Brutal Assault 2018



XXIII Brutal Assault
Twierdza Josefov, Jaroměř, Czechy - 08-11.08.2018 r.


Wreszcie nastał dzień o którym myśli się i szykuje do niego od kilku miesięcy. Bo wyjazd na czeski festiwal stał się dla mnie niemal corocznym rytuałem. Jak się okazuje dla wielu moich znajomych również. Zresztą mówi się o tym, że Brutal Assault to najbardziej polski z czeskich festiwali. Pewnie ze względu na bliskość od granicy, ale też dlatego, że w naszym dziwnym kraju brak jest tego typu imprez. Te składowe wydarzenia wpływają na to, że rok w rok przybywa na nie coraz więcej rodaków stanowiąc jakieś 70% ludu. Mój wyjazd zaplanowałam na środę koło godziny 14 zakładając wszelkie "niespodziewane" sytuacje wypadające w ostatniej chwili: spóźnienia współtowarzyszy podróży, zakupy, błądzenia po drodze itp., a wieczorem chciałam już uczestniczyć w pierwszych koncertach. Oczywiście wszystkie wspomniane wyżej zdarzenia nastąpiły, więc jak tylko dotarliśmy na miejsce w pędzie rozstawiłam namiot. Jednak procentowe przywitania się z resztą ekipy troszkę się przedłużyły. Kiedy czas nieubłaganie uciekał postanowiłam z częścią swojej brutalowej świty ruszyć na teren festiwalu. Klasycznie przed wejściem należało wymienić bilet czy też zaproszenie na opaskę z chipem uprawniającą do przechodzenia przez barierki i płacenia nią w barach i punktach gastronomicznych. I tu miłe zaskoczenie bo organizatorzy wyciągnęli wnioski z poprzednich edycji tym razem wystawiając więcej osób do obsługi festiwalowiczów. Kiedy udało się już to wszystko ogarnąć wpłynęłam na "suchego, brutalowego przestwór oceanu".

Pierwszy koncert na który trafiłam tego dnia nastroił mnie dość radośnie. Na Metalgatowej scenie rozstawiło się trio z Toxic Holocaust. Amerykanie obracający się od lat w punkowo-thrash metalowych obszarach okazali się idealnym początkiem rozpoczynającej się imprezy. Szybkie i mocne riffy gitar Joela Grinda i Charliego Bellmorea pchnęły publikę do akcji i rozkręciły wielki młyn pod sceną wciągając w niego coraz więcej zwolenników ich brzmień. Zresztą trudno się dziwić bo muzyka TH to proste, rytmiczne i tnące do przodu dźwięki, które pulsują gdzieś w głowie i nie pozwalają przejść obok nich obojętnie. Sporo w ich graniu słychać "starego" Slayera i troszkę surowego Venomu, a to akurat bardzo mi pasuje. Sam Joel z opaską na czole wyglądał jak żywcem wyjęty z oldschoolowych lat '80. Żywiołowość i fun przewijały się w każdym kawałku, a on sam doskonale bawił się i podtrzymywał kontakt z publiką. Panowie zagrali kilka numerów ze swojej ostatniej płyty "Chemistry Of Consciousness", ale też usłyszeliśmy kawałki z "Conjure And Command" czy choćby z "Hell On Earth". Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki panowie podziękowali zebranym pozując do wspólnego zdjęcia i rzucając w tłum kostki. No cóż pierwszy set miałam za sobą.

