12. Festiwal Legend Rocka



12. Festiwal Legend Rocka
Kasia Lins, Bryan Ferry, Złe Psy, Billy Idol
Dolina Charlotty, Strzelinko - 20-21.07.2018 r.


Po zeszłorocznym "długo zapowiadanym przejściu do lat 90-tych", którego punktem kulminacyjnym był świetny występ KoRn, nie mogłem doczekać się ogłoszeń kolejnych "młodszych" gwiazd, zamierzających odwiedzić malowniczą Dolinę Charlotty. Wszak dekada ta pochwalić się może wieloma legendarnymi kapelami i muzykami, ciągle dającymi fantastyczne koncerty: Pearl Jam, Alice In Chains, Foo Fighters, Tool, A Perfect Circle, System Of A Down, Rammstein... Organizatorzy jednak postanowili dać wszystkim prztyczka w nos, stawiając w tym roku niemal w całości na artystów kojarzonych głównie z radiowymi hitami lat 80-tych: podczas sierpniowej edycji Strzelinko odwiedzi bowiem Alan Parsons Live Project i grupa The Waterboys (niestety na tym koncercie mnie nie będzie), natomiast w lipcu na deskach amfiteatru zaprezentować się miał, znany zarówno z występów z Roxy Music, jak i kariery solowej, Bryan Ferry oraz, po raz pierwszy w Polsce, złoty chłopiec ery MTV - Billy Idol. Skład jak najbardziej zacny i szkoda tylko, że... tak mały - w poprzednich latach artystów było bowiem zdecydowanie więcej. Czyżby większość budżetu poszła na autora "Rebel Yell"? No i po co to całe gadanie o latach 90-tych, skoro okazało się to tylko jednorazowym (na razie?) wybrykiem?

Dzień I - 20.07.2018 r.

Informację o tym, kto wystąpi jako support przed Bryanem Ferrym dość długo trzymano w tajemnicy - podano ją ledwo na kilka dni przed rozpoczęciem całego wydarzenia. Na deskach amfiteatru pojawić się miała Kasia Lins: wokalistka, pianistka, kompozytorka i autorka tekstów, promująca swój, bardzo ciepło przyjęty przez krytyków, "debiutancki" album zatytułowany "Wiersz ostatni", określany jako nostalgiczny alt pop, z wyraźnie słyszalnymi wpływami folku, rocka i americana. Niemal punktualnie o godzinie dwudziestej, na scenie pojawił się, ubrany cały na biało, zespół, w skład którego wchodzą Kamil Kryszak na gitarze, Miłosz Oleniecki na klawiszach, Tomasz Zachara na perkusji oraz (prześliczna) Zuzanna Kłosińska na drugiej gitarze, by zacząć od klimatycznego intro, w trakcie którego na scenie pojawiła się, ubrana na czarno, Kasia Lins, zasiadając za drugim zestawem klawiszy. Kompozycje pochodzące z debiutu w rockowej (tudzież alternatywnej) stylistyce okazały się kompozycjami ciekawymi, miejscami mocno zbliżającymi się do korzeni, w postaci bluesa. Fajnie się tego słuchało, no ale moimi faworytami niespodziewanie zostały dwa kawałki odbiegające od tych "południowych brzmień", a więc śliczny, nieco "rozmarzony", przypominający dokonania Aleli Diane, "Southern Wind" oraz cudowna ballada, zagrana tylko przy akompaniamencie klawiszy - "Dzień". Całość zamknął singlowy "Wiersz ostatni", natomiast sam koncert trwał około 45 minut. Krótko? Jak najbardziej, ale też i wystarczająco, aby stwierdzić, że jeśli wokalistka zostanie przy tej stylistyce, to polska scena muzyczna tylko na tym zyska.

Setlista:

01. Intro
02. Save Me Boy
03. Hollow Words
04. Tonę
05. Southern Wind
06. Dawno
07. Kiedy dobrze jest nam
08. Forrest
09. Tak widzę nas
10. Dzień
11. Wiersz ostatni



Gwiazdą pierwszego dnia Festiwalu Legend Rocka został wokalista, do którego organizatorzy przymierzali się już kilka lat temu. Stali bywalcy, zapytani wówczas na "facebookowym" profilu co by powiedzieli na taką gwiazdę, mocno się skrzywili i odniosłem wrażenie, że byłem jedynym głosującym "za" - stąd też pomysł ten poszedł w odstawkę. Tym razem (na szczęście!) sondy nie było i były lider, łączącej art rock, glam, rock progresywny czy ambitny pop, nieistniejącej już grupy Roxy Music zawitał do Doliny Charlotty - czy się to komuś podobało czy nie. I to zawitał w imponującym składzie, gdyż artyście towarzyszyło aż ośmiu muzyków, w tym 74-letni Chris Spedding, znany ze współpracy z Ferrym, Roxy Music, Rogerem Daltrey'em czy Paulem McCartney'em. Szykowałem się na fantastyczny koncert, na który złożyć się miały utwory zarówno legendarnej ekipy z Newcastle, jak również i te z licznych solowych propozycji Bryana i cóż, nie zawiodłem się.

