 Piekielny WOŚP The Sixpounder, Vane, HellHaven, Void of Sympathy Klub Zaścianek, Kraków - 12.01.2019 r.
Mój pierwszy tegoroczny koncert zaliczyłem 12 stycznia w krakowskim klubie Zaścianek. Odbyła się tam impreza nazwana "Piekielny WOŚP", na której zagrały zespoły The Sixpounder, Vane, HellHaven i Void of Sympathy. Dwa pierwsze już miałem okazję sprawdzić w koncertowym boju, a ostatnią znam z EP'ki "Lost In Thoughts", którą recenzowałem w zeszłym roku. HellHaven był dla mnie totalną niespodzianką.
Imprezę rozpoczął krakowski Void of Sympathy, który zaprezentował dosyć solidną robotę. Było ciężko, momentami melodyjnie i całkiem fajnie. Skład bardzo młodziutki i widać, że brakuje jeszcze scenicznego ogrania i pewności. Wokalistki dosyć umiarkowanie zagadywały dosyć licznie już zgromadzoną publikę. Trochę szkoda, bo widać było, że pod sceną sporo ich znajomych się zameldowało. Grając dla "swoich" fanów warto trochę się wyluzować i pobawić. Muzycznie dosyć solidnie i przyzwoicie. Do poprawy zachowania sceniczne i większy luz. Mam nadzieję, że to z czasem nastąpi. Na razie (po EP'ce i tym koncercie) zespół na lekki plusik. Trzymam kciuki za dalszy rozwój.
Po HellHaven nie wiedziałem czego się spodziewać. No i zaskoczyli zupełnie. Progresywne, pokombinowane granie przeniosło mnie w inny świat. Ależ ta muzyka jest odjechana. Muzycy zupełnie nie mają jakichkolwiek kompleksów i nie przejmują się jakimikolwiek schematami. Od klimatów, przez rock, dalej heavy i momentami gdzieś tam jeszcze brutalniej? Nie ma problemu. Orientalne odjazdy? Proszę bardzo. A za chwilę jakaś harmonijka, bo dlaczego nie? Do tego fantastycznie zaangażowany wokalista, który śpiewał całym sobą. Bardzo przyjemnie się oglądało i słuchało tego występu. Gdzieś tam muzycznie to nie do końca moja bajka, a HellHaven zaintrygowali. Przyznaję, iż ten występ przypadł mi bardzo do gustu. Było niebanalnie!
Trzecim zespołem, który zaprezentował się tego dnia na scenicznych deskach był krakowski Vane. Zeszłoroczna płyta "Black Vengeance" bardzo przypadła nam do gustu, a koncertową formę sprawdziłem na początku grudnia. Cóż... muszę przyznać, że oba te koncerty wspominam bardzo dobrze. W sumie ten wrocławski był bardziej żywiołowy, gdyż muzycy znacznie więcej ruszali się na scenie. Fakt, że w Zaścianku miejsca zbyt wiele nie było i ten animusz chłopaków dosyć szybko się ulotnił. Muzycznie petarda, to wiadomo. Kapitalnie te numery sprawdzają się na żywo. Taki "Born Again" to normalnie gniecie czachę. Świetnie też wypadło "Mutiny", a to jak na razie mój ulubiony numer z "Black Vengeance". Nie ukrywam, że cały występ Vane oglądałem i słuchałem z uśmiechem na gębie. Siedzi mi to granie nieziemsko i cieszę się, iż Mateusz z Robertem spiknęli się do wspólnego hałasowania. Mam nadzieję, że wkrótce znów zobaczę ten zespół na żywo. Na koniec mała uwaga do chłopaków. Kończcie występ z przytupem, jakimś konkretnym łomotem, bo "Sails" - fajny numer, ale na koniec zostawia średnie wrażenie.
Przed gwiazdą wieczoru odbyły się szybkie licytacje przeróżnych artefaktów. Wszystko działo się na scenie i udało się sprzedać wszystkie fanty przekazane przez zespoły. Wiadomo - szczytny cel, więc ludzie nie mieli problemu z wyciąganiem portfela. Fajna sprawa miała miejsce przy wejściu do klubu - impreza była biletowana i cały dochód został przekazany na WOŚP, a kasę za bilet wrzucało się od razu do puszki.
The Sixpounder to już uznana marka na naszym rynku. Koncertowo ten zespół też już swoje odegrał i to widać. Muzycy na scenie czują się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Bardzo fajnie ogląda się tę ekipę na żywo. Nie ma spiny, jest luz i rock'n'roll. No właśnie... ile kapel zdecydowałoby się grać na żywo numer... "Prawy do lewego"? Serio. Właśnie o to chodzi - totalny luz i zabawa. Może i nie do końca to moja muza, ale lubię posłuchać i pooglądać The Sixpounder na scenie. W Krakowie było tak jak zwykle - petarda, moc i dopracowane sceniczne detale. Zawsze na to zwracam uwagę i cieszy mnie, jak zespół też jest tego świadomy. Było ciężko, był groove, było też melodyjnie, no i nie brakowało wywalonego (heh... tak z 1/4 koncertu) jęzora wokalisty Filipa (hehe). Fajną robotę robiły słupy z dymu puszczane w rogach sceny. Elegancko to wyglądało, szczególnie jak muzycy wchodzili w ten dymny słup. Końcóweczka to tradycyjnie (od jakiegoś czasu) efektownie odegrany "Ace of Spades" wiadomego zespołu. Ogień! Ogólnie występ The Sixpounder na plus. Jak zwykle chciałoby się dodać.
"Piekielny WOŚP" - to była całkiem udana impreza i bardzo fajnie spędzony czas. Lubię wpadać na takie mniejsze koncerty, lubię taką kameralną atmosferę i mniejszą formę. Nie samymi zagranicznymi kapelami przecież metal stoi. Polecam czasem wybrać się do lokalnego klubu i posłuchać zespołów, które walczą o swoje, albo są na początku drogi. Każdy przecież zaczynał w małym klubie.
|