Po tych thrashowych pląsach przeszłam na główny teren festiwalu gdyż przed godziną 22 pojawił się na scenie Canibal Corpse. A, że Amerykanie od lat nie biorą jeńców, tak było też tym razem. Już pierwsze dźwięki "Code Of The Slashers" z ostatniego, udanego krążka "Red Before Black" potwierdziły śmiercionośne i drapieżne zapędy ekipy Georgea Fishera. Dalej nie było lżej. Miałam wrażenie, że dźwięki wyrywające się z wioseł Webstera, Barretta, O'Briena i bębnów Mazurkiewicza niesione były w przestrzeń przez headbangingowe szaleństwa. Fisher... co ten człowiek wyprawia ze swoją głową to nie mam pytań. Zresztą pod koniec setu przed kawałkiem "I Cum Blood" rzucił wyzwanie publice pytając kto mocniej i szybciej rozkręci młynek. Po kilkudziesięciu sekundach ostrej jazdy rzucił zwycięskie "wygrałem". Czym oczywiście zagarnął całą publikę. Oprócz tego pojawiło się jeszcze kilka smaczków. Kawałek "A Skull Full Of Maggots" panowie dedykowali zmarłemu w tym roku Bretowi Hoffmanowi frontmenowi grupy Down The Drain. Natomiast pod koniec seta kiedy czuć było, że to "śmiertelne" widowisko dobiega końca Fisher zażartował i zapowiedział ostatni kawałek "Stripped, Raped And Strangled" w którym gościnnie wystąpił Treveor Strang z amerykańskiej grupy "The Black Dahlia Murder", a chwilę później okazało się, że ich gig nie może obejść się bez sztandarowego "Hammer Smashede Face". Powiem szczerze ten morderczy walec którym panowie przejechali po scenie spowodował, że ciężko było tego dnia pobić ich w jakikolwiek sposób. Energia i kolejne kawałki, które poleciały ze "Torture","Evisceration Plague", "The Wretched Spawn", "Bloodthirst", "A Skeletal Domain", "Kill", i oczywiście "Tomb Of The Mutilated" zmiażdżyły totalnie.

I po tak rozwałkowanym początku festiwalu rozpoczęła się kolejna muzyczna uczta. Na ten koncert czekałam z ciekawością i wielką radością. Na scenie bowiem pojawili się Francuzi z cenionej przeze mnie formacji Gojira. To zespół, który przez lata potwierdza swój poziom i chęć zaskakiwania fanów kolejnymi płytami. Ta ostatnia ("Magma" wydana w 2016 roku) wywołała spore zmieszanie na rynku wydawniczym. Album zyskał zarówno sporo zwolenników jak i przeciwników. Mnie bracia Duplantier przekonali do siebie, może dlatego, że trudno zaszufladkować grupę do jednego nurtu. Kojarzona jest bowiem z progresywnym death metalem, death metalem czy choćby technical death metalem z każdego z nich wyciągając najlepsze smaczki, tworząc niepowtarzalny klimat i charakterystyczne, masywne brzmienie. Mam wrażenie, że ta płyta jest dojrzalsza i bogatsza w swej różnorodności. I taki też poziom zaprezentowali nam na brutalowej scenie. Swój gig rozpoczęli numerem "Only Pain" ze wspomnianego wcześniej krążka. Jak na początek koncertu wybór totalnie trafiony może dlatego, że to jeden z moich ulubionych kawałków obok "Stranted" i "Silvera". Widać było, że panowie czerpią energie z publiki i oddają ją ze zdwojoną mocą bawiąc się przy tym znakomicie. Tłum płynął w rytm "The Heaviest Matter Of The Universe" wraz z nadmuchiwanym wielorybem rzuconym w górę nawiązującym do okładki płyty "From Mars To Sirius". Powiem tak miałam okazje widzieć ich na tym samym festiwalu dwa lata temu zaraz po wydaniu ostatniego materiału i stwierdzam, że panowie trzymają nadal wysoki poziom.

Tuż po nich na scenie pojawiła się kolejna gwiazda, której chciałam posłuchać tego wieczoru. Paradise Lost bo o nich mowa przeżywa swój renesans po wydaniu w ubiegłym roku materiału "Medusa". Tę płytę przemieliłam kilkanaście razy delektując się każdym kawałkiem. Mocno trzymałam kciuki żeby to wydawnictwo było powrotem do dobrych "rajskich" brzmień. Anglicy swój "brutalowy gig" zaczęli od mistrzowskiego według mnie kawałka "No Hope In Sight" z płyty "The Plague Within" wydanej w 2015 roku i to był znak, że od strony muzycznej dalej będzie jeszcze lepiej. Tak też było. Po nim poleciały "Blood And Chaos" z ostatniego materiału, a następnie ukochany przeze mnie "Mouth" z "Believe In Nothing". I te numery stanowiły tylko przystawkę przed prawdziwą ucztą. Bo okazało się, że uzupełniły ją kawałki ze starszych płyt "Shades Of God", "One Second". "In Requiem", "Draconian Times" czy choćby "Faith Divides Us-Death Unites Us". Ten zestaw jak dla mnie był wystarczający. Natomiast bardzo rozczarował mnie Nick Holmes. W wielu partiach wokalnych nie trafiał w dźwięki, a w innych miał problem z ich czystością. Podobne kłopoty pojawiały się też na ich innych koncertach, które chwile wcześniej widziałam. No cóż, może miał gorszy dzień, chociaż ta niedyspozycja jest ostatnio dość częsta.

