Materiafest VII



Materiafest 2018
Szczecinek - 01.09.2018 r.


Po fantastycznej zeszłorocznej edycji (koncerty m.in. Illusion, Riverside i Behemoth - tutaj relacja) z niecierpliwością czekałem na ogłoszenia gwiazd, które na początku września pojawią się w malowniczym Szczecinku na kolejnym Materiafeście. Ostatecznie skład okazał się nie mniej ciekawy niż w 2017 r., gdyż wystąpić miały grupy reprezentujące rozmaite podgatunki gitarowej muzy: od klimatycznych post-metalowych dźwięków, przez ostre łojenie, aż do spokojniejszego, bardziej przebojowego grania. Scenę rozłożono tuż przy jeziorze, naprzeciwko wieży Bismarcka i cóż, miejscówka była strzałem w dziesiątkę: naturalny pagórek, na którym można było sobie przysiąść, a do tego przepiękny widok na ogromną taflę wody. Wstęp na całą imprezę był darmowy, co oczywiście miało swoje dobre jak i złe strony: fajnie że frekwencja bardziej niż zadowalająca, no ale nie zabrakło też rozmaitych Żulów i Żuliett, zawracających cztery litery klasycznymi tekstami typu "Panie kierowniku, pożycz Pan fajkę".

Rozgrzanie publiczności przypadło Scylli, która na Materiafest występowała już dwukrotnie. Mimo iż była ona niejako supportem, to na placu festiwalowym zebrało się już sporo ludzi, a i pod samiutkimi barierkami pojawiła się, jeszcze nieco niemrawa, gromadka wielbicieli mocniejszych dźwięków. Rok temu widziałem muzyków na zlocie w Polanowie (relacja ), tak więc wiedziałem czego się spodziewać. Scylla mnie nie zawiodła: było szybko, mocno i konkretnie, choć też i z małymi problemami natury technicznej na samym początku (a mianowicie nie chciało się odpalić intro). Nagłośnienie było w porządku, elektroniczne wstawki odpowiednio słyszalne (może tylko basy można było ciut zmniejszyć, gdyż miejscami utrudniały oddychanie), zespół, tym razem w nieco luźniejszych strojach (wszak słońce mocno świeciło), dobrze się bawił a wokalista robił co mógł aby rozruszać publikę (była nawet dwuosobowa ściana śmierci). Wśród zagranych utworów nie zabrakło zarówno przedstawicieli najnowszej EP-ki, będącej do odsłuchu na "internetach", jak i starszych "hitów" pokroju "Shackled", "Farewell" czy "Executioners", na którym w refrenie gościnnie pojawił się Michał Piesiak z Materii. Występ może do zbyt długich nie należał, ale chłopaki zrobili co do nich należało: rozpoczęli cały festiwal odpowiednim grzmotnięciem, przy okazji wzbudzając zainteresowanie swoją muzyką. Spora grupa osób kręcąca się przy merchu i gratulująca chłopakom występu jest tego najlepszym dowodem.

Ze wszystkich grup występujących tego dnia w Szczecinku, tylko ekipy z Warszawy nie widziałem wcześniej na żywo. A że post-rockowe/metalowe klimaty od jakiegoś czasu mocno grzeją moje serce, to liczyłem na to, że koncert Obscure Sphinx będzie czarnym koniem Metariafestu. Szybko zająłem miejsce pod sceną, czekając na to co się wydarzy i jak tylko basista wraz z zarośniętym, skoncentrowanym gitarzystą minimalistycznie, niemal drone'owo rozpoczęli przygotowany set - byłem kupiony. Grupa, mając do dyspozycji niewiele czasu jak na tego typu muzykę, zaprezentowała przemyślane od początku do końca show (prowadzone przez, będącą w prawdziwym transie, Zofię Fraś), w którym nie było miejsca na jakikolwiek kontakt z publiką - wszystkie numery połączono bowiem ze sobą, nie przewidując nawet sekundy na brawa. Muzyka, niemal teatralne zachowanie artystów - wszystko to miało wciągnąć słuchaczy, do niepokojącego ale i jednocześnie urzekającego świata Obscure Sphinx, w którym piękno miesza się z brzydotą, śliczne wokale z bolesnymi krzykami, urzekające melodie z mocnymi, hałaśliwymi partiami. Udało się w stu procentach: było to doświadczenie fascynujące, na końcu nagrodzone przez spory już tłum ogłuszającymi brawami, połączonymi z żądaniem bisu. Niestety Warszawiacy wykorzystali swój czas w pełni i musieliśmy obejść się smakiem. Jest to jednak widoczny znak dla organizatorów, że trudna muzyka Obscure Sphinx znalazła tutaj spore grono odbiorców - może warto w przyszłym roku wygospodarować im czas na pełny set, tym razem w nocnej scenerii? To dopiero byłaby prawdziwa petarda! I na koniec ciekawostka: tego dnia na bębnach zasiadał Mateusz Badacz - oryginalny perkusista, który postanowił na kilku koncertach (w tym również i trasę z Amenra) wspomóc koleżankę i kolegów. Czy jeszcze potrzebujecie dodatkowej zachęty, ażby złapać grupę na żywo?

