37. Festiwal Rockowy Generacja



37. Festiwal Rockowy Generacja
In the Name of God, Bezsensu, One Future, Othis, Voo Voo
CK105, Koszalin - 18.11.2017 r.


"Quo vadis Generacjo?" - pytałem w akapicie kończącym relację z 36. Festiwalu Rockowego w Koszalinie. Rezygnacja z darmowej gwiazdy, skrócenie imprezy do jednego dnia, koncert finałowy z miejscami siedzącymi i drogimi wejściówkami, a do tego słabiutka komunikacja z organizatorami - wszystko to sprawiło, że można było obawiać się o przyszłość tego przeglądu. Nowy rok wielkich zmian niestety nie przyniósł, choć poprawie przynajmniej uległa ta ostatnia sprawa: zarówno na oficjalnej stronie internetowej, jak i profilu Facebookowym, informacji było tym razem więcej, choć i tak jest jeszcze nad czym popracować. Można pomyśleć np. o zamieszczeniu krótkich notek o wszystkich kapelach biorących udział w konkursie, nawet tych z listy rezerwowej, ponieważ w większości przypadków mamy do czynienia z artystami szerzej nieznanymi - warto więc ich przedstawić. Przydałyby się także częstsze aktualizacje: z przyczyn losowych, kilku finalistów nie mogło przyjechać, ale nie podano dokładnie kto będzie a kto nie - nie może być tak, że idąc na przegląd nie wiemy kto ostatecznie wystąpi.

Pewna była więc tylko jedna rzecz: gwiazda przeglądu. W latach ubiegłych Generację uświetniły występy takich grup jak Vader, TSA, Hunter, Acid Drinkers, Flapjack czy Hey - w tym roku do tego zacnego grona dołączyła dowodzona przez Wojciecha Waglewskiego grupa Voo Voo. Całkiem niedawno widziałem ją na Festiwalu Legend Rocka, gdzie zagrała przed Patti Smith (relacja w serwisie), tak więc wiedziałem czego się spodziewać: muzycy prezentują bowiem w całości ostatni krążek, będący fascynującym połączeniem rocka z jazzem. Byłaby to świetna okazja dla młodych osób, aby zobaczyły jak można, pomimo tylu lat obecności na scenie, bawić się muzyką, cały czas odkrywając nowe dźwięki, ale niestety dla wielu barierą nie do pokonania okazała się cena biletu: 50 złotych. Można się było spodziewać, że mało kto z grupy docelowej festiwalu (a tą jest przecież młodzież) wyda takie pieniądze na potencjalne "smęcenie" i rzeczywiście: w Kryterium dominowały osoby w średnim wieku (i starsze), choć na szczęście paru odważnych młodzieńców też się znalazło. I o ile występ gwiazdy poszczycić się mógł dobrą frekwencją, to na przeglądzie młodych kapel było już, co najwyżej, średnio - początkowo w sali klubu CK105 przedstawicieli publiczności można było policzyć na palcach jednej ręki i katastrofa wisiała w powietrzu. Na szczęście wraz z upływem czasu ludzi robiło się coraz więcej i choć ostatecznie finalny efekt był gorszy niż w latach poprzednich, to jednocześnie tragedii udało się uniknąć. Nerwowy początek musi być jednak potraktowany jako ostrzeżenie dla organizatorów - coś trzeba zrobić, gdyż wielu fanów niejako zbojkotowało wydarzenie.

Z uwagi na wykruszenie się części zespołów, o nagrodę w wysokości 6000 złotych walczyły tylko cztery grupy, które oceniało jury w składzie: Wojtek Waglewski (lider Voo Voo), Marcin Bąkiewicz (Antyradio) i Radek Czerwiński (CK105, również wokal Mr Zoob). Na pierwszy ogień poszła, założona w 2009 roku wałbrzyska horda In The Name Of God, prezentująca thrash podlany ciemnym death metalowym sosem. Chłopaki, pomimo młodego wieku, amatorami nie są i na koncie mają już trzy albumy studyjne - wiedzą więc jak się tego typu muzę gra. I to doświadczenie było słychać: przemyślane kompozycje, w obrębach których dużo się działo, charakterystyczne riffy, fajne solówki, wbijający w ziemię wokal - nie dało się do niczego przyczepić. Oczywiście ktoś może zarzucić muzykom brak oryginalności, no ale w przypadku tego typu grania Ameryka została już dawno odkryta i jedyne co pozostało, to przemierzać ją wzdłuż i wszerz. Wszystkie zaprezentowane numery pochodziły z wypuszczonego niedawno albumu "We Are The War", więc jeśli lubicie takie mocne, agresywne łojenie, to koniecznie go sprawdźcie - zwłaszcza, że na "bancampowskim" profilu umieszczony został w całości.