Równo o godzinie 22, artyści pojawili się na przepięknie oświetlonej scenie, by zacząć od klasycznego "The Main Thing" z płyty "Avalon", po którym, jak zawsze nienagannie ubrany, Ferry postanowił "odhaczyć" swój największy solowy przebój, a więc "Slave To Love". Mocno zaskoczyła mnie forma 72-letniego wokalisty: na oficjalnych nagraniach koncertowych dostępnych w sieci, głos często przykrywano chórkami, niejako sugerując tym samym zmierzch jego możliwości wokalnych, natomiast w Charlottcie na odwrót - lider wyraźnie na pierwszym planie, natomiast dwie czarnoskóre panie odpowiadały głównie za ozdobniki (jak chociażby wysokie wokalizy w końcówce "Avalon"). Zaskoczenie? No jasne! Tym bardziej że Ferry brzmiał naprawdę dobrze. Oczywiście niektórzy odkryją Amerykę stwierdzeniem, że nie już tak zawadiacki jak za młodu - dla mnie jednak jest to plusem. Obecnie głos mu się obniżył, śpiewa spokojniej, ze słyszalną nutką nostalgii, przez co niektóre numery odbiera się na żywo nieco inaczej niż na płycie - tam gdzie kiedyś była zuchwałość, teraz potrafi pojawić się smutek i tęsknota (cudowny refren "Oh Yeah" z "Flesh And Blood"!). A zaśpiewany tylko przy akompaniamencie (cóż, przynajmniej przez 90% numeru...) niepokojących klawiszy, psychodeliczny "In Every Dream Home A Heartache" - mistrzostwo świata!

Mimo iż oczywiście wszyscy przyszli usłyszeć na żywo legendarnego wokalistę, to Ferry, jak przystało na największego dżentelmena rocka, nie "gwiazdorzył", nie słodził publice (szczery uśmiech zdradzał jednak zachwyt przyjęciem), nie starał się być w centrum uwagi. Zdając sobie sprawę z tego, jak dobrymi muzykami jest otoczony, pozwalał wyszaleć się kolegom i koleżankom, niekiedy podczas instrumentalnych fragmentów, całkowicie chowając się z boku sceny, by, po skończonej solówce, przedstawić bohatera/bohaterkę partii. Niemal każdy muzyk miał w Dolinie Charlotty swoje "pięć minut" i np. taki Chris Spedding czarował solówkami, zwłaszcza w tych spokojniejszych numerach (bo uczciwie trzeba przyznać, że w "Ladytron" zabrakło jednak młodzieńczej werwy i szaleństwa), Marina Moore w końcówce "Out Of The Blue" swą żywiołową grą na skrzypcach sprawiła, że wszystkim szczęki opadły, a Jorja Chalmers (również znana ze współpracy z Roxy Music po reaktywacji) to już w ogóle ozdoba koncertu: nie dość że same popisy na saksofonie tej urodziwej Australijki były wspaniałe, to jeszcze od czasu do czasu stawała za klawiszami czy chwytała za obój - kobieta orkiestra. Cały koncert zamknął się w okolicach 100 minut i mało kto mógł wyjść z niego niezadowolonym: piękna oprawa, kapitalny zespół, gwiazda wieczoru w dobrej formie, Setlista złożona z klasyków - czego chcieć więcej?

Setlista:

01. The Main Thing*
02. Slave To Love
03. Don't Stop The Dance
04. Ladytron*
05. Out Of The Blue*
06. Oh Yeah*
07. Casanova*
08. A Waste Land
09. Windswept
10. B?te Noire
11. Zamba
12. Stronger Through The Years*
13. Tokyo Joe
14. My Only Love*
15. In Every Dream Home A Heartache*
16. If There Is Something*
17. Re-Make/Re-Model*
18. More Than This*
19. Avalon*
20. Love Is The Drug*
21. Virginia Plain*
---
22. Let's Stick Together (Wilbert Harrison cover)
23. Jealous Guy (John Lennon cover)

* numery Roxy Music


Dzień II: 21.07.2018 r.