Tradycyjnie, przed występami głównych gwiazd przyszedł czas na gospodarzy festiwalu, a więc coraz bardziej popularną w Polsce (i już nawet rozpoznawalną poza jej granicami) Materię. Jako że zespół widziałem wcześniej dwukrotnie, to postanowiłem oszczędzać siły i wygodnie usadowiłem się na zielonym pagórku, tym razem na spokojnie obserwując poczynania czwórki muzyków. Ci jeńców postanowili nie brać, zaczynając show od szalonej "Shayby" z albumu "Case Of Noise", dając niejako znak do rozpoczęcia zabawy. Pod sceną od razu się zakotłowało, a mordercze pogo, wraz z kolejnymi połamanymi riffami, płynącymi z głośników, połykało coraz więcej ofiar. Zespół dawał z siebie wszystko: były i wściekłe wokale obydwu Piesiaków, melodyjne solówki Adiego oraz kanonady Marciniaka, razem składające się na hity pokroju "B17", "Vandals", "Place Of Find" czy kapitalne "My Land". Warto też wspomnieć o tym, że zaprezentowano również i nowy numer, przygotowany z myślą o następcy "We Are Materia". Chaos pod sceną trwał przez cały koncert i ustał dopiero po ostatnich nutach... A przynajmniej na chwilę, ponieważ, grupa przygotowała bis. Tam, odśpiewany wespół z fanami, "Popylnik" oraz kolejny przedstawiciel debiutanckiego LP - "Give Me Some Free". Mimo iż tego typu muzyki na co dzień nie słucham, to przyznaję bez bicia, że dołożyli chłopaki do pieca. Zarówno pasji, jak i umiejętności odmówić im nie można.

Trzy lata czekaliśmy na powrót Frontside do regularnego koncertowania, nic więc dziwnego, że ekipę z Sosnowca przywitały dzikie tłumy. Jako że ostatni raz widziałem chłopaków podczas trasy promującej "Absolutus", to również i mnie zabraknąć pod sceną nie mogło, choć, dla własnego bezpieczeństwa schowałem się bardziej z boku - decyzja była to słuszna, gdyż zespół postanowił tego wieczora "zniszczyć wszystko". I wszystkich. Jak zapewne wielu z Was wie, poszczególne krążki Frontside potrafiły się diametralnie od siebie różnić: mieliśmy i hardcore, brutalny deathcore czy melodyjny metalcore, a na ostatnich LP, to w sumie i wszystkiego po trochu, w tym nawet flirt z rockiem, heavy metalem czy przaśnym folkiem. Tutaj jednak postawiono głównie na mocne, dynamiczne kompozycje, przez co pod sceną rozpętało się prawdziwe piekło. W zasadzie pół placu pod sceną, to był jeden wielki młyn i kilka razy przeszła mi przez myśl ewakuacja w nieco spokojniejsze rejony. Odejść jednak od zespołu będącego w takiej formie to byłby grzech, i to z gatunku tych ciężkich. I tak, niektórym muzykom przybyło centymetrów w brzuszku, a tu i ówdzie mignie siwy włos (a i przez brody wyglądają na starszych niż w rzeczywistości) - nie dajcie się jednak zwieźć: tych pięciu chłopa nadal potrafi rąbnąć tak, że dojdziecie do siebie dopiero na oddziale intensywnej terapii. Mają zresztą czym przypieprzyć w potylicę: w Szczecinku usłyszeliśmy m.in. "Bóg stworzył Szatana", "Martwe serca", "Wspomnienia jak relikwie", "Zniszczyć wszystko", "Syndrom Mesjasza" czy "Nie ma chwały bez cierpienia", a taki "Krew, ogień, śmierć" potwierdza tylko to, co sugerują krwawe banery: Frontside wrócił, zostawiając eksperymenty za sobą, gotowy rozszarpać Wam zębami tętnicę.