Setlista:

01. It's Time To Hunt
02. We Are The War
03. Little Boy
04. Better Believe When Hell Comes To Us


Po metalach z Wałbrzycha totalna zmiana klimatu: jako drugi na scenie zameldował się bowiem zespół Bezsensu, grający alternatywny rock/indiepop. Na swoim koncie ma już dwa albumy studyjne, koncerty na mniejszych i większych festiwalach (m.in. Open'er 2012), jak również trasę u boku happysad (tak, nazwę powinno się zapisywać małą literą). Biorąc pod uwagę tą ostatnią informację, spodziewałem się więc muzyki zbliżonej do tego co prezentuje kapela ze Skarżyska-Kamiennej i dużo się nie pomyliłem: usłyszeliśmy przebojowy, radiowy wręcz pop-rock; może i mało odkrywczy oraz dość prosty konstrukcyjnie, ale za to z ciekawymi elektronicznymi wstawkami, przypominającymi Hey w najbardziej alternatywnym obliczu czy właśnie happysad z ich ostatnich wydawnictw. Publiczność nagradzała poszczególne kawałki gromkimi brawami, tak więc muzyka Bezsensu sensu pozbawiona nie była. Ja tam nosem kręciłem, no ale zdecydowanie nie były to w końcu moje klimaty. Jeśli jednak znacie kogoś, kto tego typu dźwięków słucha, to śmiało możecie muzyków z Zielonej Góry polecić i tym samym zabłysnąć w towarzystwie.

Setlista:

01. Logotypy
02. Życzę Ci by był
03. Beztroska blond
04. Polska na supeł


Kilka minut przerwy na zmianę instrumentów i na scenie melduje się One Future - młode pod względem stażu trio, pochodzące z położonego (względnie) niedaleko Miastka. Grupa reprezentująca szeroko rozumiany rock: melodyjny i wpadający w ucho, ale też i miejscami taki lekko "zadziorny". Na koncie zapisać na razie może dwie demówki, trochę koncertów i występ w Must Be The Music - świeże mięsko, można powiedzieć. Widać było wyraźnie, że na scenie chłopaki czują się jak ryby w wodzie i dobrze bawią się robiąc to co robią - a zwłaszcza wokalista, któremu uśmiech nie schodził z twarzy przez całe show. I znów, nie była to muzyka podchodząca pod mój gust (a i parę rzeczy można jeszcze poprawić), ale doceniam, zwłaszcza pracę gitarzysty, którego partie były wielce interesujące - zwłaszcza (krótkie, bo krótkie, ale jednak) solówki. Jak ktoś Wam powie, że nie pasują do takich kompozycji... to się nie zna.

Setlista:

01. Złe sny
02. Lato za domem
03. Krzycz
04. Wszystko ma znaczenie


No i na koniec nasz koszaliński rodzynek: Othis - założona w 2006 roku kapela, która w ciągu ostatnich lat przeszła prawdziwą metamorfozę, czy może powinienem raczej powiedzieć, że swoistą zmianę pokoleniową. Dawniej thrash z growlami, po znacznym odmłodzeniu grupy przez Micky'ego: speed/thrash przypominający najlepsze prace MegaDave'a - zabójcze tempa, świdrujące solówki, perkusyjne kanonady... Różnica poziomów pomiędzy Generacją a ich ostatnim widzianym przeze mnie koncercie (20.09.2013, support Turbo, relacja w serwisie) była wprost niewyobrażalna. Widać, że chce im się grać, chce im się poprawiać swoje umiejętności (progres Micky'ego niesamowity!) i chce im się kopać dupy. Brawa nie tylko dla pałkera, którego gra zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, ale też Kevina, młócącego takie solówki, że aż wióry leciały. Poszczególne numery były długie, rozbudowane, miały ręce, nogi i fajne riffy - nic tylko nagrać jakąś demówkę i... znaleźć frontmana. O ile bowiem Ćwiek robił co mógł, łącząc śpiewanie (w końcu czyste!) z szarpaniem strun, to też miejscami widać było, że ciężko mu utrzymać odpowiedni poziom koncentracji i niektóre partie wokalne "były bo były", że tak się wyrażę. Złośliwi powiedzą: "Nie każdy może być Mustainem" - no ale w końcu nawet Wielki Dave wokalistą jest... cóż, powiedzmy że "charakterystycznym".

