmiał ten kawałek. W czasie tego utworu Halford zszedł na "poziom zerowy" sceny, cały czas poruszając się takim ruchem niczym robot. Podczas tego utworu, po raz pierwszy koło nas, pojawił się Glenn Tipton. Oczywiście wykorzystaliśmy to i zademonstrowaliśmy nasze flagi. Uśmiech i puszczone w naszym kierunku "oczko"... i od razu człowiekowi zrobiło się milej.
Mija kilka kolejnych chwil i już słyszymy "Riding on the Wind", który został zagrany dosyć szybko, z pazurem i bardzo motorycznie. Bardzo lubię ten utwór, ale właśnie w wersji koncertowej i muszę przyznać, że czekałem na ten moment koncertu. Rob przez większość czasu skoncentrowany nad monitorem (prompterem), z którego odczytuje tekst. No cóż, każdy ma swoje słabości, nawet Metal God. W części instrumentalnej "odwiedza" nas właśnie On i mam możliwość spojrzenia z bardzo bliskiej odległości, na człowieka, który jest Legendą. Trzeba przyznać, że ma w sobie coś charyzmatycznego, wręcz magicznego.
Po krótkiej przerwie na wymianę instrumentów muzycy wracają na scenę, a wraz z nimi pojawia się intro kolejnego utworu. Charakterystyczna melodia, kościelne dzwony i już wiadomo, że to "A Touch of Evil". Wolniejszy kawałek, ale nie pozbawiony mocy. Wokale Roba robią na mnie (po raz kolejny) wielkie wrażenie. W tym wieku śpiewać tak mocno i czysto... normalnie respect! Jakoś ten utwór rozbudził Halforda, który zaczyna "żyć" tym koncertem, więcej przemieszcza się po scenie, już nie stoi z zamkniętymi oczami. Zaczepia publiczność, zachęca do śpiewania itp. Ja natomiast zaczynam wpadać "w odmienny stan świadomości" a serio, to czuję się niczym małe dziecko na karuzeli. Euforia i wielka radość.
"Breaking the what...?" LAAAW!! "Breaking the what...? LAAAW!! "Breaking the what...? LAAAAW!! Prawda, że znacie to? To był kolejny punkt programu. Z efektownym początkiem, a mianowicie pierwszy fragmentu utworu muzycy zagrali w ten sposób, że Halford grał na gitarze K.K., ten natomiast na wiośle Glenn'a, a ten z kolei na basie Hill'a. Ot, taki przekładaniec. Utwór jest zagrany ultraszybko, a publika wykrzykuje każdą linijkę tekstu. Podczas drugiego refrenu Tipton stanął na krawędzi sceny, na wprost mnie... i patrzy mi prosto w oczy. Razem wykrzykujemy refren utworu, po czym słyszę jak głośno mówi "kaman..." i ponownie wykrzykujemy "Breaking the Law...", "Breaking the Law...". Glenn uśmiecha się z zadowoleniem i odchodzi, a po moich plecach wędrują ciarki. Coś niesamowitego, pierwszy raz przytrafiła mi się taka historia. A przecież nie na jednym koncercie stałem przy samej barierce. To był magiczny moment tego wieczoru. Coś niesamowitego i niezapomnianego...
Z tyłu sceny pojawiła się wielka okładka ostatniej płyty Judas Priest ("Angel of Retribution"), czyli znak, że czas na coś nowego. I otrzymaliśmy "Judas Rising" i "Revolution". Pierwszy wyszedł fantastycznie. Podczas wstępu do tego utworu Halford "wyjechał", z pod sceny, w oparach dymu i ognia. Bardzo efektownie to wyglądało. A sam utwór zagrany bardzo drapieżnie i szybko, robi niesamowite wrażenie. To był jeden z lepszych fragmentów koncertu. Natomiast singlowy kawałek, który niezbyt lubię, wypadł... o niebo lepiej niż na płycie. Ale i tak nie przekonałem się do takiego grania. Prawie cały czas przyglądam się basiście, bo Halford machający flagami (niczym Dickinson w "The Trooper") nie robi na mnie większego wrażenia. Ian Hill stoi cały czas na wprost mnie, przez cały koncert nie rusza się zbytnio, jakby był przyklejony do swojego odsłuchu.
Kolejny Judasowy hymn "I'm A Rocker". Podczas refrenów - publiczność w roli głównej. Muzycy zachęcają do jeszcze większego wysiłku i wspólnej zabawy. Nikt się nie oszczędza, zresztą nie sposób stać i tylko spokojnie się przyglądać. Taki koncert, takie utwory "chłonie się" każdym zmysłem.
