 HammerFall, Armored Dawn A2, Wrocław - 22.10.2018 r.
W poniedziałek 22 października, we wrocławskim klubie A2 miała miejsce power metalowa uczta - rzesza fanów zebrała się by odśpiewać największe przeboje HammerFall. A ponieważ od poprzedniej wizyty Szwedów w naszym kraju minęło grubo ponad półtora roku, tłum zgromadził się niemały. Gdy taki event odbywa się niemal pod twoim nosem, żal nie skorzystać. Stawiłem się więc i ja. Zrobiłem to tym chętniej, że zespołu tego nie miałem wciąż odhaczonego na liście widzianych na żywo. Już wkrótce miałem się przekonać, że omijanie ich występów jest karygodnym postępowaniem.
Zanim jednak dane było mi zobaczyć kwintet z Göteborga, na scenie zainstalował się Armored Dawn. Wiedziałem, że stylem nie powinni odbiegać od gwiazdy wieczoru, jednak zdziwiłem się ogromnie, kiedy okazało się, że nie są kolejnym skandynawskim lub niemieckim tworem, lecz pochodzą z Brazylii. No, przynajmniej większość z nich. Wikingowego sznytu nadaje z pewnością ich muzyce gitarzysta Timo Kaarkoski - Fin z krwi i kości.
Początek występu mieli dość szorstki. Dało się słyszeć, że na konsolecie nie wszystko ustawiono jak należy, a wokal zupełnie gubił się w innych dźwiękach. Na szczęście z czasem sprawy zaczęły wyglądać, a właściwie brzmieć, coraz lepiej. Białobrody wokalista, Eduardo Parras wyraźnie się rozkręcał i chętnie eksponował muskulaturę przedramion podczas dość ekwilibrystycznego trzymania mikrofonu. Pojawiły się także zapowiedzi kolejnych utworów, w tym dedykacja przed "Sail Away" dla zmarłego tragicznie producenta ostatniego albumu Zbrojnego Świtu, Kato Khandwala.
Wszystkie osiem zagranych numerów pochodziło właśnie z tegorocznego wydawnictwa. W ucho szczególnie wpadł mi kawałek tytułowy "Barbarians In Black". Około czterdziestominutowy występ mogę podsumować bardzo pozytywnie, poczułem się rozgrzany przed daniem głównym. Przybysze z Ameryki Południowej grają gęsto, czasem z klawiszami, czasem nawet na trzy gitary. W naszej szerokości geograficznej nie są odkryciem, ale domyślam się, że wypełnili niszę w rodzimej Brazylii i pozwoli im to wypłynąć na szersze wody. Czuję, że jeszcze kiedyś o nich usłyszymy.
Przerwa upłynęła mi głównie na uzupełnianiu płynów i rozmowach ze spotkanymi znajomymi, więc zanim się spostrzegłem z głośników już leciało intro, które po chwili przeszło w pierwszy hit - "Hector's Hymn". Refren ciągle jeszcze kołatał mi się po głowie, a tymczasem panowie serwowali już kolejne nieśmiertelne strzały. "Riders Of The Storm", "Renegade" i "Blood Bound" są tym, co tygryski lubią najbardziej. Wszystko grało pięknie, a sam zespół, ewidentnie wyreżyserowanymi gestami, bawił się wraz z publicznością. Zwolennicy ostatniego albumu mogli poczuć się usatysfakcjonowani obecnością "Dethrone And Defy" oraz "Built To Last" w setliście. Ja osobiście bardziej pobudzałem się przy "Crimson Thunder" i "Last Man Standing", a kark odrobił pańszczyznę podczas świetnego "Bang Your Head".
Mniej więcej w połowie występu, po zaciętej licytacji, Pontus otrzymał 60 sekund na wykonanie swojej popisowej solówki gitarowej, co było znakomitym wstępem do składanki utworzonej z numerów zawartych na wydanym 20 lat temu albumie "Legacy Of Kings". Joacim mógł wtedy oddać rolę lidera każdemu z pozostałych muzyków. Oscar już wcześniej skradł show swoim młotem gitarowym, więc przyszła pora by nowy-stary znajomy Fredrik Larsson pokazał swój basowy kunszt we wstępie do "At The End Of The Rainbow", a David Wallin wrzucił piąty bieg podczas "Heeding The Call".
Zanim zespół rytualnie zszedł ze sceny przed bisami, dziesiątki gardeł dały z siebie wszystko podczas "Let The Hammer Fall", a po powrocie, ten sam młot przy ich pomocy wzniósł się znów do góry w utworze "Hammer High". "Bushido" był hołdem złożonym wszystkim wojownikom, a zwieńczenie poniedziałkowego koncertu stanowił oczywiście evergreen sprzed 16 lat - "Hearts On Fire".
Po takim występie ciśnie mi się na usta tylko jedno zdanie: ależ to było dobre! Zobaczyłem świetnie przygotowany zespół, po ponad 20 latach istnienia wciąż bawiący się tym co robi. HammerFall był tego dnia niczym Hektor z ich utworu, przybył, zobaczył i podbił Wrocław z uśmiechem na ustach. Jeśli czegoś mi zabrakło, to tylko większej spontaniczności na scenie. Publika, choć statyczna, dostarczyła dość energii by odrobinę zaszaleć. Zamiast tego otrzymaliśmy zapewnienie, że zespół powróci z nowym materiałem, którego wydanie planowane jest na sierpień 2019. A ja obiecałem sobie, że kolejnego występu już nie przepuszczę.
|