Ostatnim punktem tego dnia był Tormentor - zespół legenda. Zespół, którego demówkę "Anno Domini" czciło się jak relikwie. Trochę tej piekielności mieliśmy okazje posmakować. W oparach dymu, półmroku i przy wybrzmiewającym intro przechodzącym w kawałek "Tormentor I" powstał z piekieł Attila Csihara ubrany w kamizelkę pełną ćwieków, wielki, odwrócony krzyż na szyi, pelerynę Draculi no i obowiązkowy corps na twarzy. Cały ten anturaż doskonale wpisywał się w przygotowany materiał.Nie mogło przecież zabraknąć takich petard jak "Elisabeth Bathory", "Transylvania", "Apocalypse", czy choćby "Anno Domini". W kontrze do tej diabelskiej oprawy miałam jednak wrażenie, że koncert Węgrów był dość statyczny i mało energetyczny. Nie wiem czy to dość późna pora czy w sumie dość jeszcze krótki czas wspólnego grania po reaktywacji zespołu, ale pod koniec koncertu cieszyłam się, że to już finish. Mimo to uważam, że warto było liznąć tej historii bo nie wiadomo jak długo potrwa ta reanimacja.

Drugi dzień to zazwyczaj czas "leczenia ran" po procentowym witaniu się ze znajomymi wieczór wcześniej. Zwłaszcza, że sporą ich część widuje tylko raz w roku właśnie podczas jaromerskiego festiwalu. Dlatego trochę to trwa zanim zbierając mózg do ciała ruszam na czwartkowe koncerty. Dotarłam akurat kiedy na scenie pojawiło się trio z amerykańskiej grupy Dying Fetus. No i to było wejście. Panowie już na początku wznieśli się na wyżyny mocnego, death metalowego grania. W sumie trudno sie dziwić. Kiedy w składzie ma się takich muzyków jak genialny frontman John Gallagher, basista Sean Beasley i rewelacyjny bębniarz Trey Williams. Skład dość wąski, ale jak pokazują panowie, druga gitara nie musi być wymogiem. Swój energetyczny gig Amerykanie rozpoczęli od tytułowego kawałka z ostatniej płyty "Wrong One To Fuck With". Zresztą ten materiał odegrany był jeszcze kilkakrotnie. Poza tym popłynęły również numery z ich wcześniejszych dokonań: "Reign Supreme", "Destroy The Opposition", "Descend Into Depravity". Jak dla mnie wszystko zabrzmiało perfekcyjnie, gruzowo i energetycznie. Totalnie odjechany wocal Gallaghera, piekielna perkusja Williamsa, rytmiczny bas Beasleya i niesamowite aranżacje zrobiły perfekcyjną robotę. Jak dla mnie idealnie zaczęty dzień i powrót do żywych.

Pobudzona do działania przesunęłam się obok żeby posłuchać projektu Myrkur duńskiej wokalistki Amalie Bruun. Na scenie ustawiono statyw przyozdobiony roślinami, obok perkusji zawisła duńska flaga, a z tyłu pojawił się baner z symbolem "M". Kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki na scenę "wpłynęła" wokalistka ubrana w białą długą sukienkę. Dość mocno wyróżniając się na tle czarnej masy wokół. Twórczość Amelie trudno jakoś zaszufladkować. Sporo u niej melodyjnych, hipnotycznych, smutnych zaśpiewów z mocno folkowymi, norweskimi wpływami. Dodatkowo podkreślone surowymi riffami i nisko nastrojonymi gitarami. Całość brzmiała dość etnicznie chociaż na dłuższą metę jak dla mnie dość nużąco. I nie wiem czy piekło wysłuchało moich obaw (żart)? Bo kiedy wokalistka rozpoczęła kolejny utwór nawiązujący do nordyckiej twórczości, podbijając dźwięki ludowym bębnem, zgasły światła. Całą twierdzę okrył mrok i troszkę przerażająca cisza. Okazał się, że na murach twierdzy pojawił się ogień, który skutecznie pozbawił prądu teren festiwalu jak i całego miasteczka. Po w miarę szybkim uporaniu się z awarią Amalie ze swoją ekipą pojawiła się ponownie na scenie, ale niestety musiała dość mocno okroić swój występ.