Po zakończeniu tego kawałka muzycy schodzą na chwilę ze sceny, na której pojawiają się akustyczne gitary. I już wiem, że kolejnym utworem będzie "Diamonds and Rust". Cudownie zagrany, cudownie zaśpiewany. Coś niesamowitego, a ja czułem jakby przeze mnie przepłynął prąd. Stałem oniemiały, bez ruchu i chłonąłem każdy dźwięk, każdą nutkę i każde słowo jak gąbka wodę. Ten kawałek wyszedł po prostu genialnie i pięknie. Niesamowite są te natchnione wokalizy Halforda.
Niewiele gorzej wypadł "The Green Manalishi (with the Two-Pronged Crown)". Tutaj mieliśmy okazję pośpiewać sobie takie charakterystyczne "oooo....oooo....ooooo....". Halford nie ma litości i nie pozwala... nie śpiewać. Prawda jest taka, że wszystkim to się podobało. A ja zaczynam powoli czuć, że wysiada mi gardło. Nie ma czasu rozczulać się nad sobą, bo jako kolejny poleciał "Turbo Lover". No i teraz moje gardło jest już totalnie zdarte. Ale czy to jest jakiś problem? Utwór wyszedł całkiem dobrze, hmm.... nawet bardzo mi się podoba, taka bardziej "gitarowa" wersja.
Halford dosyć zdawkowo zapowiedział "Hellrider", to i ja powiem krótko. Moc, energia, ogień, masakra... Ten kawałek, to istny koncertowy killer (i to nie "Pain"). . Po raz kolejny jestem pod wielkim wrażeniem śpiewu Roba. Mocne, soczyste wokale przyprawiają o gęsią skórkę. Gitarowe riffy K.K. i Tiptona tną niczym skalpel chirurga, a perkusja Travisa napędza tą całą machinę. A jeszcze swoje "trzy grosze" dokłada Hill. Jak dla mnie to jeden z jaśniejszych punktów tego koncertu. "Czapki z głów!". Po takiej dawce energii i ognia musi nastąpić lekkie zwolnienie. I tak dokładnie się dzieje. "Victim of Changes" pozwala troszkę odetchnąć i ochłonąć, lekko zregenerować siły i nabrać trochę energii. W sumie dobrze, że ten utwór jest taki długi.
Ale to wszystko i tak "na nic". Jedno, jedyne słowo Halforda... "Painkiller", oraz kanonada Travisa na perkusji powoduje eksplozję radości. To co działo się przez kilka kolejnych minut nie sposób opisać. Jedno wielkie szaleństwo. Drę się wniebogłosy, wykrzykuję kolejne słowa tekstu... zachowuję się jak w jakiejś ekstazie. Niewątpliwie było tak: "Terrifying Scream", "Faster than a Lazer Bullet" i "Louder than an Atom Bomb". Niesamowicie zagrany i wspaniale wyśpiewany (ach te screamingi!!). Nie mam więcej pytań! No cóż... spełniło się coś, o czy marzyłem przez lata: stoję przy barierce, a na scenie Rob Halford i reszta Judas Priest raczy mnie utworem "Painkiller". Koniec utworu, a ja praktycznie ledwo stoję na nogach... a jeszcze z tyłu, co chwilę ktoś wpada na mnie. A to taki zabawny koleś, dosyć mocno "wstawiony", który po każdym utworze domagał się "Painkillera". No i po tym utworze oczywiście... nic się nie zmieniło. Hmm... chyba niewiele zapamiętał z tego koncertu...
Tymczasem muzycy opuścili scenę. Oczywiście cała hala domaga się "bisów" i powrotu Judas Priest. Chwilę to trwa i muzycy pojawiają się na scenie i zaczynają grać "Hell Bent for Leather". Halford wjeżdża na swoim harley'u i szaleństwo zaczyna się od nowa. Podczas przerwy przed bisami, ustalamy, że refren tego utworu będziemy śpiewać tak, jak mamy wypisane na fladze. Czyli zamieniamy "Leather", na "Poland". Jest nas kilka osób w pobliżu, to i nasze śpiewy muszą być słyszane. Przed drugim refrenem, do naszego "polskiego kącika" podszedł Glenn Tipton. Tajemniczy uśmiech i ogniki w oczach sugerowały, że coś wymyślił ciekawego... no i dokładnie tak było. Glenn sprawił nam ogromną frajdę i radość, gdyż całkiem spokojnie odśpiewał razem z nami "Hell Bent for Poland!!". Po czym wyraźnie uradowany wrócił na środek sceny. A ja z szeroko otwartymi oczami i szczęką w okolicach kolan, stałem jak zaczarowany. Normalnie niezłe jaja.