Setlista:

01. Othis
02. Abandoned Place
03. Pharaoh's Eye
04. Generation


Około godziny 19:20 przyszedł czas na oficjalne ogłoszenie wyników. Efektem długich i burzliwych obrad jury było to, że oprócz nagrody głównej postanowiono w tym roku wręczyć również wyróżnienie - te otrzymał zespół In The Name Of God. Z czym wiązał się ten swoisty srebrny medal? Cóż, kapela otrzymała ładny dyplom a jej muzykę będzie można usłyszeć na antenie Antyradia - całkiem nieźle, co nie? Zwycięzca zgarnął natomiast całą pulę, bowiem nagroda publiczności (1000 zł.) i nagroda główna (6000 złotych) powędrowała do jednej grupy - Bezsensu. Serdecznie gratulujemy!

Po skończonym przeglądzie przyszła pora na zmianę miejscówek: z sali CK105 do Kryterium. W nim same miejsca siedzące, ale w tym roku miało być to dużym atutem, gdyż ostatni album doświadczonego Voo Voo zawiera muzykę trudną w odbiorze, wymagającą dużego skupienia. Atmosfera niemal jak w teatrze: publiczność w ciszy oczekująca na wejście aktorów, którzy zaprezentują nam ambitną sztukę ("7" to bowiem concept-album) o miłości i życiu. Takim zwykłym, normalnym, słodko-gorzkim. O 20:10 na scenę wkraczają Bryndal, Martusiewicz, Pospieszalski, Chołody i Waglewski, by zacząć swą opowieść o tygodniu rozpoczynającym się w środę.

A publiczności od początku tej historii w skupieniu Słuchała. Niby taka oczywista rzecz, że na koncert idzie się po to, aby posłuchać muzyki na żywo - często jednak dobra zabawa sprawia, że gubimy gdzieś przekaz, nie wracamy uwagi na jakość wykonania. Tutaj było inaczej: cisza jak w operze - żadnych szmerów, chichów, wspólnych śpiewów; fani chłonęli każdy pojedynczy dźwięk dostarczony przez muzyków. Ci byli oczywiście w wybornej formie, zwłaszcza Mateusz Pospieszalski, który w "Siódemce" wyrósł na główną postać spektaklu - chyba jeszcze nigdy jego gra nie była tak wysunięta na pierwszy plan. Jego żywiołowe partie robiły ogromne wrażenie a wspólne improwizacje z kolegami po fachu - prawdziwa wisienka na jakże smacznym torcie. Piękna muzyka doczekała się też równie wspaniałej oprawy: rozżarzona "siódemka" z tyłu, LED-owe litery układające się w nazwę grupy, no i wspaniała gra świateł - scena w momentach zadumy schowana w delikatnym półmroku, gotowa na to, by w partiach żywszych niespodziewanie eksplodować feerią barw. Niesamowity, niemal oniryczny klimat.

Drugi raz w krótkim czasie usłyszałem "7" na żywo (tym razem nie zabrakło "Poniedziałku") i znów zbierałem szczękę z podłogi (gdybym miał się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że końcówka "Soboty" bez Wydorskiej już takiego wrażenia nie robi). A nie był to jeszcze koniec wieczoru, ponieważ Voo Voo przygotowało również bis. I to bis nie byle jaki, ponieważ składający się tylko z dwóch numerów, ale rozciągniętych do... prawie 25 minut! Na pierwszy ogień akustyczna wersja "Gdybym" wykonana w zasadzie tylko przez duet Waglewski/Pospieszalski - przepiękny śpiew Wagla (a i cudowna gra na gitarze) i kapitalna, improwizowana warstwa instrumentalna... Zdecydowanie numer wieczoru. Na koniec "Bo Bóg dokopie", a więc kawałek z albumu "Voo Voo z kobietami" - i też w zmienionej aranżacji. I tak chciałem zakończyć tekst jakimś kolejnym prztyczkiem w nos organizatorów, wszak lista rzeczy do których można się przyczepić odnośnie Generacji jest dosyć długa, no ale po takim koncercie wiele można im wybaczyć. Wiele.

Setlista:

01. Środa
02. Czwartek
03. Piątek
04. Sobota
05. Niedziela
06. Poniedziałek
07. Wtorek
---
08. Gdybym
09. Bo Bóg dokopie



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 15.12.2017 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!