Krótszy gig Myrkur i dość sprawna akcja pożarowa pozwoliła na punktualne pojawienie się na scenie Portugalczyków z Moonspell. Zresztą ich udział też okazał się wypadkową zdarzeń, bo w ostatniej chwili zostali dołączeni do składu festiwalu na miejsce szwedzkiego Pain-a. Fernando ze swoją drużyną zaprezentowali nieśmiertelne kawałki z klasycznych już płyt "Wolfheart" i "Irreligius". Po ciepłym powitaniu przez Ribeiro festiwalowej publiki i zachęcaniu nas do wspólnego śpiewania panowie rozpoczęli swoją księżycową ucztę od kawałka "Opium" z płyty "Irreligious", a dalej było już gotycko, mrocznie i wampirycznie. Skoro mamy klasykę klasyk tej grupy więc nie mogło zabraknąć takich sztosów jak "Awake", "For A Taste Of Eternity", "Vampiria", "Mephisto", a kiedy doszło już do odśpiewania kultowego "Alma Mater" publika zachęcona przez wokalistę wtórowała mu gromko. Natomiast finał finałów w przypadku tej grupy to fenomenalny "Full Moon Madness". Cóż można powiedzieć klasyka obroniła się i Portugalczycy zeszli ze sceny żegnani głośnymi brawami. Jednak dla mnie fascynacja Moonspellem chyba powoli przemija.

Kolejny zespół był zupełnym przeciwieństwem miłośników "księżycowych fascynacji". Na scenie bowiem zamontowali się Słoweńcy z industrialno-kolektywnej grupy Laibach i wiadome stało się, że przeniosą nas w trochę inne przestrzenie. Charyzmatyczny lider Milan Frasa i pozostali muzycy doskonale połączyli surowe, mechaniczne, beznamiętne dźwięki syntezatorów i podobnie brzmiące frazy wypowiadane, jakby mimo chodem przez Milana z "cielesnym" głosem wokalistek. A wszystko uzupełniały wyświetlane na telebimach wizualizacje. Całość brzmiała naprawdę kosmicznie. A kolejne recytowane kawałki "Alle Gegen Alle", "B Mashina", "Brat Mój", "Eurovision", "God Is God", "Love On The Beat" czy kończący "Tanz mit Laibach" stworzyły hipnotyczne widowisko w którym wykluczające się elementy tworzyły doskonałą całość i pełną symbiozę

W takim "tanecznym" nastroju obejrzałam kolejną gwiazdę tego wieczoru. Od pierwszych dźwięków hardkorowcy z Converge pokazali, że na nudę i bezczynność nie będziemy musieli narzekać. Scena stała się miejscem doładowania akumulatorów. Jacob Bannon ze swoją świtą zagarnęli oddaną im na ten czas przestrzeń. Poleciały między innymi numerami "Dark Horse" z płyty "Axe To Fall", "Aimless Arrow" z dość agresywną gitarą, "A Single Tear", "Trigger", "Eve", czy "Eagles Become Vultures", a kończącym "Concubine" roznieśli publikę na kawałki. Niemal zwierzęce sprinty Bannona na scenie udzielały się Nate Newtonowi i gdyby nie kabel do gitary pewnie robiłby podobne "fikołaki". Oczywiście ten euforyczny stan udzielił się również publice, której wiry pod sceną o mały włos nie wyżłobiły zejścia do piekieł. To był naprawdę dobry koncert, a chłopakom udało się zbalansować połamany ciężar gatunkowy z melodią i totalną wręcz transformatorową energią nie przekraczając granic.