Dzień drugi rozpocząć miał zespół, którego mieliśmy już okazję zobaczyć na FLR w 2012 roku (zagrał wówczas przed ś.p. Budką Suflera i Uriah Heep), czyli Złe Psy. Wtedy średnio mi się podobało: zaprezentowano dość prosty hard'n'heavy, mocno przypominający dokonania TSA, ale jednak bez tego "błysku" i ze słabiutkim wokalem Nowaka. Troszeczkę więc na wybór supportu narzekałem, no ale skoro byli "w cenie", to trzeba było chociaż rzucić okiem - a nuż przez te kilka lat zespół założyciela legendarnego Tajnego Stowarzyszenia Abstynentów znalazł własną tożsamość? W Dolinie grupa pojawiła się w rozszerzonym składzie (doszły klawisze oraz... sekcja dęta), by rozpocząć od mocnego "Zły pies", po którym zaprezentowano, taki nieco "zz-topowy" "Ciesz się kobieto". Pierwszą rzeczą jaka rzuciła się w oczy, to oczywiście humor Andrzeja - kultowy gitarzysta zazwyczaj wyglądał i zachowywał się na scenie tak, jakby chciał komuś strzelić w mordę, natomiast w Strzelinku był uśmiechnięty od ucha do ucha i nawet, o zgrozo!, próbował rzucać jakimiś żartami (tak suchymi, że trzeba było wodą popijać). Wokalnie też zaskoczył, gdyż wypadł zdecydowanie lepiej niż 6 lat temu - czyżby spora ilość koncertów sprawiła, że nabrał on pewności siebie za mikrofonem? Na to wygląda.

Ledwo się człowiek otrząsnął po wesołym i dobrze śpiewającym Andrzeju, a tu kolejna niespodzianka: na scenie pojawił się... żeński chórek gospel, który pięknie sprawdził się nie tylko w spokojniejszym "Kiedy ona mnie zobaczy", ale również i w wybuchowym "Wstrzymaj konia" czy "stadionowym" "Urodziłem się w Polsce". Wydawać by się mogło, że trąbki i żeńskie chórki nie będą pasować do mocnych, hard rockowych brzmień a tu proszę: razem bardzo fajnie się to zazębiało, tworząc intrygujący, muzyczny koktajl. Widać, że po latach poszukiwań i eksperymentów, Złe Psy odnalazły swoje brzmienie - to już nie kalka TSA a odrębny byt. Kilku moich znajomych narzekało na niektóre teksty Nowaka, gdyż oprócz standardowej rock'n'rollowej tematyki, znajdziemy tu także te podkreślające dumę z bycia Polakiem (i katolikiem), jednak ku mojemu zaskoczeniu nie zmęczyłem się tym całym patriotyzmem. Bo o ile w telewizji tematyka ta wałkowana jest, mówiąc brzydko, "do porzygu", to w muzycznym świecie jest jednak pewną niszą. Niszą, którą wiele zespołów stara się omijać - raz, że mogą być wówczas posądzeni o sympatie z pewną partia polityczną, dwa: do oskarżeń o nacjonalizm też droga niedaleka, czego przykładem może być odmowa puszczania w pewnej rozgłośni radiowej "Urodziłem się w Polsce". A przecież pieśni podkreślających miłość do ojczyzny mają więcej. Nie dajmy się jednak zwariować: "Za Polskę, za naród, za naszą ojczyznę (...) stanę na baczność jak mały chłopiec" to przecież nie poziom (reaktywowanego) Honor.

Setlista:

01. Zły pies
02. Ciesz się kobieto
03. Kiedy ona mnie zobaczy
04. Jodyna
05. Księżycowa
06. Polak (Potęga istnienia)
07. Wstrzymaj konia
08. Dzieci miasta
09. Wiara i moc
10. Blue Grass
11. Urodziłem się w Polsce
12. Oni zaraz przyjdą tu (Breakout cover)
13. Graj Andrzej graj (Chuck Berry cover)



