The European Apocalypse 2018



European Apocalypse 2018
Kreator, Dimmu Borgir, Hatebreed, Bloodbath
Hala Koło, Warszawa - 13.12.2018 r.


Aby solidnie zakończyć ten rok pod względem koncertowym postanowiłem udać się do Warszawy na polski przystanek trasy The European Apocalypse. Nie odstraszył mnie dość eklektyczny skład, organizacja wydarzenia w hali sportowej, kiepskie warunki pogodowe ani protesty rolników blokujących drogi. W czwartek, 13. grudnia wskoczyłem w swoją czerwoną strzałę i przebyłem 350 km nie mogąc doczekać się spotkania przede wszystkim z Bloodbath oraz Kreatorem. Mimo późnej pory w jednej z bocznych uliczek znalazłem jeszcze kawałek wolnego chodnika, więc licząc na pobłażliwość straży miejskiej w kwestii legalności mojego postoju nie traciłem więcej czasu i wkroczyłem po raz pierwszy w życiu do hali Koło.

Chwila na rozejrzenie się i już stałem pod sceną w skromnym wciąż tłumie. Cała scena skąpana była w czerwonym świetle, a z głośników, zamiast zwyczajowych metalowych szlagierów, leciały melodie żywcem wyjęte z kina grozy. Wszystko to miało na celu zbudować napięcie przed nadciągającą apokalipsą. W końcu światła zgasły, a Bloodbath zaczęli malować dźwiękami kwilącego dziecka oraz brzęczących much okładkę swojej ostatniej płyty pt. "The Arrow Of Satan Is Drawn", po czym płynnie przeszli do "Fleischmann". Odegrany następnie "Let The Stillborn Come To Me" przypomniał nam o czasach, gdy Nick nosił jeszcze brodę, a jedno z wioseł obsługiwał Per Eriksson. Oj, brzmiało to wybornie! Zespół, w myśl zasady trupy głosu nie mają, powstrzymywał się od zbędnych konferansjerek i zaczął przeplatać najnowsze dokonania ze starszymi szlagierami. Po kolei poleciały "So You Die", "Bloodicide", "Outnumbering The Day", Chainsaw Lullaby" oraz "Eaten" z wymiernym udziałem publiczności w refrenie. Cały występ rozgrzał mnie niesamowicie, ale zostawił spory niedosyt, więc mam wielką nadzieję, że zobaczę ich wkrótce z pełnym setem.

Po adeptach śmierć metalu na deskach scenicznych zaczął rozkładać się chyba najbardziej zaskakujący uczestnik trasy - Hatebreed. Nazwa obiła mi się nie raz o uszy, ale ich nieobecność w zasobach Encyclopaedia Metallum budziła spore obawy. I faktycznie, w zestawieniu wszystkich czterech zespołów Amerykanie, hołdujący mocno scenie hardcore, byli prawdziwym odszczepieńcem. W czasie niewiele dłuższym od poprzedników zmieścili dwa razy tyle kawałków, a dialogów z publicznością też było niemało. To właśnie była ich główna zaleta - wokalista Jamey Jasta to lider z prawdziwego zdarzenia i wie jak robić show. Szacunek także za przetrwanie całego występu w kurtce. Bardzo dobrze patrzyło się też na jego relacje z pozostałymi muzykami. Każdy został w którymś momencie wyróżniony. Widać gołym okiem, że są zgraną ekipą, jednak muzycznie to nie moja bajka. Zapamiętałem jedynie dwa numery - "As Diehard As They Come" i "Destroy Everything". Szkoda, że nie zainteresowałem się nimi jakieś 15 lat temu, wtedy mieli wielką szansę się przebić. Teraz, jeśli chodzi o sianie nienawiści, pozostanę przy drugiej płycie Children Of Bodom.

Przed częścią koncertu przeznaczoną dla Dimmu Borgir pod scenę napłynęło zdecydowanie więcej ludzi. Dało się zauważyć, że spora rzesza przybyła tam specjalnie dla nich. Doprowadziło to też do nieciekawej sytuacji. Grupka młodych fanów, pod naporem kilku starych wyjadaczy, musiała odstąpić im trochę miejsca przy barierkach. Nie spodobało im się to na tyle, że wezwali ochronę do ich usunięcia i jeden z bardziej krewkich agresorów naprawdę został stamtąd wywleczony. Pierwszy raz byłem świadkiem czegoś takiego. O tempora, o mores! Ale wróćmy do tego co najważniejsze.