Po tym występie przyszła pora na Marduka. Panowie wydali w tym roku swój kolejny krążek zatytułowany "Victoria" i mimo, że promocja tego wydawnictwa trwa nadal to Szwedzi przedstawili dość ciekawy set i podróż do wcześniejszych płyt. Rozpoczęli od dywizjonu czyli tytułowego "Panzer Division Marduk", później poszły między innymi "Werwolf" ze wspomnianej wcześniej "Victorii", "Of Hell's Fire", ale nie zabrakło też "Burn My Coffin" czy kończącego klasyka "Volves" z mocarnego "Those Of The Unlight". Zestaw dość bogaty, a i forma muzyków równie wysoka co tylko dopełniło diabelskie dzieło zniszczenia w doskonały sposób. A kiedy dodamy do tego charyzmatyczną wręcz zwierzęcą osobowość Mortuusa to piekło mamy opanowane.

Piątek okazał się być dniem w którym mocną załogę wystawiła Polska. Zagrali: Frontside, Hate, Azarath i Behemoth. Dwóch pierwszych składów niestety nie miałam okazji zobaczyć. Natomiast trafiłam na zespół, który zazwyczaj zostawia po sobie gruz. Tak było i tym razem. Mimo mniejszej sceny (Metalgate) Azarath rozpoczął swoje dzieło zniszczenia od kawałka "Holy Possession" z płyty "Blasphemers Maledictions". Dalej była tylko pożoga i jeszcze więcej siarki kiedy poleciały "Baptized In Sperm Of Antychrist" czy "Devil's Stigmata". Wszystko brzmiało perfekcyjnie. Trudno się jednak dziwić kiedy za garami zasiada Inferno - totalny potwór rytmiczny, który swoimi blastami przecinał przestrzeń, do tego dołożymy drapieżny głos Skullrippera i technicznie, niemiłosiernie tnące gitary Barta i Petera. Mamy piekielny walec, który zmiażdżył i nie pozostawił miejsca na ucieczkę.

Ostatni przedstawiciel naszej rodzimej sceny rozpoczął swój pokaz tuż przed północą. Przy oślepiających światłach, fruwającym konfetti i obowiązkowym dwuwężowym statywie na scenę wkroczyli synowie mroku i ciemności. Behemoth rozpoczął swoją mroczna ewangelię od numeru "Ov Fire And The Void" z płyty "Evangelion". I to była piekielna przystawka przed naprawdę smakowitą ucztą z niespodziankami. Panowie bowiem wystąpili w przededniu wydania swojej nowej płyty zatytułowanej "I Loved You At Your Darkest" i z tego materiału przedstawili nam dwa kawałki "God=Dog" i "Wolves ov Siberia". Pierwszy z dziecięcą partią chóralną, drugi troszkę etniczny dały nam przedsmak tego czego można się spodziewać po tym wydawnictwie. Ja jestem ciekawa. Oprócz tych utworów Nergal ze swoją ekipą zaprezentowali również doskonale znane z "The Satanist" - "Ora Pro Nobis Lucifer", "Messe Noire", "Blow Your Trumpets Gabriel", "Decade Of Therion". Miałam wrażenie, że z każdym kolejnym kawałkiem publika coraz bardziej zostaje wciągnięta do misterium, które odbywało się na scenie. Perfekcyjna sekcja rytmiczna tworzona przez Inferno, tnące gitary Nergala i Setha, mnóstwo ognia, genialne oświetlenie, przemyślana pirotechnika no i oczywiście sam image muzyków stworzyły jak zwykle doskonałą całość. Można ten zespół nie lubić i krytykować za wiele rzeczy, ale przyznać im trzeba bezspornie, że do każdego występu przygotowani są perfekcyjnie. Bo Behemoth to od lat piekielna, koncertowa maszyna, w której każde ogniwo do siebie pasuje. I te wszystkie składowe zagrały w absolutnym, finałowym kawałku "O Father O Satan O Sun!".