Po miłym choć krótkim (znów ok. 45 minut) spotkaniu ze Złymi Psami przyszedł czas oczekiwania na gwiazdę wieczoru. W końcu po wielu latach doczekaliśmy się przyjazdu do kraju nad Wisłą kultowego brytyjskiego wokalisty: Billy'ego Idola. I to przyjazdu w doborowym towarzystwie, gdyż w składzie jego zespołu znajdziemy m.in. fantastycznego Steve'a Stevensa oraz, znanego z m.in. The Cult, Billy'ego Morrisona. Pełny amfiteatr, najwięksi fani tłoczący się jak najbliżej miejsca akcji, tu i ówdzie kręciły się znane osobistości (swoją obecnością zaszczycił nas m.in. lider zespołu Behemoth) - wszyscy nie mogli doczekać się króla lat 80-tych. Równo o godzinie 22 uruchomiono ogromne wentylatory, włączono wszystkie światła i na scenę wkroczyli bohaterowie wieczoru, aby od razu "odhaczyć" najsłabszy album w karierze Brytyjczyka, a więc "Cyberpunk" (utwór "Shock To The System"). Publiczność od razu poderwała się z miejsc, tańcząc i śpiewając razem z 62-letnim wokalistą. A było do czego, bowiem po tym pseudo-industrialnym numerze było już tylko lepiej.

Idol posiada na swoim koncie nieprzyzwoicie długą listę hitów i sporą część z nich postanowił polskim fanom przypomnieć: "Dancing With Myself" pierwszej swojej formacji (Generation X), spokojniejszy "Flesh For Fantasy" z fajnym, pulsującym basem, popowy, nieco kiczowaty "Eyes Without A Face", nieśmiertelny, żywiołowy "Rebel Yell" oraz podzielony na dwie części (akustyczną i elektryczną) "White Wedding" - mokry sen wielbicieli lat 80-tych. Do tego były też i te nieco mniej oczywiste numery, jak chociażby świetny "John Wayne" wydany na składance "Idolize Yourself", cover The Doors w postaci "L.A. Woman" czy "Can't Break Me Down" z ostatniego albumu. Z tym ostatnim mam chyba największy problem, ponieważ wysoki "bridge" ewidentnie był playbackiem - a jeśli Billy męczy się z tą kompozycją, to nie lepiej byłoby wybrać np. "Save Me Now", "Ghosts In My Guitar" czy tytułowy "King & Queens Of The Underground"? Na wydanym w 2014 roku krążku aż roi się od dobrych numerów, które artysta mógłby zaśpiewać bez większego problemu. A jeśli już się uparł, to niech chociaż ten sporny fragment zostawi taśmie i nie rusza ustami, bowiem wyglądało to bardzo sztucznie.

Pomijając tą ewidentną wpadkę, Billy zaprezentował się bardzo pewnie: jego głos dalej jest głęboki i uwodzicielski, a formy mogą mu pozazdrościć niejedni młodsi zawodnicy: wokalista biegał i skakał po scenie, wychodził do publiki, rzucał fantami na lewo i prawo, by pod koniec, ku uciesze damskiej części widowni, zrzucić koszulkę dumnie prezentując ogoloną klatę. I choć "sześciopaka" już dawno nie ma, to piskom nie było końca. Oryginalny wioślarz - Steve Stevens - nie pozwolił się jednak zepchnąć do narożnika. Był szalony popis na akustycznej gitarze, solówka grana za plecami, gryzienie strun, dziwne pozy... Nie zabrakło też kultowego "Top Gun Anthem", tym razem wplecionego w utwór "Blue Highway". Wszystko czego mogliśmy oczekiwać od typowego koncertu Billy'ego Idola z zespołem było i tutaj. I właśnie w tym miejscu jest pies pogrzebany. Owszem, był ogień i dobra zabawa, no ale jednak po pierwszym koncercie w Polsce w ciągu trwającej 42 lata karierze muzyka spodziewałem się troszeczkę więcej. Nie było jakiegoś zaskoczenia, wszystkie odzywki słyszało się już na oficjalnych live DVD, Setlista nie różniła się od innych na tej trasie, samo show sprawiało wrażenie wyreżyserowanego od A do Z. Dla wielu fanów był to najważniejszy dzień w życiu, dla Idola - kolejny dzień w pracy. I choć samym pracownikiem jest wzorowym, to jednak nie zaszkodziłoby, gdyby od czasu do czasu został na nadgodzinach.

Setlista:

01. Shock To The System
02. Dancing With Myself (Generation X cover)
03. Flesh For Fantasy
04. Can't Break Me Down
05. L.A. Woman (The Doors cover)
06. Scream
07. John Wayne
08. Eyes Without A Face
09. Akustyczne solo Steve'a Stevensa
10. Don't Need A Gun
11. King Rocker (Generation X cover)
12. Blue Highway (z fragm. "Top Gun Anthem")
13. Rebel Yell
---
14. White Wedding
15. Solo na perkusji/Mony Mony (Tommy James & The Shondells cover)



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 09.08.2018 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!