Jeśli występ Hatebreed można było nazwać festiwalem spontaniczności, radości i dobrej zabawy połączonej z kopaniem tyłków zadziornymi dźwiękami, tak ekipa Silenoza i Shagratha zaprezentowała dokładnie wyreżyserowany spektakl bez cienia miejsca na indywidualne popisy. No, przynajmniej do momentu wkroczenia na scenę L.G. Petrova! Nie mam pojęcia skąd on się tam wziął, ale był niesamowitym powiewem świeżości. Wyobraźcie sobie tylko, cały skład Dimmu Borgir w nienagannie przygotowanym makijażu i jednakowych strojach wprost z zakonu diabła, a wśród nich on, z rozwianym włosem i spranym T-shircie, jak żywcem wyciągnięty z najpodlejszego baru warszawskiej Pragi. Ale za to, gdy włączył się wokalnie, nikt nie śmiałby zakpić sobie już z jego wyglądu. Ten facet ma moc!

Co do całokształtu swoich wrażeń, odczucia mam mieszane. Było na czym zawiesić oko, zestaw perkusyjny Daraya prezentował się obłędnie, mnóstwo świateł idealnie zsynchronizowanych z muzyką robiło robotę, a smaczki w postaci wyćwiekowanych słów na pasach gitarowych i kolczastego mikrofonu to prawdziwe majstersztyki, ale muzyka znów do mnie nie dotarła. Brakowało jej mięsistości, zapewne z winy nagłośnienia. Ludzie wokół też wyglądali na niepocieszonych i chociaż wspomniałem, że było ich sporo, to nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że większość całkowicie pomijała fakt, że promowana jest nowa płyta i czekała jedynie na "Mourning Palace".

Zejście Norwegów ze sceny zbiegło się z podniesieniem ogromnej czarnej płachty kompletnie zasłaniającej widok. Kreator szykował więc dla nas coś specjalnego i trzeba było poczekać kilkadziesiąt minut by się o tym przekonać. W końcu, przy akompaniamencie utworu "The Four Horsemen" Aphrodite's Child, na powstałym ekranie zaczęły wyświetlać się przeróżne sceny związane z walką, wojną i zniszczeniem, poczynając od starożytności, aż po czasy współczesne. Projekcję zakończył napis "Warsaw Prepare To Get Destroyed". Na szczęście nie było to ostrzeżenie przed nalotem Luftwaffe, a przed teutonicznym thrashem w wykonaniu gości z Essen, który miał nas zrównać z ziemią. Zasłona opadła, a naszym oczom ukazał się? sam zespół wsparty jedynie przez cztery ekrany i kilka pakietów świateł. Organizatorzy postanowili chyba do maksimum wykorzystać wrażenie kontrastów na tej trasie, gdyż w zestawieniu z przepychem zaprezentowanym przed chwilą przez Dimmu Borgir powyższy widok aż kłuł w oczy. Najgorsze jednak, że nagłośnienie także prezentowało się skromnie i trzy pierwsze kawałki nie wzbudziły we mnie większych emocji. Dopiero od "People Of The Lie" sprawy zaczęły iść ku lepszemu. Mille, widząc jak początkowo statycznie zachowuje się publiczność, podwajał swoje wysiłki w pobudzaniu nas do działania. A o tym, że jest perfekcjonistą i przywiązuje wagę do szczegółów świadczył fakt, że natychmiast zgłosił technicznym problem ze źle funkcjonującymi miotaczami płomieni. Nie mógł więc pozwolić na to, żeby nasz entuzjazm opadł przez błędy organizacyjne.

Kiedy sprawy dźwiękowe zaczęły wracać na właściwe tory, od razu chętniej włączałem się do akcji, zresztą nie tylko ja. Kluczowe momenty w "Gods Of Violence", "Satan Is Real" oraz "Phantom Antichrist" wykrzykiwali chyba wszyscy zgromadzeni na sali, ale prawdziwe apogeum nastąpiło oczywiście podczas wstępu do "Flag Of Hate" (brawo za powrót tego kawałka do setlisty). Moje prywatne szaleństwo miało jednak miejsce później. "Phobia", "Hordes Of Chaos" oraz właściwie bisowe "Violent Revolution" i "Pleasure To Kill" były, jak mawia klasyk, truskawką na torcie.

Otrzymaliśmy tego dnia klasyczny zestaw kawałków pełen znanych elementów jak bicie nam pokłonów przez Speesy'ego, "Polish style circlepit", konfetti i serpentyny oraz zapewnienie, że Kreator powróci. Jeśli tak się stanie to liczę tym razem na urozmaicony dobór utworów i zmianę miejsca wydarzenia, gdyż osobiście nie odczułem większości wpadek, jak brak dostępu do toalet wewnątrz budynku, ale takie rzeczy nie powinny mieć miejsca.



Autor: Mateusz Owczarek

Data dodania: 25.12.2018 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!