Oprócz polskiej ekipy udało mi się zobaczyć koncert pionierów industrialno-metalowych brzmień. Ministry swoje elektroniczne show rozpoczęli około godziny 22. Oprócz Ala Jourgensena i jego bandy na obrzeżach sceny pojawiły się również dwa wielkie, nadmuchiwane kurczaki z grzywami przypominającymi "plereze" Donalda Trumpa i przekreślonymi swastykami na brzuchu. Natomiast na telebimie z tyłu sceny wyświetlane były stare filmy propagandowe przeplatane klipami zespołu. Wpleciona w nich również została postać obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych ze zniekształconym głosem i słowami "We Will Make America Great Again" zaczerpniętymi z jego wypowiedzi na jednej z konferencji. Zresztą trudno się dziwić takiemu zabiegowi zespół bardzo często prowadził swoją krucjatę antyprezydencką we wcześniejszych latach. Kiedy wybrzmiały te słowa spektakl sie zaczął. Na pierwszy rzut poleciały "Twilight Zone", "Victims Of A Clown" z ostatniej płyty "AmeriKKKant" wydanej w marcu tego roku. Oprócz tego setlista zawierała też numery z wcześniejszych smakowitych wydawnictw "From Beer To Eternity", "Rio Grande Blood", "The Mind Is A Terrible Thing To Taste" z mistrzowskim "So What" i według mnie absolutnie genialny "Psalm 69: The Way To Succeed And The Way To Suck Eggs" z totalnym numerem "N.W.O.". Powiem szczerze ten rewelacyjny pokaz energii, charyzmy Ala, dobrze przygotowanego show (np. w kawłku "Antifa" wyszła para z zakrytymi twarzami i flagami na których umieszczono loga antfaszystoswskie) brzmienie "żywych" gitar i perkusji z industrialnymi dźwiękami syntezatorów i sampli złożyło się na perfekcyjnie zgruzowane widowisko.

A niespodzianką tego wieczoru jak dla mnie był występ Finów z Grave Pleasures. Koncert o tyle zaskakujący, że kapela zagrała już dzień wcześniej, ale ze względu na akcje pożarową postanowiono "wcisnąć" go również w plan następnego dnia ku mojej wielkiej radości gdyż niestety w czwartek nie miałam okazji ich zobaczyć. Powiem tak to granie jest idealnie skrojone dla miłośników post-punkowych brzmień lat 80 spod znaku Joy Division, New Model Army, The Cure, Killing Joke, Davida Bowie. Finowie prezentują całą paletę smaków zarówno z tamtych lat jak i z każdej wspomnianej kapeli. Na to ucztowanie dotarłam na tzw "orientalną scenę" umieszczoną w magicznym miejscu, niewielkim placu ciasno otoczonym fortyfikacjami "dziadka Jozefa". Jak dla mnie połączenie tej przestrzeni z zimnofalową muzyką Grave idealne. Moja fascynacja muzyką tej kapeli zaczęła się od momentu wydania genialnego materiału "Climax" jeszcze pod nazwą Beastmilk. Obecny skład ukształtował się trzy lata temu po różnych perturbacjach personalnych, a w 2017 roku panowie wydali płytę "Motherblood". Nadal jednak frontmanem pozostaje Mathew "Kvohst" McNerney który na brutalowej scenie kokietował i czarował publikę. I bez większego problemu można było oddać się jego magii kiedy poleciały "Laughing Abyss", "Atomic Christ", a przy "You Are Now Under Our Control" z płyty "Climax" odleciałam z zachwytu totalnie. Zresztą podobny stan utrzymywał się również przy "Genocidal Crush", "Love In A Cold World" przez "Deadenders" aż po kończący "Joy Through Death". Ok uwielbiam ten zespół pewnie też dlatego,że tak mocno przypomina posępny, dekadencki Joy Division czy gotycki Bauhaus. Dla mnie bomba.