Kolejnym "bisem" był nieśmiertelny "Living After Midnight", oczywiście wyśpiewany przez wszystkich zgromadzonych w hali. Pod koniec utworu Halford pozwolił sobie na odrobinę szaleństwa i kilka razy przebiegł całą scenę wszerz. Fajnie to wyglądało jak w płaszczu i tych wielkich butach zawracał w pełnym biegu. Muzycy żegnają się z nami i schodzą ze sceny. Hmm... czyżby to był już koniec tego koncertu? Nie... chwila... czegoś jeszcze brakuje... a gdzie zabawa Roba z publiką? No oczywiście, musi jeszcze być "You've Got Another Thing Comin'". Pojawia się Metal God i przez kilka minut trwa zabawa w powtarzanie zadanych tematów. Trzeba przyznać, że Robowi pomysłów nie brakuje i wymyśla ciekawe dźwięki. Momentami jest bardzo wesoło. Wreszcie pojawia się reszta muzyków i grają ostatni utwór koncertu. Pod koniec jeszcze trochę zabawy z publicznością, dłuuuugo przeciągane zakończenie i nieubłaganie nadchodzi moment ostatecznego pożegnanie się z muzykami. Rob, K.K., Glenn, Scott i Ian kłaniają się, dziękują i wyrzucają w publiczność kostki i pałeczki. I schodzą nieodwołalnie ze sceny. Udaje mi się złapać kostkę od Hilla, co cieszy mnie ogromnie, bo bardzo chciałem mieć taką pamiątkę z tego koncertu.
Z tak wspaniałego koncertu... Muszę przyznać, że podczas tego koncertu wszystko było idealne. Dźwięk - no tutaj to było rewelacyjnie i perfekcyjnie. Przy samej barierce wszystko idealnie słychać, to marzenie na każdy koncert. Judas Priest w wspaniałej formie, widać było wielką radość grania. Niesamowity kontakt z publicznością. Niezapomniane chwile, takie jak podczas "Breaking the Law". Czy też w czasie innego utworu, gdy pokazałem Halfordowi biało-czerwona flagę, a Rob nie przestając śpiewać postukał się w okolicy serca, po czym przesłał mi... buziaka. Organizacja idealna, z niczym nie było problemów. Dodam, że w fosie przed sceną stał... tylko jeden porządkowy, i nie bardzo wiedział, po co tam stoi. Szkoda tylko, że u nas w Polsce tak to nie wygląda...
Po koncercie dłuższa chwilę zostajemy w hali, robimy sobie pamiątkowe fotki i żyjemy jeszcze atmosferą koncertu. Okazuje się, że każdy z nas, ma jakąś pamiątkę od muzyków. Całkiem nieźle. Wracam do autokaru i niebawem wyruszamy w kierunku Polski. Jestem tak wyczerpany i zmęczony, że ledwo zdążyłem wypić piwo przed zaśnięciem. Budzę się dopiero na granicy. Kolejne przebudzenie nad ranem, i widzę, że jesteśmy w jakimś mieście. Okazuje się, że to już Warszawa. Jest godzina 7.30. Doskonale, to zdążę na pociąg do Wrocławia o 9.30. I tak też się stało. We Wrocławiu melduję się ok. 14.30, a w domu jestem trochę po 15-tej.
51 godzin poza domem, ponad 1600 km przejechanych, dwie noce spędzone w autokarze. A wszystko po to, żeby zobaczyć niespełna dwugodzinny koncert. I wiecie co? Na taki koncert pojechałbym dwa razy dalej... ... dla tych wszystkich chwil, dla tych wspomnień, dla spełnionych marzeń, dla tego, czego nikt mi nie odbierze. "Hell Bent for Poland".
ps. kilka tradycyjnych pozdrowień: Gorthad & I.R. oraz Raul za "opiekę" w Warszawie, a także Wicker-Man (H.B.F.P.!!), Bloodsucker ("Heavy Metal Niedźwiadek" rules!), V-Brand (najmłodszy!), Priest i Da5id..
|