Decapitated po krótkim odpoczynku, spowodowanym chęcią naładowania baterii po słynnej na świat cały "amerykańskiej przygodzie", rzucił się w wir koncertowania: tu festiwal, tam festiwal, a w listopadzie trasa po Polsce wraz z m.in. Virgin Snatch i Frontside. Na stronie Materiafest zapowiadani byli jako headliner, jednak (podobno) z uwagi na problemy z dojazdem Litzy i spółki, postanowili zagrać przedostatni, dając tym samym kolegom z Luxtorpedy trochę więcej czasu na dotarcie na miejsce. Metalowcy z Krosna przyjęci zostali jak na światową gwiazdę przystało (tj. wściekłymi rykami i burzą oklasków) i szybko odwdzięczyli się fanom dość szybkim, żywiołowym setem, złożonym przede wszystkim z numerów ery Rasty, podkreślając tym samym odejście od technicznego death metalu na rzecz bardziej nowoczesnego, groove'owego grania. I choć kawałkom z "Carnival Is Forever", "Blood Mantra" oraz "Anticult" nie można odmówić odpowiedniej mocy i kopa, to trzeba też przyznać, że te wczesne, bardziej połamane, zupełnie inaczej brzmiące numery, wprowadzają na żywo nieco orzeźwienia i bez nich mogłoby być ociupinkę nudno - broń Boże przed całkowitym usunięciem ich z setlisty. Sami muzycy na scenie są naturalni, wyluzowani, grają bez najmniejszych zastrzeżeń (szczególne brawa dla Młodego) i po prostu dobrze się na nich patrzy - wyraźnie widać (i czuć), że Decapitated to czołówka ekstremalnego grania. Całe Show trwało mniej więcej około 70 minut, no i cóż, było mocno, głośno, brutalnie i profesjonalnie, czyli dokładnie tak jak przewidywałem.

Setlista:

01. Deathvaluation
02. Kill The Cult
03. Post(?) Organic
04. The Blasphemous Psalm To The Dummy God Creation
05. Nest
06. Never
07. Earth Scar
08. Day 69
09. Spheres Of Madness
10. Anger Line
11. One-Eyed Nation
12. Blood Mantra


Pomimo późnej pory, znacznego ochłodzenia i przeciągającej się w nieskończoność próby Luxtorpedy, frekwencja ciągle pozostawała na zadowalającym poziomie, choć też dało się zauważyć, że po Decapitated co niektórzy fani mocniejszej muzy postanowili zakończyć już swój udział w tegorocznej edycji Materiafest. Muzycy rozpoczęli swój występ z bardzo dużym poślizgiem, a że kręgosłup o tej porze zaczął już mocno dawać mi się we znaki, to po rozpoczynającej zabawę "Mambaładze" (z absolutnie genialną grą Krzyżyka na perkusji!) musiałem udać się na tyły, by obserwować poczynania Litzy i spółki w pozycji nieco bardziej horyzontalnej - cóż, starość nie radość. Grupę widziałem do tej pory trzykrotnie, z czego ostatni raz w zeszłym roku, tak więc sam koncert wraz z setlistą jakoś specjalnie mnie nie zaskoczył. Były i koncertowe pewniaki (m.in."Hymn", "Jak husaria", "3000 świń", "Autystyczny" czy "Wilki dwa"), nie zabrakło tych nieco smutniejszych kawałków, w postaci "Nieobecny Nieznajomy" oraz "44 dni", jak również i doskonałego coveru 52 Dębiec "Gdzie Ty jesteś?". Był to chyba najbardziej zróżnicowany występ wieczoru, gdyż szybkie, szalenie przebojowe utwory, przeplatane były tymi cięższymi czy bardziej melancholijnymi. Zespół sprawował się bez zarzutów, ale jednak nosem trochę pokręcić muszę na zachowanie Litzy, bo o ile grał i śpiewał znakomicie, to po każdym numerze strasznie się rozgadywał - pora późna, człowiek już trochę zmarznięty, zmęczony i zniecierpliwiony przez to całe spóźnienie, a on zamiast dorzucać drwa do ognia, to nieco przynudza (umówmy się: charyzmatycznym konferansjerem za bardzo nie jest). Jeśli miałbym jednak podsumować cały koncert Luxtorpedy na Materiafest, to powiedziałbym, że było OK - bez szaleństw, ale też z zachowaniem odpowiednio wysokiego poziomu, do którego grupa zdążyła już nas przyzwyczaić. No i przywitanie Drężmaka z publicznością "Szczecina" bezbłędne! Czyżby żart z członków Behemotha, którzy bez ogródek przyznali w wywiadzie, że wystąpili na Materiafest, bo pomylili miasta?



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 18.09.2018 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!