Po takiej piątkowej dawce mocnych wrażeń sobota zapowiadała się równie ciekawie. Nie od dziś wiadomo, że ten festiwal otwiera się na różne gatunki wymykające się szeroko pojętej muzyce metalowej. W tym roku taką perełką bez wątpienia był amerykański, hardcorowo-punkowy band "Dog Eat Dog". Panowie weszli na deski chwilę po 17 czyli o porze idealnej na takie klimaty. Oczywiście od pierwszego kawałka publika oszalała jakby na moment oczyszczając się z ciężkich i mrocznych brzmień. O taki stan zadbał absolutny wulkan energetyczny czyli frontman John Conor, a wtórowali mu doskonale basista Dave Neabore drugi didżej i sekcja dęta. Zabawa trwała nieprzerwanie kiedy dodatkowo poleciały takie hiciory jak "Who's The King", "If These Are Good Times...", "Expect The Unexpected" i oczywiście absolutny sztos tej formacji "No Fronts". Czasami miałam wrażenie, że scena jest za mała na te żywioły które się tam przetaczały. A John widząc odzew ze strony publiki nakręcał się jeszcze bardziej stając się prawdziwym transformatorem energetycznym. Może przez potrzebę pobudzenia, może przez sympatię do tych freaków, ale dałam się wciągnąć i z bananem na twarzy poszłam doświadczać zgoła innych smaków.

Na scenie obok zamontowali się bowiem Amerykanie z Nocturnus A.D. czyli grupa powstała po rozpadzie legendarnego Nocturnusa. Charakterystyczny dla tej formacji i nietypowy jest fakt, że wokalistą jest jednocześnie perkusista Mike Browning. Panowie swój set rozpoczęli od kultowego "Lake Of Fire" z płyty "The Key". Wybrzmiewające intro sygnalizowało, że to będzie dosadne przypomnienie tego klasyka. Tak też było, pozostałe kawłki "Standing In Blood", "Neolithic", "Destroying The Manger" tylko to potwierdziły. Klasyki broniły się same chociaż forma muzyków, zachowanie na scenie i kontakt z publiką dość zachowawcza. Ok, wiem panowie mają swoje lata i jedynym "świeżym oddechem" w składzie jest klawiszowiec, ale jak dla mnie troszkę za mało tzw. flow.

Dalej nie było łatwiej. Następnego koncertu byłam ciekawa. Troszkę jak wybrzmią, ale też jaką tym razem będą mieli scenografię. Bo to, że ta grupa ma mocny, charakterystyczny styl sceniczny każdy wie. No i bum. Pojawiły się dwa statywy na których powieszone zostały zwierzęce kręgosłupy, a na ich szczycie zawieszono rogate czaszki. Z tyłu natomiast ustawiono dwa zakrwawione krzyże wiszące oczywiście do góry nogami. Wiadomym stało się, że za moment pojawią się wysłannicy piekieł. Belphegor swoją diabelską podróż rozpoczął od numeru "Sanctus Diaboli Confidimus". Helmut Lehner ze swoją świtą i koszmarnym body paintem młócili jak karabin maszynowy. Dalej poleciały: kilkupłaszczyznowy "Totenkult - Exegesis Of Deterioration", złowieszcze "The Devil's Son" z płyty "Totenritual", "Belphegor-Hell's Ambasador" czy dość "popularny" "Stigma Diabolicum", a piekło otworzyło się jeszcze bardziej przy "Lucifer Incestus" czy finałowym "Baphomet". Panowie szarpali przestrzeń śmiertelnymi dźwiękami wciągając przybyłych w mroczny i krwawy rytuał. Siarkę dało się czuć niemal namacalnie. Po koncercie i rozmowie ze znajomymi jedni dali się wciągnąć innych - w tym mnie - nie przekonali.

Po tym wyjątkowo rzeźnicko-diabelskim gigu Austriaków potrzebowałam oddechu i nabrania sił na pozostałe koncerty. Wróciłam kiedy scena była już przygotowana na kolejną gwiazdę - legendę. Logo z charakterystyczną czaszką na banerze świadczyły, że za moment zobaczymy występ ojca ciemności, który notabene dość rzadko koncertuje w naszej części kontynentu. I kiedy wszystko było już gotowe na przyjęcie Amerykanów z Danzing padła informacja, że zespół nie życzy sobie rejestracji koncertu uprzedzając, że wokalista może przerwać występ w momencie nie dostosowania się do jego życzenia. Z fosy zatem wyproszono fotoreporterów, a ze sceny zniknęły kamery. Przy dźwiękach "SkinCarver" pojawił się On. Kiedyś młody bóg o pięknie wyrzeźbionej sylwetce i niepowtarzalnym głosie. Glenn Danzing dziś to gość jak na swój wiek z całkiem niezłą figurą jednak z dużo słabszym głosem. Może żądanie nie upamiętniania jego występu nie było takie bezzasadne. Sporo nieczystości wokalnych nie popsuły mi jednak radości oglądania weteranów w akcji. Może bez biegania po scenie, machania piórami i z pewnymi niedociągnięciami, ale 67 letni Glenn dawał z siebie wszystko. Zwłaszcza, że cały gig trwał ponad godzinę. Mogliśmy usłyszeć nowsze kawałki "Eyes Ripping Fire", "Devil on Hwy 9" z wydanej w tamtym roku płyty "Black Laden Crown", ale radochę miałam przy starszych hitach: "Am I Demon", "Twist Of Cain" z genialnego "Danzig", a także "Her Black Wings" podczas którego publika wspierała go w śpiewaniu. Dalej było jeszcze bardziej apetycznie bo poleciały "Left Hand Black","Dirty Black Summer". Nie mogło również zabraknąć absolutnego arcy numeru tej kapeli czyli "Mother", a na bis dopieszczono nas jeszcze "She Rides" z ich pierwszego materiału. Cóż po tym koncercie wielu mówiło "drogi Panie trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym", ale dla mnie to był udany występ, może nie perfekcyjny, ale dał mi sporą frajdę i sentymentalny powrót do przeszłości.

W tak niemal magicznym nastroju przeszłam pod scenę obok żeby usłyszeć niesamowite brzmienia i fantastyczny norweski zespół Wardruna. Wyjątkowość tej grupy potwierdza się z koncertu na koncert. Sześcioosobowy skład z charyzmatycznym frontmanem Einarem Selvikiem i wspierającą go Lindą Fay Hellą zabiera nas za każdym razem w bezkresne i zimne rejony gdzieś na "końcu świata". Ta genialna podróż zawsze podparta jest niezwykłymi instrumentami, grą świateł i hipnotycznym głosem Selvika i Lindy. Kiedy wybrzmiewają pierwsze dźwięki i zamykam oczy mam wrażenie, że unoszę się nad norweskimi fiordami i docieram gdzieś w odległe zakątki tej części świata, by brać udział w jakiś szamańskich obrzędach ku czci bóstw. Taka jest też idea grupy. By jak najlepiej przybliżyć tradycje i zwyczaje chłodnej Północy. Ten obrzęd w czeskiej części świata rozpoczął się od magicznej pieśni zatytułowanej "Tyr". To swoiste zaproszenie na seans gdzie nasze zmysły będą karmione pokarmem bogów. Kolejne etapy tego przejścia i wtajemniczenia podparte były utworami "Raido", "Rotlaust tre fell", "NaudiR" i jak dla mnie utwór przy którym mam ciarki na całym ciele od początku do końca jego trwania czyli "Odal". Natomiast kończący ten rytuał "Helvegen" wyprowadza nas powoli z transu z którego niekoniecznie chce się wyjść. Obserwowanie tych muzyków, którzy z taką pieczołowitością przybliżają nam nordyckie zwyczaje, język stroje i tradycyjne instrumenty sprawia, że ich koncerty są zawsze wyprzedane, a po odbyciu tego obrzędu ma się wrażenie, że wraca się do obcego zupełnie nie zrozumiałego świata. Ja przynajmniej tak mam. I jak tu teraz wrócić do wrogiej rzeczywistości?

Potrzebowałam chwili. Ale gwałtownie wprowadził mnie do niej początek koncertu kolejnej kapeli czyli mocno elektronicznego i techno syntezatorowego Perturbatora. Dla mnie jednak to było za dużo. Wolałam pozostać w tym skandynawskim śnie i w prawie grzecznym nastroju udałam się do namiotu. Tak upłynął mi wieczór i dzień czwarty. I w tym magicznym, natchnionym klimacie zakończyłam kolejną już edycję festiwalu. Jak zwykle pełną oczekiwań, kilku rozczarowań i zaskoczeń, a na kolejną czekam już z ciekawością i radością. Amen.



Autor: T.B.

Data dodania: 05.12.2018 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!